Witam! Długo zastanawiałam się czy tutaj napisać, ale w końcu stwierdziłam, że może to jest dobry sposób na to żeby lepiej się poczuć, "wygadać"....... może ulży? Może pisząc tutaj bardziej się dowartościuje pokonując nieśmiałość.
Często czytam różne historie ludzi i myślę sobie - podobnie jak u mnie, ale to nie do końca tak jest...
Wydawałoby się, że w moim życiu jest wszystko ok -wymarzona praca, dobry mąż , zdrowe dzieci , w miarę rodzinka , więc w czym rzecz? Od najmłodszych lat byłam nieśmiała, zawsze w tle koleżanek. W domu najczęściej moja mama odgrywała ważną rolę. Dbała o dzieci, starała się abyśmy mieli w życiu lepiej niż ona/ dzieciństwo wspominam bardzo dobrze/, jednak teraz widzę błędy jakie popełniała a ja zbieram żniwo. Zawsze starała się za nas decydować, usuwać wszystko to co stawało nam na drodze - ja na to przystawałam bo tak było mi wygodnie, ale nie tylko - bo byłam posłuszna a mama była osobą dominującą w domu /zresztą tak jest do teraz/. Kiedy wyszłam za mąż zaczęłam zauważać, że podobne zachowania są u mojego męża. Cieszę się, że mam w nim wsparcie tyle, że chciałabym czasami sama o czymś zdecydować, coś zrobić, gdzieś zaistnieć........ nie potrafię.
Dołuję się, czasami sama szukam powodu do znalezienia sobie problemu /choć często one po prostu są/, nie mam motywacji do różnych działań, myślę często co powie mama, mąż jak to zrobię bądź powiem i tak w kółko. Czasami mam dość. Zamykam się w pokoju, uciekam do netu, żeby przestać o tym wszystkim myśleć. Mam ochotę wygadać się koleżankom ale nie mam do nich zaufania /niestety, kilka razy się na nich zawiodłam, więc nie zaryzykuję/ , mam przyjaciółkę ale ona ma inne spojrzenie na różne rzeczy więc też mam obawy. I tkwię w tym wszystkim po uszy.
Na domiar złego boję się wychodzić różnym sytuacjom na przeciw, unikam imprez /choć mam nieodpartą ochotę na nich być/, boję się wyrażać swoje poglądy /bo nie wiem co inni o mnie pomyślą/, chciałabym pójść do psychologa / i tutaj też mam problem, choć jako osoba wykształcona nie powinnam/ . Mam wrażenie, że życie umyka mi przez palce a ja nie potrafię nic w nim zmienić, żeby poczuć się lepiej, bardziej się dowartościować, z poczuciem, że ktoś inny czeka na moje zdanie, na moją obecność, a tak niestety nie jest... PO PROSTU SOBIE NIE RADZĘ!
MIMI_38 bardzo dobrze Cię rozumiem.moja mama też była i jest bardzo dominującą i powiedziałabym że agresywną i nerwową kobieta a ja mam męża,dziecko i całkowicie nie potrafię odnaleźć się w tej sytuacji.
Do tego też mam problem z wyrażaniem własnych poglądów-szczególnie wtedy gdy widzę że osoba z którą rozmawiam jest ode mnie starsza i pewna siebie.Moje poczucie wartości też leży u mych stóp(jest takie małe).Ale chodzę od 1,5 miesiąca na psychoterapie,właśnie z psychologiem i bardzo mi to pomaga.Polecam więc tobie znaleźć jakiegoś dobrego specjalistę.
Mimi jest tu mnóstwo wątków na ten temat, użyj wyszukiwarki forum i poczytaj.
Powinnaś zacząć od małych spraw- np. nie pytać się co zrobisz na obiad- tylko go ugotować.
Iść na zakupy i samodzielnie kupić sukienkę. A gdy przyjdą myśli w stylu co powie mama na to- odpowiedzieć sobie- na pewno się ucieszy!
