Witam dziewczyny, jestem tu nowa.. Czytałam wiele wątków i widzę, że każda z was przeżyła ciężkie chwile, mam nadzieję że pomożecie mi, bo ja już nie daję rady.. Zacznę standardowo- mężatka od 4 lat, córeczka 3 latka, uczucie do męża wygasło już dawno.. Wzięliśmy ślub, bo bardzo się wtedy kochaliśmy- choć teraz myślę że to było zbyt pochopne. Między nami było źle od dawna- około od 2 lat. Nie sypiamy prawie wcale ze sobą- że tak powiem nie dobraliśmy się w łóżku, a ja nie dam rady się zmuszać i przez to między innymi zaczęło się psuć. No ale do rzeczy. Od kilku miesięcy pracuję w sklepie- no i pojawił się on.. mój kierownik.. Chłopak starszy ode mnie o rok.. Od początku nas ku sobie coś ciągnęło.. Siedzę w pracy cały czas sama- bardzo mało klientów, więc nudzę się i myślę ciągle..on na początku często przyjeżdżał.. Były rozmowy, czasem po pracy wypicie drinka.. I cały czas czuć było tą "chemię".. Pewnego dnia pocałował mnie i tak się zaczęło.. Byłam głupia.. On od początku dawał mi do zrozumienia, że "jest ciekawie", "są jakieś emocje", chyba poprostu chciał się pobawić.. Dodam, że ma żonę od roku i mała córeczkę.. Żonę, której podobno nie kocha.. Moje małżeństwo praktycznie umarło, więc dla mnie to była odskocznia i wielka nadzieja.. Poczułam się pożądana, chciana, "lubiana" przez kogoś w końcu.. Tylko że ja zaczęłam się zakochiwać powoli.. Hamowałam się przed tym, ale to było silniejsze.. Poprostu zakochałam się na zabój.. Ja z każdym dniem czekałam tylko w pracy kiedy on przyjedzie, serce waliło jak oszalałe, z każdym dniem coraz większe uczucie.. a on? a u niego gasło.. Jak wspominałam coś o uczuciach to mówił "oj tam po co wiązać w to uczucia", "nie myślmy o przyszłości, tylko cieszmy się teraz", jedyne co mówił to "lubię cię".. no i z każdym dniem czułam że ta iskra u niego się wypala.. nie wiem w sumie dlaczego.. pewnego dnia jakby poprostu coś u niego zaczęło się wypalać.. a ja jego pokochałam.. był moją nadzieją na lepszą przyszłość.. kiedy pytam co się dzieje mówi mi że to przez pracę, że nie ma czasu przyjeżdżać, że nie ma czasu napisać, zadzwonić.. brednie.. ale przecież jak się chce to człowiek zawsze znajdzie chwilę czasu.. ja szaleję jak go nie ma, w domu nie mogę się skupić tak bardzo tęsknię, a on..? a on ma mnie chyba gdzieś.. spaliśmy ze sobą 2 razy.. ja zakochana.. szczęśliwa... on poprostu chyba się bawił.. a ja nie mogę poradzić sobie z tym.. nie potrafię poradzić sobie z tym, że nagle z dnia na dzień to gaśnie u niego, ze coś zaczęło się rozkręcać, ja kocham na zabój, a u niego przeciwnie.. Jezu jak to boli kiedy ktoś się oddala.. płakałam tyle razy, pytałam czy on cokolwiek czuje.. powiedział ze podobam mu się, lubi mnie i tyle.. więc bawił się.. wykorzystał.. męża nie kocham.. chciałam odejść a on chce budować to małżeństwo.. a ja nie potrafię udawać nie mogę.. kocham innego.. a ten drugi.. już tak często nie przyjezdna, odzywa się coraz mniej.. a ja głupia codziennie czekam w pracy, wypatruje.. i tęsknie jak szalona.. nie umiem skopić się na pracy, lży cisną się same do oczu.. ja go kocham.. on mnie "lubi" i powiedział ze uczuć w to nie chce wiązać.. schudłam 10 kilo.. nie daje sobie rady.. dla mnie to nie był zwykły romans ja go naprawdę kocham.. a dla niego to chyba była tylko odskocznia od szarej rzeczywistości.. straciłam radość życia.. biorę psychotropy, płaczę każdego dnia.. kazdej nocy.. w pracy nie potrafię powstrzymać łez.. dlaczego u niego ta iskierka wygasła, dlaczego.. ;( Jezu jak to boli.. pokochałam kolegę, on się chyba tylko bawił naiwna koleżanką.. miał kogo przytulic czasem, pocałować.. o uczuciu z jego strony nie było mowy.. a myślałam na początku ze on tez coś czuje.. naiwna idiotka.. nie zapomnę o nim.. pracujemy razem i jest moim przełożonym wiec mam z nim kontakt.. a tak bardzo kocham.. i nie umiem przestać.. próbowałam znienawidzić, wykrzyczałam mu ze bawił się mną.. on oczywiście zaprzecza.. "nie Aniu nie mam cie gdzieś, lubię cie, nie jesteś zwykłą koleżanką".. ale to są słowa a czyny to co innego.. on chyba nie umie mi powiedzieć wprost żebym "spadała".. a ja straciłam radość życia.. nic nie jem.. nie dam rady.. myślę ciągle o nim.. moi rodzice i przyjaciele widza ze coś jest nie tak.. ważę 46 kilo.. czuje się jak chodzący trup.. mam w głowie i sercu tylko jego.. i nie mogę zrozumieć jak ta iskierka namiętności mogla tak szybko u niego wygasnąć.. ja kocham.. a on się bawił.. wiem ze jestem podła i niewarta bo zdradziłam męża.. ale ja tak bardzo potrzebuję miłości, tak bardzo.. błagam pomóżcie.. jak przestać kochać i zapomnieć kiedy codziennie mam z nim kontakt? jak go widzę serce wali mi jak szalone.. a on jest zimny jak głaz.. i ten jego chłód mnie zabija od środka.. kiedyś w jego oczach widać było ta namiętność.. teraz tylko chłód.. choć mówi ze nic się nie zmieniło.. ale nie przytula już.. nie całuje.. czasem w policzek ale chyba na odczepnego.. a ja totalnie zwariowałam.. dusi mnie w gardle, w sercu, w żołądku.. upadam na dno.. pokochałam a on bez uczuć bawił się.. błagam pomóżcie.. jak z tego wyjść.. jak przestać czekać na niego, staram się mieć go gdzieś a i tak podswiadomie każdego dnia mam nadzieje ze przyjedzie, ze coś poczuje do mnie.. jak przestać kochać.. kochać.. widząc go prawie codziennie.. widząc i czując ten chłód i brak uczucia.. to mnie tak boli.. mi się nie chce już nawet żyć.. nic mnie nie cieszy.. nawet nie umiem opiekować się moja córeczką.. ona widzi moje łzy.. a ja nie umiem przetłumaczyć sobie ze on nie jest wart.. jestem w ciężkiej depresji i czuję że umiera moje serce.. i moja dusza.. kocham wciąż i to chyba już obsesyjnie.. błagam.. błagam o pomoc..
Staraj się nadawać tytuły adekwatne do treści.
Moderatorka-apoteoza