Witajcie.
Nie wiem czego się spodziewam pisząc tutaj. Może po prostu nie mam komu się wygadać, szczególnie nie ma osoby, która zrozumiałaby co czuję a więc jednocześnie zrozumiała mnie. Czasami sama siebie nie rozumiem..
W moim domu zawsze panowały konserwatywne poglądy. Rodzice wychowywali mnie w duchu chrześcijańskim, gdy byłam dzieckiem chodzenie do kościoła było przymusem, teraz świadomie podejmuję decyzję, że chcę tam chodzić, rozumiem i widzę słuszność zasad które tam panują (zgodnie z tematem wątku tu będzie chodziło o seks.) jednak wszystko mi się posypało...
Zaczęło się po wyprowadzce z domu.. wtedy nie miałam żadnego powodzenia u facetów, mimo tego, że obecnie jestem atrakcyjną dziewczyną ( subiektywnie patrząc i sugerując się może opiniami innych osób, ale to sprawa względna. ) wtedy byłam typową szarą myszką. Gdy już wkroczyłam w wiek dojrzewania czułam potrzebę choćby spotykania się z kimś, chciałam się zakochać. Więc zaczęłam szukać, niestety w bardzo nieodpowiednim miejscu, bo na tinderze. No i chyba tu jest źródło mojego dzisiejszego problemu... spotykałam się z facetami, cicha, nieśmiała... bez własnego zdania, bo w domu zawsze mówiono mi, że zawsze trzeba każdemu pomagac, nie wolno odmawiać, moja mama zreszta tez ma problemy z asertywnoscia, dopiero niedawno zaczęła z tym walczyc i mam wrazenie, że po prostu przejęłam tę cechę. Faceci z tindera wykorzystywali to w ten sposób, że zwyczajnie dobierali się do mnie(nigdy nie doszło do seksu na 100%, co nie zmienia faktu, że były to moje pierwsze kontakty seksualne, więc zostało to we mnie do dzisiaj) a ja mimo, że wewnątrz cała krzyczałam nie potrafiłam powiedzieć nie... najgorsze jest to, ze takie sytuacje się mnożyły a ja dołowałam się coraz bardziej, bo oczywiscie nigdy te znajomości nie miały ciągu dalszego... więc czułam się jak ścierka do podłogi i jednocześnie nie miałam na tyle sił, by to przerwać..
Może warto tu nadmienić, że w podstawówce i w gimnazjum(dzięki "koleżance" która przekazała informacje z podstawówki) byłam także prześladowana przez rówieśników... taka czarna owieczka, z której każdy się śmiał, bez przyjaciół, jakiegokolwiek wsparcia. Jedyną koleżanką była druga dziewczyna, również prześladowana przez resztę klasy... Rodzice wiedzieli o całej sytuacji, mama poradziła mi "nie zwracać uwagi, to same się odczepią" więc przyjmowałam policzek za policzkiem, nie potrafiłam otworzyć ust i zawalczyć o siebie...
Wracając. Po okresie randek z tindera poznałam (również przez internet, ale juz w innym miejscu) faceta, który mieszkał pół Polski ode mnie. Miałam wtedy 21 lat, on 31. Mieszkał z narzeczoną(z którą podobno od dawna się nie układało), co początkowo przede mną ukrywał, jednak zaczęły się przyjazdy do mnie, codzienne telefony, najpierw "w czasie spaceru". Wyczuwałam ze jest coś na rzeczy, wiec zapytałam wprost dlaczego nie rozmawia ze mną, gdy jest w domu.. wtedy wszystko wyszło na jaw. Jednak ja jakby nie przejelam sie tym, bo zupełnie nie był w moim typie wizualnie i traktowałam go jak starszego kolegę, który zawsze mi dobrze doradzi ( był wykładowca na panstwowej uczelni, bardzo inteligentny facet, zawsze umiał sie zachowac..) z bieegiem czasu zaczął o mnie wyraźnie zabiegac, wiec postawiłam warunek, że musi wybrac... wybrał, wyprowadził się od niej i oficjalnie po niedługim czasie od tego zostalismy parą. Nikt nigdy tak o mnie nie zabiegał, kwiaty, wycieczki, pomoc w malowaniu mieszkania, wsparcie w kazdej chwili, komplementy... narawde nie wiem co jeszcze mozna było wymyślić, bajkowy scenariusz jak w filmie... więc pomimo urody i różnicy wieku popłynęłam w to.. sądziłam, że teraz to już na pewno miłość, jedna na całe życie. Po swoich wcześniejszych "przejsciach" zwlekałam z tematami seksu, kojarzyło mi się to z cierpieniem i uczuciem beznadziejnosci, poza tym w tle zawsze był temat wiary... jednak facet też dosyć nalegał, ja zakochana... po roku od znajomości uległam i doszło do pierwszego razu. Jednak mimo wszystko była to świadoma i przemyślana decyzja (nie żałuję do dzisiaj). Czułam, że robię to z miłości. Pół roku później zwiazek ten rozpadł się z innych powodów.