Poza tym koniecznie do psychologa. Forum tylko pokazuje drogę ale nikt nie podejmie się terapii on-line.
Powodzenia Mimi38! ![]()
Dzięki za dobre słowo. Utwierdzam się w przekonaniu, że jednak muszę gdzieś się z tym udać czyli do psychologa. Ale czy tak zrobię??? I tu duży znak zapytania. Boję się zacząć szukać a potem nie wiem co mnie czeka podczas tej pierwszej wizyty - od czego zacząć? Czy powiem ,co mnie dręczy? Czy zdążę podczas tej wizyty? Czy nie będę miała oporów o czymś powiedzieć? I wreszcie , czy w którymś momencie się nie rozpłaczę? Tego nie wiem... Zobaczcie , nawet teraz zamiast włączyć się do rozmowy na forum gdzie poruszany jest temat, który mnie też dotyczy - ja nie miałam odwagi, wolałam zacząć od początku - sama. I to jestem cała JA! Na domiar złego dochodzą jeszcze/ o czym wczoraj nie pisałam/ obawy o własne zdrowie - KOSZMAR!!! Ja to wszystko widzę, wiem że coś jest ze mną nie tak a nie mam motywacji , dręczą mnie różne obawy, a przecież muszę sobie pomóc. I tak najczęściej uciekam do netu, kiedy idę spać - słucham muzyki i uciekam w marzenia. Tylko to nie załatwi mojego problemu.....
Może macie jakieś doświadczenia z wizyt u psychologa? Może coś mi doradzicie? A może po prostu dacie mi "kopniaka" żebym w końcu coś z tym zrobiła... Pozdrawiam!
Ja przyznam że 2 u jakich byłam nie płacąc im to byli naprawdę marni,beznadziejni.Teraz chodzę prywatnie i jestem niesamowicie zadowolona.Gościu ma pojęcie bo jest doktorem psychologii. Powiem Ci że nie możesz się przejmować tym że np.się rozpłaczesz,ja co drugom wizytę płacze (nawet w większości gabinetów są chusteczki bo wiele osób tak robi)Psycholodzy są przyzwyczajeni do łez.Najlepiej poszukaj opinie na temat psychologów w Twojej okolicy-bo dobry naprawdę pomaga.
Podobna sytuacja jest z moim młodszym bratem. Teoretycznie powinien być zadowolonym z życia studentem, jest przystojnym chłopakiem, dziewczyny go lubią, ma fajnych kumpli... Jednak nie. Wiem, że czuje się źle z samym sobą, popadł w jakąś stagnację, dnie spełzają mu na niczym. Po prostu na niczym, jedyne co, to widuje się z kolegami, ale odrzucił wszelkie inne życie towarzyskie, licencjata nie może skończyć, pracy nie szuka... Nie wiem co mam z tym zrobić, mieszkamy sami (rodzice wyprowadzili się na wieś). Załatwiłam mu dwa tygodnie próbne u mnie w pracy, od poniedziałku ma zacząć. Mam nadzieję, że nowa praca i ludzie wyrwą go z tego marazmu. Myślicie, że takie coś, co on ma może w konsekwencji prowadzić do depresji?
Abra a można wiedzieć ile płacisz za prywatną wizytę u psychologa?
MIMI_38, mam bardzo podbnie jak ty, tylko z tą różnicą, która z tego co widzę, nie ma aż tak wielkiego znaczenia, w moim domu to ojciec był taki, nie mama, mama mu sie całkowicie podporządkowała, praktycznie jej 'nie było'
też boję się zawsze 'co ludzie powiedzą' gdy chcę coś zrobić, boję się krytyki/braku akceptacji z ich strony, przez wiele lat bałam się mówić ludziom o moich zainteresowaniach, bo miałam wrażenie, że mnie ktoś od razu skrytykuje lub wyśmieje, powie, że się do tego nie nadaję; w sumie teraz też tak jest, ale staram się z tym walczyć, staram się ignorować to negatywne myślenie, chociaż jest to strasznie trudne
niedawno zaczęłam zajmować się czymś, co mnie strasznie interesuje, ODWAŻYŁAM SIĘ w końcu robić coś, co mi sprawia przyjemność
gdybym to ja znała jakąś dziewczynę, która zajmowałaby się tym samym, podziwiałabym ją i pewnie trochę zazdrościła, że zajmuje się czymś takim
a jak ja się zachowuję? co czuję?
