Bardzo chętnie czytam różnego rodzaju fora, ale unikam rejestracji i wypowiadania się - bo do tej pory wydawało mi się, że tego nie potrzebuję. Dzisiaj jednak postanowiłam opowiedzieć o swoim problemie, (który, jak mi się wydawało nie istnieje...a jednak) i usłyszeć, co drogie forumowiczki mogą mi doradzić.
Mam 29 lat, kochającego męża, wspaniałe dzieci, pracę, którą bardzo lubię, mam fajnych przyjaciół, lubię życie, ludzi itd, itp.
Wszystko jest niby ok., ale dzisiaj po kolejnej wizycie u moich rodziców - jak zły omen wróciły demony przeszłości, duszące uczucie w przełyku, ból brzucha i łzy...i dzisiaj po raz pierwszy przez myśl przebiegła mi taka myśl: Czy zerwanie kontaktów z rodzicami sprawi, że będzie boleć mniej...
Moje dzieciństwo nie było kolorowe, ojciec pił - typ alkoholika nerwusa i awanturnika. Bił mamę, mnie i rodzeństwo, demolował mieszkanie, znęcał się psychicznie. Matka - typowy przykład współuzależnienia (chociaż nie pije w ogóle) broniła ojca i usprawiedliwiała go- nigdy nie pomyślała, że można by żyć inaczej. Gdy mówiłam, że alkoholizm trzeba leczyć - otwierała oczy ze zdziwienia. Dzisiaj - sama jako matka - mam do niej żal, że pozwoliła, aby dzieciństwo jej dzieci było piekłem. Ona nawet nie próbowała się z tego wyrwać - tkwiła w tym, cierpiała, w końcu zaczęła chorować psychicznie - były próby samobójcze, depresje, miesiącami była w szpitalu. Ja - kilkunastoletnia dziewczyna miałam wszystko na głowie, szkołę, młodszą siostrę, dom - szybko dorosłam i dojrzałam, ale jakim kosztem?
Jak światełko w tunelu pojawił się mój przyszły mąż -chłopak, z którym postanowiłam miesiąc po maturze wsiąść ślub i wyjechać na studia.
W końcu miałam spokój, mogłam odetchnąć, uczyć się w spokoju, spać i nie czuwać, czy wróci pijany i zacznie rozbijać szyby. Kilka lat dochodziłam do siebie po traumie dzieciństwa - i tylko mój kochany, cierpliwy mąż wie jak odreagowywałam stres nagromadzony przez te wszystkie lata.
Żyliśmy skromnie ze stypendium studenckiego w wynajmowanym mieszkaniu, dorabialiśmy się wszystkiego sami, bardzo powoli, potem zaczęły się rodzić dzieci, poszłam do pracy, zrobiłam studia podyplomowe, kopiliśmy mieszkanie, (na kredyt oczywiście :-). Pomagali nam głównie teściowie, moi rodzice mieli mnie z głowy - chyba było im to na rękę, że sobie radzę. Nigdy nie zapytali, czy czegoś mi nie potrzeba lub jak nam się żyje.
JA chciałam mieć z nimi kontakt, JA chciałam żeby moje dzieci miały kontakt z dziadkami, więc przyjeżdżałam, MI zależało, żeby były wspólne święta.
Znosiłam awantury ojca, jego przekleństwa, alkoholowe furie, nie poruszałam drażliwych tematów, o nic nie prosiłam - bo wiedziałam, że i tak nic nie dostanę. Jestem taką potulną, grzeczniutką córeczką, dla której wartości rodzinne są najważniejsze, i tkwi we mnie świadomość, że to są rodzice, że mam wobec nich obowiązki, że muszę, że tak trzeba, że im też ciężko...
I dzisiaj, gdy za moje dobre serce i zaangażowanie, znowu dostałam "wiązankę życzeń" od mojego taty,gdy znowu mnie wyzwał, sponiewierał, zmieszał z błotem, potraktował jak szmatę, a moja droga mama patrzyła na to i nie reagowała - coś we mnie pękło. Chyba mam tego dosyć.
Do tej pory sobie jakoś z tym wszystkim radziłam, czasem byłam twarda, czasem olewałam, nawet potrafiłam to wszystko obśmiać - mam w końcu gdzie uciec od tego piekła. Mam swoje życie, które kocham, ale kocham też rodziców...i to jest ten problem.
Co powinnam zrobić? Zerwać z nimi kontakty, ograniczyć do 2 wizyt w święta, czy udawać - tak dalej - udawać, że wszystko jest ok?