Witam,
mam pewien problem, otóż od jakiegoś czasu, kiedy w moim związku zaczęło się komplikować (On znaczy dla mnie bardzo wiele, ale czuję, że się od siebie oddalamy, mam nadzieję, że uda się to naprawić),
ja zaczęłam się bać każdej chwili spędzonej samotnie. Mieszkam sama, nie mam zbyt wiele czasu na spotkania z przyjaciółmi, a z chłopakiem spotykam się rzadziej niż przedtem. Kiedy jestem na dworze, to nie czuję się tak strasznie, ale za każdym razem kiedy wchodzę do domu i uświadamiam sobie, że nie ma tam nikogo ze mną, zaczynam płakać. Próbuję sobie mówić, że przecież spotkałam się z tyloma osobami danego dnia, że dzień był dobry, że z facetem też było dziś ok, że nie mam powodu do płaczu, ale to nic nie daje. Ryczę jak bóbr aż zasnę, nie jestem w stanie praktycznie nic zrobić, ale kiedy wychodzę do ludzi, to zachowuję się normalnie, znowu jestem wesoła itd. Nie wiem dlaczego tak się dzieje, ale strasznie mnie to przytłacza, czuję się bezsilna. Czy którejś z was się to przydarzyło? Jak z tym walczyć? Będę bardzo wdzięczna za wszelkie rady ![]()
O kurczę.. jeszcze takiego czegoś nie słyszałam, ale tak pozytywnie
Nie chcę być zlośliwa, ale to lepsze uzależnienie, niż te od facebooka itp.. przynajmniej się człowiek spotka normalnie z ludźmi i pogada..
Jeśli chodzi o pomoc, to nie jestem ekspertką od takich spraw, ale wydaje mi się, że musisz porozmawiać ze specjalistą o powodach dla których tak panicznie boisz się samotności... bo wszystko ma swój początek, nawet bardzo dawno temu.. Pozdrawiam i miej się dobrze! ![]()
Pisałam wczoraj w innym wątku o nie do końca tym samym, ale zahaczającym o to, co napisałaś - o problemie z przebywaniem sam na sam ze sobą (masło maślane) i czuciem się zadowoloną i szczęśliwą jednostką tylko, kiedy ktoś jest przy Tobie. Ja wybieram się z tym do specjalisty, bo kilka dni temu ktoś, z kim byłam bardzo blisko, wyprowadził się z dnia na dzień do innego miasta i od tamtej pory jestem w rozsypce...