Rozmowy utknęły. Skoro padło wprost, że nie jesteśmy sobie bliscy, to mnie się odechciało gadać. Owszem, zapytałam dziś, dlaczego.
Tyrada trwała chyba z godzinę, z wywlekaniem jakiś przedziwnych epizodów sprzed lat, np. że na początku relacji zażartowałam, że może on jest jakimś zakamuflowanym oszustem matrymonialnym. Śmialiśmy się potem z tego wiele razy. Okazuje się, że "jego to boli do dziś".
Padły też słowa, że "mógłby mi przytoczyć dziesiątki przykładów traktowania go jak śmiecia, aż spadłabym z krzesła". A to miałam w rozmowie ton pogardliwy, a to ukrytą agresję, a to synowie przesłaniają mi cały świat, a to zbyt czule odezwałam się do kota, a do niego nigdy tak...Że spojrzałam kiefyś viepło na małą dziewczynkę na ulicy, a niego nie! Jezu! Miałam wrażenie, że głowa mi eksploduje. Zostałam z otwartą gębą i nastało wymowne milczenie...
Napisałam, że mam podejrzenia, że to zaburzony człowiek, bo ja w ogóle takich sytuacji nie pamiętam. Mało tego, do ostatniej chwili przed informacją o mamie, szczebiotał ze mną o wszystkim jak skowronek.
Po tych jego zarzutach poczułam nawet coś w rodzaju radości, że nie rzuciłam domu, pracy, synów i nie zamieszkałam z nim na drugim krańcu Polski.
Wybaczcie, ale mnie to wygląda nienormalnie.
Nieważne, czy ma inną kobietę, nieważne nawet czy ma rację, ważne, że w układzie z tobą jest, wychodzi na atencjusza. Tak że dobrze chyba, że to już koniec, prawda? Co chwilę czułabyś się dziwnie w jego towarzystwie. Pisałam to już wcześniej, że nie wierzę w jedno jedyne bęc i trzaby było nastawić się na wiele innych sytuacji, które zadziwiają.