Witam,
Wstyd mi znowu przychodzić z problemem na forum, ale nie mam komu o tym opowiedzieć, żeby mnie nie wyśmiał. Jeśli piszę w nieodpowiednim dziale, to proszę o przesunięcie wątku.
Nie wiem, czy potrafię zrozumiale ująć mój problem, ale mam wrażenie, że nie zasługuję na to, co mam. Jestem jedynaczką, rodzice zarabiają dość dobrze, nigdy nam niczego nie brakowało. Mieszkam w domu z ogródkiem, mam ukochanego psa. Ale gryzie mnie to, że mam dobrze, a jestem kiepskim dzieckiem. Kiedyś dobrze się uczyłam, rodzice byli ze mnie dumni. A później "wyhodowałam" sobie pasożyta, który nie dość, że żerował, to ściągał mnie w dół (napisałam o tym w innym wątku). Zrezygnowałam z dobrego liceum na rzecz tej osoby. Teraz pewnie na dobre studia się nie dostanę, bo ciągle mówi, że się do czegoś nie nadaję. No i teraz trwam w nieustannym poczuciu, że zawiodłam moich rodziców.
Zaczęło się od tego, że wymarzyłam sobie, że za pieniądze, które dostanę na osiemnaste urodziny kupię sobie laptopa. No i kupiłam. A teraz siedzę i się gryzę, że za tą kasę mogłam kupić urządzenie wielofunkcyjne, potrzebne mi o wiele bardziej, a resztę odłożyć na studia, żeby nie ciągnąć od rodziców. Albo zapłacić za zabiegi u dermatologa. Za szczepienie psa. Nowe ciuchy, bo chciałabym się w końcu "przepoczwarzyć". I gryzą mnie wyrzuty sumienia.
Mama mówi, żebym się nie przejmowała, to były moje pieniądze, mogłam z nimi zrobić, co chciałam. A ja sobie myślę, że żeruję na nich, bo nie uczyłam się tak, jakbym mogła, gdybym chciała. Że zawaliłam. Na studiach chcę te wszystkie stracone lata nadrobić, ale to już nie będzie to samo. Już nie będzie takiej beztroski, bo będzie mnie gryzło, że jestem dorosłą osobą na utrzymaniu rodziców.
Osiemnastkę chcieli mi zrobić na sali, urządziłam ją w domu jak najniższym kosztem. Na studniówkę nie poszłam. Nie wyprowadzam się na studia, bo nie chcę od nich ciągnąć na życie i mieszkanie, a pracy z wymarzonym kierunkiem pewnie bym nie pogodziła. Wszystko robię, żeby tylko nie wydawali na mnie pieniędzy, ale nie zawsze się tak da. W wakacje chciałabym iść do pracy - nie dlatego, że chcę, tylko z poczucia obowiązku. Bo wszyscy dookoła trąbią, jacy to nie są samodzielni w tym wieku. Rodzice mówią, żebym nie szła (zresztą i tak nie wiem, gdzie i do jakiej...) bo wolą, żebym pracowała w domu. Oni chcą przyjść z pracy i mieć posprzątane, ugotowane i inne prace domowe z głowy, a mi za to mogą podwyższyć kieszonkowe. Mówią, żebym sobie w te wakacje po prostu odpoczęła, bo ostatnie kilka lat było dla nas wszystkich bardzo trudne. Żebym się zajęła w tym czasie porzuconymi pasjami (biżuteria, decoupage, planuję wolontariat w schronisku), w domu będzie remont, to też muszę pomóc. A mnie gryzie, że jestem darmozjadem. Jakbym ich tak nie zwiodła w ostatnich latach, to nie czułabym się tak źle.
Czasem uda mi się sprzedać np. kolczyki komuś znajomemu. Ale zawsze, jak mama przychodzi uradowana z pracy, że coś sprzedała koleżance, to myślę sobie: ona naprawdę sprzedała, czy tylko tak mówi, a naprawdę jej dała a pieniądze mi daje ze swoich. Nawet jak jej koleżanka mi prosto do ręki zapłaciła za naszyjnik, to miałam głupie podejrzenia.
Ostatnio dostałam trochę pieniędzy od dziadków. Chciałam im oddać, prawie się obrazili. A ja ryczę, że nie potrzebuję (chociaż bardzo potrzebuję), że mi się nie należy, bo przerąbałam całe szkolne lata i jest mi głupio z tego powodu tylko w ukryciu.
Cholernie źle się czuję sama ze sobą. Pewnie jestem tylko głupią małolatą.
Proszę o jakieś rady, jak mam się ze sobą pogodzić, i jak przekonać siebie, że nie jestem taką złą osobą.
Pozdrawiam