Witam was kobietki. Dawno się nie odzywałam, ale uważam że po az tak długiej przerwie mam wreszcie coś do powiedzenia.
Mianowicie chodzi o mój zwiazek...
Jeśli macie cierpliwość i chęć to wytrwacie do końca moich użalań się nas sobą...
Ostatnio między mną a P. nie jest najlepiej. Właściwie zastanawiam się kiedy było, czy w ogóle tak naprawde było. Mówi się raz na górze raz na dole. Tylko że my wciąż jestesmy gdzies pomiędzy. Niedokończone rozmowy, niedokończone kłótnie, niewypowiedziane słowa bo- on nie zrozumie, bo ja nie zrozumiem. Coraz bardziej utwierdzamy się w fakcie, że do siebie nie pasujemy... Coraz bardziej ja wątpię w idee naszego związku. Dwa lata i zamiast lepiej, jest gorzej. A może to tylko moja fikcja ? Nee, raczej nie.
Przestałam się już czuć potrzebna. Nie potrafię mu pomóc (nie, to nie są moje słowa... to On tak twierdzi... i chyba ma racje
), nie mamy już o czym ze sobą rozmawiac bo On tak naprawdę nie lubi poważnych rozmów, a ja nie lubię tych głupkowatych. Zależy mu na kolegach i nie potrafi zrozumieć, że i mnie zależy by ich miał- twierdzi, że i tak go ograniczam.
Coraz częsciej widzę w jego oczach rezygnacje, niechęć i zdenerwowanie do mnie. Pomimo to wiem, że mnie kocha. Wiem też, ze i ja go kocham. Choć muszę się przyznać przed wami do czegoś... Ja już nie chce go kochać, albo chociaż chciałabym potrafić go kochać jak nastolatka chłopczyka, a nie jak kobieta chłopca. Nie ma dla mnie recepty na przyszłość, muszę wierzyć w to, że On się zmieni albo ja go zaakceptuje... W moich myślach dałam mu jeszcze rok. Trzeci rok.
Nie widzę dla nas przyszłości. Już się staram nie łudzić, choć gdy nadchodzą dni naszych wzniesień to... marzenia o wspólnej przyszłości się pojawiają... Kto jesli nie On jest tym jedynym? Tym czułym, dobrym, wrażliwym i empatycznym mężczyzną pełnym życia ?
Może P. miał racje... może ja po prostu wyolbrzymiam wszystko bo kocham cierpieć z miłości...
Zatem nauczcie mnie abym nie kochała, bym mogła się cieszyć...