Od 7 miesięcy nie mieszkam z mężem. Jest mi ciężko, teraz chyba jakoś wyjątkowo ciężko. Raz mam chwilę, że nakopałabym temu człowiekowi tak, żeby się ocknął z letargu, w jakim przebywa, a za chwilę dzwoniłabym i pisała, że kocham go i, że czuję się jak wrak bez niego. Tą drugą wersję już praktykowałam, ale "nie wzruszają go moje marne smsy i na nic więcej mnie nie stać"-dostałam w odpowiedzi. Już sama nie wiem czy to jest normalne?? Samotność i bezsilność w obecnej chwili mnie kompletnie przytłacza. Mam dziecko-ono daje mi radość. Tylko wciąż nie mogę pogodzić się z postępowaniem męża, dla którego byłam gotowa oddać swoje życie, dla którego byłam żoną, przyjacielem, wsparciem, wszystkim...Zrujnował mi życie, które kiedyś, mając naście lat tak skrzętnie planowałam-dom, mąż, dziecko, rodzina..... Moja wizja została zburzona, zdeptana, jestem sama...mam napisany pozew o alimenty i walczę sama ze sobą, aby pójść go w końcu złożyć, bo moje małżeństwo dobiegło końca. Co mam zrobić, żeby mniej mnie to bolało? Co mam zrobić, żeby znów stanąć samodzielnie na nogi? Co mam zrobić, żeby celem mojego życia nie był on, w którym widziałam cały swój świat??
Nie mogę Ci nic więcej napisać jak Otworzyć Nowy Rozdział Książki Zatytułowanej "Moje Życie"... Wspomnienia zostaną, bo każda książka ma połączone ze sobą rozdziały historią. Musisz jednak obrać nowy kierunek, nadać tytuł rozdziału i żyć na nowo.
Lepiej cierpieć krócej, niż męczyć się przez resztę życia. Masz dziecko, walcz o to żeby ono miało z Tobą szczęśliwy dom, abyście razem byli szczęśliwi.
A mąż... cóż czasem związki które wydają się najtrwalsze rozpadają się, ale da się to przeżyć. I znajdź tą siłę w sobie, a wszystko się ułoży.
Trzymam kciuki:)!
Dziękuję Wam za rady! Wciąż mi ciężko, a brak nadziei na lepszy dla mnie czas jest dobijający. Nie potrafię pogodzić się z jego obojętnością wobec mnie! Tyle lat twierdził, że mnie kocha, że nigdy nie zostawi, że rodzina jest dla niego najważniejsza...a tu policzek! Najgorsze jest to, że ja się chyba uzależniłam psychicznie od niego, że nie mam pozytywnego nastawienia do wszystkiego dookoła, zadręczam się moim niepowodzeniem. Wciąż rozważam co zrobiłam źle, czy mogłam cokolwiek zrobić, aby mieć znów takiego męża , jakiego kiedyś miałam. Rozdrabniam się na części pierwsze w tym myśleniu, co pewnie pogłębia mnie w mojej rozpaczy jeszcze bardziej. Mam jeszcze do tego całkowity brak nadziei, że spotkam jeszcze kogoś z kim będę szczęśliwa:-(
Jesteś młoda, nie można tracić nadziei ot tak! Masz przed sobą przyszłość którą możesz ułożyć tak jak Ty będziesz chciała, a układając je na pewno spotkasz kogoś kto wart jest Twojej miłości, Twojego dziecka.
Nie warto zatracać się w czarnych myślach. Potrzeba optymizmu:)
Czasem siedzę wieczorem i myślę. Myślę czy nie napisać do niego, bo nie wiem co się stało (choć ponoć byłam nieczuła), że zostałam sama. Zastanawiam się co stało się z jego uczuciem do mnie! Nie rozumiem jak można zostawić kogoś, kogo podobno nadal się kocha, swoje dziecko, dom, to wszystko co się budowało? Jest to dla mnie nie do pojęcia! Jest żal, smutek i myśl, że nic nie było warto, a byliśmy dobrym małżeństwem, widziałam w nim cały świat, całe życie! Kochałam bezgranicznie, ale zostałam sama............
Też niedawno się rozstałam i próbuję chwytać się każdej możliwości poprawienia swojego życia. Ponieważ bardzo kręcą mnie przeróżne mistyczne tematy bardzo zainteresowałam się tym, co poleciła mi moja siostra i do czego ona się stosuje: http://www.prawoprzyciagania.pl/.
W zasadzie to tylko blog jakiegoś fana, żeby naprawdę w to wsiąknąć powinnaś sięgnąć po książkę lub film pt. "Sekret".
Jest wielu przeciwników takich metod - że są nieskuteczne, bzdurne, abstrakcyjne, nie poparte statystykami a jednak ja postanowiłam spróbować.