Zaczęły się kolejne spotkania z tindera, poneważ akurat żaden facet nie kręcił się koło mnie. Czułam, że tylko to daje mi poczucie atrakcyjności, zawsze musiał byc ktos obok, kto napisał itd.. mimo spotkań nie dochodziło tym razem do niczego w intymnych sprawach... mam wrażenie ze to dzięki poprzedniemu związkowi który mimo wszystko bardzo mnie dowartościował, jednak nie potrwało to długo... po drodze przydarzyła się znów sytuacja gdzie pozwoliłam na więcej facetowi, z którym spotkałam się jedynie 3 razy. znów to uczucie, gdzie czułam wewnętrznie, że nie chcę tego robić a mimo to nie potrafiłam w żaden sposób się sprzeciwic... potem znów poczucie winy, wmawianie sobie, ze jestem beznadziejna i do niczego..
Po tym zajściu dotarło do mnie, że problem wrócił, myślałam, ze już się go pozbyłam, jednak poczułam się kolejny raz taka słaba i nic nie warta... postanowiłam, ze będę z tym walczyć, że już nigdy więcej nie pozwolę na coś, czego nie będę chciała. Postanowiłam, ze kasuję wszelkiego rodzaju portale randkowe i już nigdy więcej tam nie zajrzę. Jakieś dwa miesiące później na chodniku uśmiechnął się do mnie facet po czym poprosił o numer telefonu. Ja cała w skowronkach, w końcu ktoś spoza internetu ( zdarzały się wcześniej przypadki zaczepiania na żywo, jednak nigdy nie wyszło to poza ramy koleżeństwa głównie z mojej inicjatywy.. ) Ten facet bardzo mi się spodobał... po pierwszym spotkaniu ja byłam zachwycona (jednak czułam, ze sama wypadłam słabo..stresowałam się i nie zachowywałam naturalnie ) jednak z jego strony telefon milczał... postanowiłam wziac sprawy w swoje ręce.. jednak wzięłam je w ręce zbyt mocno, zdecydowanie byłam (i chyba do teraz jestem) dużo mocniej zaangażowana od niego. Może nie przejęłam inicjatywy w pełni, ale emocjonalnie byłam totalnie ześwirowana na jego punkcie... no i to zaczęło wychodzić na kazdym kroku, po poprzednim związku (w którym było dużo planów na przyszłość, dom, rodzina, dzieci... )czułam, ze obecny facet daje mi zdecydowanie za mało, nie stara sie jak tamten, nie deklaruje... dlatego po miesiącu(!) znajomości już zaczęłam na to naciskać... nie muszę mówić, że wszystko zaczęło jeszcze bardziej się walić.. niestety tu tez weszły w grę zbliżenia, mimo, że wiara przed poznaniem tego faceta stałą sie dla mnie bardzo istotna i nie chciałam już tego rozgrywac w ten sposób a przynajmniej nie znów na samym początku... prowadziło to do absurdalnych sytuacji, gdzie dochodziło do czegoś a potem ja siedziałam smutna i milcząca... tak, ze facet tracił głowę, nie wiedział o co chodzi..a ja z kolei zastanawiłam się, czy on traktuje mnie powaznie bo przeciez sie nie zdeklarował a jednak naciskal na zbliżenia.. (naciskał, bo wcześniej długo się sprzeciwiałam, zgodnie z tym co wcześniej postanowiłam.. ) Gdy w konsekwencji mojego naciskania byliśmy już bliscy rozstania i daliśmy sobie "czas" ja poszłam po rozum do głowy i zrozumiałam, że nie mogę tak naciskać, że muszę wyluzować... no i tak się stało, jednak zbliżenia (które tak na prawdę zawsze powodują, że mam później wyrzuty sumienia i czuję się nic nie warta, szczególnie, że łamię zasady wiary... ) pozostały. Wyszłam wtedy z próbą wyjaśnienia partnerowi ze dopoki nie bedziemy pewni ze juz jest ok, ze nam zalezy to nie