staram się ukryć przed innymi, że to robię, zwłaszcza przed ludźmi pokroju mojego ojca,
jak zdarza się, że ktoś to zobaczy, jest mi strasznie głupio, mam wrażenie, że dana osoba śmieje się ze mnie w duchu, lub krytykuje
gdy ktoś się o to pyta, to zazwyczaj umniejszam wartość tego lub też swoich umiejętności
niedawno czytałam książkę 'dramat udanego dziecka', piszę o tym, ponieważ bardzo często, dominujący, despotyczni starzy, nie patrzą na to jakie ich dziecko jest naprawdę, lecz widzą je poprzez pryzmat swoich własnych potrzeb; dziecko ma być takie, jakie oni chcą żeby było, ignorując prawdziwe ja dziecka; w ten sposób takie dziecko zostaje pozbawione swojej osobowości, uczy się jedynie jak spełniać wymagania stawiane wobec niego, aby uzyskać aprobatę i zadowolenie despotycznych rodziców; nie uczy się bycia sobą, nie wie tak naprawdę jakie jest; problemu nie widać dopóki dziecko jest w domu, schody zaczynają się, kiedy to dziecko wychodzi z domu, kiedy wkracza w świat, gdzie trzeba umieć bronić swoich racji, gdzie trzeba wiedzieć kim się jest; wychowane przez despotycznych starych nie ma szans na bezproblemowe poradzenie sobie w 'okrutnym' świecie
jednym słowem, nieźle prze...chlapane
Aspołeczna, masz rację, rzeczywiście tak jest! Ja już dawno "wyszłam" z domu i mając już te lata które mam powinnam być "górą", mieć swoje zdanie, umieć się sprzeciwić być asertywna, podejmować samodzielne decyzje itd. a tu niestety... Ciągle zależna od kogoś .... pełna obaw... utwierdzana , że mam nieuzasadnione racje, jestem do niczego............ często niedoceniona. Ja już mam takie odczucia w różnych momentach, że " nie robię tego, bo na pewno nie dam sobie rady a później będzie komentowanie" i pasuje.
Czasami brakuje mi tej swobody, niezależności, aprobaty innych.... więc uciekam tutaj... czyli do netu. Tą drogą jest mi łatwiej z kimś porozmawiać /popisać/ , nawiązać znajomość /powiedzmy/, ale.... no właśnie ale.... Myślę sobie, że gdybym się z tą osobą / z netu/ spotkała w rzeczywistości to od razu pomyślałaby o mnie "beznadziejna". I tutaj kółko się zamyka.
Przekonuję się coraz bardziej do wizyty u psychologa. Koleżanki na tym forum też mnie przekonały , że to będzie dla mnie jak najbardziej wskazane. Czytam to i owo na ten temat i myślę sobie, że może warto byłoby spróbować. Tylko na razie jestem na etapie szukania. Nie mówię o tej wizycie nikomu bo nie wiem jakie byłoby spojrzenie na mnie samą. A wiem bardzo dobrze , że są osoby /szczególnie starsze pokolenia/ , które patrzą dziwnie na osobę która idzie bądź była u psychologa czy też psychiatry. Dlatego też wole nie mówić, szukam i postaram się zmierzyć z tym sama... Czy mi się uda? Zobaczymy...
W każdym bądź razie muszę to zmienić bo się męczę...
