Witajcie,
Wiem, że to forum dla kobiet, ale wydaje mi się, że płeć piękna inaczej spojrzy na mój problem jak trwa już od kilku miesięcy, a swój klejnot koronny znalazł kilka dni temu.
Chciałbym zacząć od opisu mojej osoby bo to może mieć znaczący wpływ na moje zachowanie. Otóż, mam 20 lat, nie jestem typem "lowelasa", "amanta" itd. Jednak poznałem w swoim życiu kobietę, która całkowicie odmieniła mój charakter. Jest ode mnie o rok starsza co sprawiało, że czułem się silniejszy, dojrzalszy, pewny siebie. Mięliśmy wspólne plany, cechy, marzenia, wspólnych znajomych... Wiedziałem, że to jest ta jedyna i byłem tego święcie przekonany. Byliśmy razem w związku ponad 2,5 roku. Jak w każdym związku pojawiały się problemy, głównie wynikające jeszcze z nie do końca wykształtowanej osobowości i braku doświadczenia z kobietami. Były to jednak drobne sprzeczki które nie miały aż tak znaczącego wpływu na nasz związek. Kochaliśmy się, było nam razem dobrze, jedno w drugim widziało oparcie. Ważne jest też to, że to była moja pierwsza partnerka z którą łączyły mnie "sprawy łóżkowe". Ona zaś miała wcześniej styczność z tego typu sprawami.
Problem zaczął się w lutym gdy jej podejście do mnie zmieniło się. Zaczęła rzadziej okazywać uczucia, chodziła zwykle przygnębiona, a co najważniejsze, zaczęła mnie okłamywać. Ukrywała znajomość z pewnym kolegą którego poznała na praktykach. Tłumaczyła swoje postępowanie tym, że ma prawo do prywatnego, życia i nie powinienem go inwigilować. Było to dla mnie coś nowego ponieważ nic wcześniej takiego nie miało miejsca, i nie sprawiało to problemów. Problem ciągnął się miesiąc, rozmowy nie pomagały, kłótnie i awantury też nie. Postanowiłem zastosować inny sposób by wpłynąć na nią i zerwałem z nią. Była to ostateczność, najgorsze co mogłem zrobić. Nie chciałem tego robić, ale nie widziałem innego sposobu. Przyjęła sprawę bardzo boleśnie, ale poprosiła mnie o czas na poukładanie sobie życia. Zgodziłem się, jednak ból który mi towarzyszył przy jej braku nie pozwalał o niej zapomnieć. Często się kontaktowaliśmy, a ja inwigilowałem jej życie w nadziei, że nie robi nic złego. Niestety znajomość z tym kolegą nabierała wyraźniejszy kształt. Zapewniała mnie, że to tylko kolega, a ja jej wierzyłem, jednak nadal przyglądałem się całej tej sprawie z boku. Mijały tygodnie, nasze relacje polepszały się, wydawać by się mogło, że wszystko wraca na dawne tory... Zdarzało się nawet, że kochaliśmy się namiętnie i było to coś pięknego. W mojej głowie jednak nadal tkwiła myśl że coś jest nie tak, że coś tkwi w naszym związku jak patyk w szprychach. Poprosiłem ją o to by udostępniła mi rozmowy z tym kolegą w archiwum GG. Miałem wiele okazji by zrobić to samemu lecz nie chciałem by straciła do mnie zaufanie dlatego zapytałem. Ta, kategorycznie odmówiła, powiedziała że to jest jej prywatne życie, a ja musiałem się z tym pogodzić by znów jej nie stracić. Kilka dni temu, będąc u niej, położyliśmy się na łóżku. Ona zasnęła, a ja jakoś nie mogłem... Gdy skorzystałem z jej komputera by sprawdzić autobus powrotny do domu, coś podkusiło mnie żebym jednak sprawdził archiwum. Moim oczom ukazały się treści które przerastały wszelkie możliwe oczekiwania. W jednej chwili całe trzy miesiące naprawiania związku legły w gruzach. Okazało się, że była z tym kolegą w związku na tyle silnym, że zahaczał on niemal o miłość. Mieli bogate życie intymne, wspólne plany itd. Można by rzec że ten "kolega" zajął moje dawne miejsce, a przez te pare miesięcy utrzymywała mnie w ułudzie, że wszystko naprawiamy. Wybaczcie za słownictwo... Ale wulgaryzmsię niesamowicie... zostawiłem archiwum otwarte by wiedziała, że je przeglądałem i wyszedłem z domu... Wydzwaniała do mnie kilka razy, a później napisała mi SMS'a, że "się zabije...". Niestety, i tu może leżeć moja słabość... Kilkadziesiąt minut później zadzwoniłem do niej... ta jednak nie odbierała... Nienawidzę jej za to co mi zrobiła, ale miłość do niej nie wygasła i ta popchnęła mnie do niej do domu... Miała nieznacznie poharatane ręce od cyrkla, i była bardzo pijana... Obok leżały puste butelki po winie i po wódce 0,5. Jak na jej stosunek do alkoholu to wręcz zabójcza ilość. Niezwłocznie się nią zaopiekowałem (Wybaczcie, ale tu liczyło się ludzkie życie, a nie osobiste rozterki). Gdy doszła do siebie przepraszała mnie na kolanach, błagała bym jej nie opuszczał, powiedziała że opuści tamtego bym przy niej został i non stop płakała. Dziś mijają 3 dni od momentu gdy się dowiedziałem. Utrzymujemy jednak bardzo ubogi kontakt ponieważ łączą mnie z nią sprawy zaległe, które po prostu chce dokończyć. Ale co dalej ? Co mam robić ? Czy zasługuje na szanse ? 3 miesiące perfidnego zdradzania za 2,5 roku szczęśliwego związku ? Tłumaczyła się, że ten "Kolega" posiada cechy których ja nie mam. Był jej ucieczką ode mnie. Gdy ja zawodziłem, leciała do niego.
Do niektórych zachowań jeszcze nie dojrzałem i może dlatego zastanawiam się czy jej wybaczyć. Powiedzcie mi drogie Panie (I Panowie, jeśli są takowi na tym forum)... Zasługuje na wybaczenie ?
Proszę o konstruktywną opinię, a nie świeże doznania po przeczytaniu. To bardzo ważne dla mnie.
p.s. - Przepraszam za ewentualne błędy w składni. Pisałem ten temat pod wpływem emocji.