chce doprowadzac do zblizen, czasami miałam wrazenie ze w tej znajomosci chodzi tylko o to.. albo moje poprzednie doswiadczenia powodowały takie myslenie.. ) Chłopak z jednej strony (też wierzący) mówił, że rozumie moje podejscie, ze nawet je popiera i jest gotowy życ bez tego, jednak po krótkim czasie znów naciskał i znów wszystko wracało.. ( a naciskał bo wiedział, że nie będzie trudno mnie przekonac... do teraz wciaz mam problem z asertywnoscia, wiem ze tego nie chce a jednoczesnie nie potrafie powiedziec nie.. mi to nawet nie sprawia przyjemności bo z tyłu głowy ciągle jest myśl, że nie powinnam tego robić, ze znów bede żałowała... ) Teraz przejdę do tego, dlaczego tu jestem... wcześniej jedynym moim "pełnym partnerem seksualnym" był facet, z którym byłam rok, o którym pisałam. Teraz już przekonana o tym, ze nie chcę wiecej oddawac się cała nikomu wiecej (dopiero mężowi) i przekonana o tym, że na pewno nie zrobie tego wiecej, bo zawsze miałam "hamulce", gdy obecny partner nalegał( twierdził, że jest prawiczkiem.. ). Wrócilismy wieczorem z miasta i... doszło do pełnego seksu. Wtedy wydawało mi się, że po prostu mam na to ochotę, więc to zrobię, poza tym świadomość, że jest to jego pierwszy raz spowodowała, ze wydawało mi się to czymś "wzniosłym".... Problem w tym, że w naszym związku (3 miesiące intensywnej znajomości-spotykamy sie prawie codziennie) ciągle nie wiadomo na czym stoimy, daliśmy sobie "luz" i mimo, ze oficjalnie jestesmy razem, wychodzimy z jego znajomymi, chce mnie poznac z rodzicami, za tydzien idziemy razem na wesele... to ja zwyczajnie nie czuję, że on mnie kocha.. Jak wcześniej mówiłam ja od początku byłam i chyba jestem mocniej zaangażowana, a teraz po tym do czego doszło mam wrażenie, że jestem jeszcze bardziej...
Pewnie nie miałabym czym się przejmować, teraz już czuję, że nie chodzi tylko o jedno, jednak zawsze mówiłam sobie, że nie zrobie tego z osobą, której nie jestem pewna a jednak do tego doszło... poza tym trzymałam się wersji, że chcę z tym czekać do końca, po czym po jego naciskaniu bez jakiegos wiekszego sprzeciwu znów się zgodziłam.. a teraz tego żałuję. Załuję, bo wydaje mi się, że po tym facet totalnie traci szacunek do kobiety, tak miałam w poprzednim związku (mimo, że wiem, że tam facet wciąż szanował mnie tak samo), wmawiałam sobie, ze teraz to juz na pewno mnie zostawi, ze dostał juz wszystko wiec zaraz mu sie znudzi... to samo jest teraz. Nie potrafię przestać o tym myśleć.... czuję się beznadziejna, bo znów nie potrafiłam zawalczyc o siebie, o to, czego tak na prawde chce... i co wiem, ze dałoby mi szczęście. Ta myśl, że znów złamałam zasady, których już nie chciałam łamać, paskudne wyrzuty sumienia po seksie totalnie nie są warte tej chwili.. to mnie dołuje tak silnie, że nie potrafię nad tym zapanować, popadam w jakas czarną rozpacz, znów czuje sie nic nie warta, szczególnie ze wszystko co mówiłam obecnemu facetowi, ze chce czekać itd.. okazało się śmiechu warte... dodatkowo mam teraz obawę, że on i tak odejdzie, bo skoro już nie jest prawiczkiem to będzie chciał sprawdzić jak to jest z inną... mimo, ze w momencie, gdy do tego dochodziło wydawało mi się, że właśnie przez to, że jestem jego pierwszą to będzie go przy mnie zatrzymywało.... bez sensu.