Nie mówię o tej wizycie nikomu bo nie wiem jakie byłoby spojrzenie na mnie samą. A wiem bardzo dobrze , że są osoby /szczególnie starsze pokolenia/ , które patrzą dziwnie na osobę która idzie bądź była u psychologa czy też psychiatry. Dlatego też wole nie mówić, szukam i postaram się zmierzyć z tym sama...
Może jednak poszukasz sobie kogoś do podzielenia się, choćby tym, jak Ci idą poszukiwania psychologa? A co do ludzi, którzy "dziwnie patrzą". Może i patrzą dziwnie, ale to nie oni będą potem dźwigać konsekwencje nieleczenia, prawda? Tylko Ty.
Z tą zaprzyjaźnioną osobą, to radzę Ci jednak, żebyś sobie znalazła kogoś zaufanego, choćby dlatego, że faktycznie komuś może się nie podobać nie tyle sama terpia, ile zmiany za nią idące. Jeśli Twojemu otoczeniu jest wygodnie z tym stanem rzeczy jaki jest, z Tobą taką, jaką znają, Twoja przemiana może sprawić, że będą chcieli Cię "wtłoczyć" na dawne tory. I niekoniecznie muszą to robić ze złośliwości, tylko z niepokoju. Zatem przyda Ci się wsparcie nie tylko psychologa czy psychiatry, o ile zdecydujesz się pójść, tylko jeszcze kogoś.
Dezaprobata rodziny może sprawić, że zrezygnujesz z terapii. Ja tak miałam. Kiedy miałam problemy rodzinne, poszłam do psycholożki, opowiedziałam jej co i jak, a ona zaproponowała, by przyprowadzić rodziców na spotkanie. Było strasznie. Mama była agresywna, ojciec niezadowlony, potem mama zaczęła płakać, że obcym ludziom rozpowiadam, jak to mi jest źle w domu, że jak tak mogę, że przecież wiem, że chodzi o moje dobro. Potem, jak już chodziłam sama, bałam się mówić, gdzie wychodzę, bo kiedy wybuchała jakaś kłótnia, ojciec komentował: "Idź, poskarż się pani psycholog!". I w efekcie zrezygnowałam.
Tak więc naprawdę Ci radzę - znajdź bliską, rozumiejącą duszę, która Cię popchnie, gdy w decydującym momencie zabraknie Ci odwagi.
hmmm, ja nie bardzo rozumiem po co miałaby szukać kogoś, komu miałaby mówić, że chodzi do psychologa
spotkania z psychologiem są odpowiednikiem spowiedzi, według mnie; nie ma sensu o tym rozpowiadać
w ogóle uważam, że z tego względu, że wielu ludzi nie 'wierzy' lub nie chodzi do kościoła, nie spowiada się regularnie, to ma przez to problemy ze sobą; ja sama jestem tego najlepszym przykładem; podejrzewam, że gydybm była praktykującą katoliczką, nie miałabym tych problemów, które mam;
człowiek jest tak skonstruowany, że żeby zachować zdrowie psychiczne, musi mieć kogoś, komu od czasu do czasu opowie, co się w jego wnętrzu dzieje, żeby się 'zrestartować', żeby spojrzeć na pewne problemy z dystansu; kiedyś taką rolę odgrywali księża na spowiedzi; teraz, dla niewierzących lub niepraktykujących pozostają psychologowie;
Onorina, ja też za namową psycholog powiedziałam rodzicom, że chodzę na terapię; do dziś dnia tego żałuję (ja tego nie chciałam, nie byłam do tego kompletnie przekonana, ale posłuchałam sugestii); wydaje mi się, że to błąd, że psychologowie do tego namawiają, bo jeśli
pochodzi się z rodziny, z którą nie jest się blisko, w takim sensie, że nie rozmawia się o problemach, to prawie zawsze próba nawiązania bliższego kontaktu skończy się niepowodzeniem, skoro rodzina przez lata funkcjonowała tak, że każdy radził sobie samemu, to próba zmiany tego jest raczej niemożliwa
w rodzinach, gdzie ludzie sobie nawzajem pomagają, są ze sobą blisko (mi osobiście trudno sobie coś takiego wyobrazić, wydaje mi się to kompletną abstrakcją), ludzie są zdrowi i nie potrzebują pomocy psychologa
w ogóle u mnie po tym, jak im powiedziałam, jak próbowałam im wytłumaczyć, do tej pory (dobrych kilka lat po) pozostał ferment; jest to kolejny temat tabu w mojej rodzinie i wolę żeby tak pozostało; i też pamiętam, jak ojciec mnie po tym wszystkim wyzywał od schizofreniczek itp. (gdy byłam w dość głębokiej depresji) i wypominał mi tego psychologa bez przerwy; niektórzy ludzie są po prostu beznadziejni...
