Moje Drogie...
Nie wiem właściwie, czy ma to jakikolwiek sens, że napisze tu o swojej sytuacji, ale chyba tak bardzo mnie to gryzie, że muszę.
Jestem ze swoim chłopakiem blisko 2 lata. Dla niektórych może wydawać się banalnie mało, ale czy ktoś wierzy, czy nie... znamy się bardzo dobrze. Staramy się rozmawiać o wszystkim, cieszymy się swoją obecnością i jesteśmy ze sobą chyba naprawdę szczęśliwi. Chociaż o tym tez bym dużo napisała... No ale pomijając. Chodzi mi o jego rodziców. Jesteśmy ze sobą tyle, a JA nie mam z Nimi żadnego kontaktu. To mój chłopak mnie odwiedza, zawsze przyjeżdża na Święta, no bo moi rodzice zawsze się pytają czy już Go zapraszałam, czy przyjedzie itd. To u mnie spędza wolny czas. Sam przyznaje, że tu czuje się najlepiej, że mam świetną rodzinę i dużo w moim domu miłości, że u niego to nie zawsze... I o tym "nie zawsze" tez z nim rozmawiałam, chociaż widzę, że mówić o tym nie lubi. Ojciec ma trochę problemy z alkoholem, w domu brak wzajemnej miłości obojga rodziców, ale nie jest tez tak szaro-buro. Chodzi mi o to, że kiedy ja u niego jestem, spędzamy czas razem w jego pokoju, zamknięci szczelnie. Ojciec jak ojciec, no niech tam się do mnie nie odzywa, ale jego matka... niech by się chociaż coś zapytała... Jestem u Nich rzadko, wiec jakiś dialog "co u Ciebie?" na pewno by się przydał. Ale Oni nic...zero...nic się mną nie interesują. Jak On jest u mnie to moja mama cały czas Go zaczepia, rozmawiają razem, zaraz jest jakiś obiad i inne troski ze strony mojej mamy... A u niego? Nic. Owszem, byłam zapraszana parę razy na niedzielne obiady i niektóre rodzinne przyjęcia, ale nic poza gapieniem się wszystkich w telewizor nie było. Nikt się mną zwyczajnie nie interesuję. Nikogo w jego rodzinie nie obchodzę. Właśnie tak to odbieram. Dla mnie rodzina ma bardzo ważną wartość. I może dlatego tak to przeżywam. Kocham Go...i chyba dlatego oczekuje, aby Jego rodzina była również dla mnie chociaż trochę bliższa. Nie wiem...zupełnie nic już nie wiem.