Z drugiej strony jestem z nim właśnie po rozmowie.. moze nie powiedziałam o wszystkich swoich obawach, ale wyjasniłam, ze zależy mi na nim a myśle, ze seks, gdy jeszcze uczucia sa niepewne moze wszystko popsuc to kolejny raz chcę spróbować spotykac sie bez tego. No i on twierdzi, ze skoro to powoduje u mnie tak wielkie wyrzuty sumienia i nie jestem przez to szcześliwa, to znów możemy spróbowac bez tego... spedzac wiecej czasu poza mieszkaniem, by nie kusić losu, hamować się nawzajem...
tyle, że ja już i tak czuję, że wszystko jest przegrane... i całą odpowiedzialnością obarczam siebie.. wydaje mi sie, że i tak teraz on już nie ma do mnie żadnego szacunku, że traktuje każde moje słowo nie na poważnie, w końcu tyle razy już udowodniłam mu, że i tak jest w stanie szybko mnie przekonać... i będzie miał rację, moje słowo jest nic nie warte, przynajmniej na tej płaszczyźnie... nie potrafię walczyć o to, czego chcę, czuję się bezwartościowa i taka "zużyta"... to co czuje przekłada się na całe moje życie... mam tak niską samoocenę, że mam też problemy w kontaktach z innymi ludźmi, buduję wokół siebie mur, przez co nie mogę znaleźć przyjaciół i czuję się przez to jeszcze bardziej samotna i nic nie warta, nie warta tego, by mnie polubić i chcieć się ze mną zadawać... uśmiecham się, ale ludzi i tak widzą, że wewnątrz jestem przygnębiona.. przy okazji podejrzewam też nerwicę... łączę pracę ze studiami, więc to wszystko tak się "nawarstwiło"...
Strasznie się w tym wszystkim pogubiłam.. nie wiem już co zrobić, żeby odzyskać radość z życia, żeby nie myśleć o sobie w najgorszych kategoriach.... sama sobie zgotowałam taki los a teraz nie wiem jak z tego wyjść, mam wrażenie, że to się za mną ciągnie i boję się co jeszcze może się stać, nie chcę znów czegoś żałować... a teraz najbardziej dobija mnie fakt, że boję się o stratę faceta, w związek z którym już czuję, że się zaangażowałam a czuję też, że on nie czuje tego samego co ja..tłumaczy się swoim ostatnim rozstaniem, tym, że tam był bardzo zauroczony i teraz już nie chce tak się zakochiwać bez pamięci, bo za dużo go to kosztowało, woli podejść do tego racjonalnie. Jednak ja mam raczej przeświadczenie, że traktuje mnie jak biedną sierotkę, z którą można zrobić wszystko, ale że też przy okazji może mi się wygadać i otworzyć przede mną,.. bo paradoksalnie często robię za psychologa nie tylko jego ale i innych ludzi... którym moje rady zazwyczaj bardzo pomagają, a na pewno pomaga rozmowa.. tylko mnie nikt nie chce wysłuchać a już na pewno nikt nie zrozumie.. nie spróbuje zrozumieć.
Bardzo proszę jakąś życzliwą duszyczkę o odpowiedź... to mnie zjada od środka, próbuję z tym wszystkim co mi dolega walczyć ale mam wrażenie, że to walka ze ścianą... i ta ściana wciąż wygrywa.