hmmm, ja nie bardzo rozumiem po co miałaby szukać kogoś, komu miałaby mówić, że chodzi do psychologa
spotkania z psychologiem są odpowiednikiem spowiedzi, według mnie; nie ma sensu o tym rozpowiadać
w ogóle uważam, że z tego względu, że wielu ludzi nie 'wierzy' lub nie chodzi do kościoła, nie spowiada się regularnie, to ma przez to problemy ze sobą; ja sama jestem tego najlepszym przykładem; podejrzewam, że gydybm była praktykującą katoliczką, nie miałabym tych problemów, które mam;
człowiek jest tak skonstruowany, że żeby zachować zdrowie psychiczne, musi mieć kogoś, komu od czasu do czasu opowie, co się w jego wnętrzu dzieje, żeby się 'zrestartować', żeby spojrzeć na pewne problemy z dystansu; kiedyś taką rolę odgrywali księża na spowiedzi; teraz, dla niewierzących lub niepraktykujących pozostają psychologowie;
Nie do końca tak, że to odpowiednik spowiedzi. U psychologa usiłujesz zrozumieć, co się dzieje, a księdzu spowiadasz się, bo żałujesz. nie opowiadasz mu życia, tylko grzechy. Ksiądz odpuszcza w imieniu Boga, to jest na zasadzie "wymazania tablicy", czy też "wyzerowania rachunku", obietnica podjęcia lepszego życia. Oczywiście to ma wiele aspektów, ale wydaje mi się, że na tym polega główna różnica. Psycholog w pewnym sensie pomaga dojść do tego, jak chce się żyć, spowiedź jest wtedy, kiedy już wie się, jak, tylko ciężko te postanowienia wprowadzać w życie.
Wspólny mianownik jest w tym, że w obu przypadkach podstawą leczenia jest rozmowa.
Po co? Już mówię. Psycholog, jaki był nie był dobry, to jednak nie przyjaciel. Musi zachować dystans zawodowy. Nie można do niego zadzwonić od tak i się wyżalić, jeśli jest po godzinach pracy. Osoba bardzo niepewna siebie, nawet po sesjach u psychologa, może mieć problemy z wprowadzeniem zmian w swoim życiu, gdy nie ma wsparcia otoczenia, gdy otoczenie nie rozumie, co się dzieje. To może pogłębiać jej niepewność, może - jak ja w swoim czasie - zastanawiać się, czy na pewno robi dobrze, a to może pogłębiać jej frustrację. Wtedy bardzo się przyda osoba, która będzie po prostu bliską osobą, wtajemniczoną w to, że zmiany mają się dokonać, która jak trzeba, to przytuli, a jak trzeba to "da kopa" i po prostu będzie obok. Mi takiej osoby w swoim czasie zabrakło. Skapitulowałam i uznałam, że rodzina ma rację. Może gdyby był ktoś obok, kto powiedziałby mi "nie świruj, trwaj dalej", byłoby inaczej. Psycholog tak nie powie.