Póki co udało mi się przywołać myślami sok (wyobraziłam sobie, że go piję i mój kolega, nie poproszony o to, zamówił mi w barze i podał sok ananasowy
), kelnera w knajpce (wyobraziłam sobie, że płacę rachunek i w tym momencie podszedł do stolika i zapytał czy podać rachunek) i wymarzoną marynarkę (zobaczyłam jak będę z niej wyglądać i po chwili zobaczyłam dokładnie taką jaką chciałam na wystawie sklepowej)
))) może to bzdury ale nie wyobrażasz sobie jaką dziecinną radochę mi sprawiają ![]()
jednym słowem - przestań skupiać się na tym jak ci źle, że jesteś sama, że musisz sama wychowywać dziecko a wyobraź sobie że jest wspaniale. Że wracasz do domu i siadasz na kanapie, wyciągasz nogi i po prostu się relaksujesz pełna wewnętrznego spokoju i samoświadomości! Trzymam za ciebie kciuki, bardzo, bardzo mocno.
Pennylane-jak chciałabym być tak silna jak Ty. Młoda jesteś, ale naprawdę jestem dla Ciebie pełna podziwu. Mądra babeczka z Ciebie i na pewno w życiu sobie poradzisz.
Postaram się sięgnąć do tej książki, o której piszesz. Bo tak naprawdę nie wiem już co mam zrobić, aby przestać zadręczać się tym, że jestem sama i tym, że może mogłam jeszcze coś zrobić , aby ratować to małżeństwo. Ciężko jest zrozumieć postępowanie człowieka, który wydawał się najwspanialszym mężczyzną..............
Nasuwa mi się taka myśl, gdy czytam Wasze wypowiedzi. W życiu tak na prawdę nie ma nic trwałego, więc cieszmy się każdym dniem, bo wiadomo co nastanie jutro?
Moja rada dla Ciebie: znajdź sobie konstruktywne zajęcie, a przede wszystkim wyjdź do ludzi, odśwież stare kontakty.
Będąc w związku często jesteśmy tak zaślepieni, że zapominamy o znajomych.
Zrób to dla siebie.
Mężowi daj spokój (ścigana zwierzyna ucieka) dlatego nie szukaj z nim kontaktu, nie dzwoń.
Pokaż mu, za to, że sama świetnie sobie radzisz.
Tak to już w życiu jest, że każdą stratę trzeba "przerobić".
Na początku jest smutek, beznadzieja, łzy, rozpacz, rozczarowanie, poczucie straty, ale z czasem powoli wraca się " do życia".
Ja wierzę , że jeśli człowiek przejdzie przez te wszystkie etapy po kolei - to w końcu nadchodzi etap pogodzenia się ze stratą i gotowość na spotkanie drugiej osoby, na miłość.
Ale to wszystko musi potrwać.
Z czasem gdy nabierzesz do tego wszystkiego dystansu sama stwierdzisz, że go już nie potrzebujesz. Bądź silna i trzymaj fason!
Dzięki kobietki. Wierzcie mi, że staram się. Ale dochodzę do wniosku, że ja uzależniłam się od męża, jego miłość była moim celem-i pewnie dlatego tak to teraz wygląda...
Uzależnienie to najgorsza forma miłości. Dla mnie właściwie uzależnienie jakiekolwiek, to coś co nie prowadzi do niczego dobrego (nie mówimy raczej o pozytywnych uzależnieniach), samo przyznanie się do tego to dobry znak. Ale życie dalej w uzależnieniu nie poprowadzi Cię do szczęścia, wręcz przeciwnie. Życzę wyjścia z nałogu...
Dzięki Mylenne, jednak ja tak do końca nie jestem przekonana, że to nałóg. Sama nie wiem, czy to jest "normalna" miłość do mężczyzny, czy teraz wychodzi to, że przyzwyczaiłam się do bycia z nim, czy po prostu tak ciężko znieść mi to rozstanie. Nie mam pojęcia, już się zatraciłam w tym wszystkim i za dużo chyba analizuję temat mojego rozstania. Prawdą jest, że wciąż czuję niedosyt, że jednak może za mało zrobiłam dla tego związku, że mogłam bardziej słuchać tego czego on ode mnie chciał, poniekąd oboje jesteśmy za ten rozpad odpowiedzialni. To jest moja życiowa porażka, bo nie spełniło się to, czego zawsze pragnęłam......
Czasem siedzę wieczorem i myślę. Myślę czy nie napisać do niego, bo nie wiem co się stało (choć ponoć byłam nieczuła), że zostałam sama. Zastanawiam się co stało się z jego uczuciem do mnie! Nie rozumiem jak można zostawić kogoś, kogo podobno nadal się kocha, swoje dziecko, dom, to wszystko co się budowało? Jest to dla mnie nie do pojęcia! Jest żal, smutek i myśl, że nic nie było warto, a byliśmy dobrym małżeństwem, widziałam w nim cały świat, całe życie! Kochałam bezgranicznie, ale zostałam sama............
Dokładnie wiem o czym mówisz. I mnie mąż zostawił dla innej, choć do końca zapewniał, że kocha mnie i nasze córki - młodsza ma 4 miesiące!!! Teraz kiedy zaczęło nam się łatwiej żyć, przyjemniej, bo wiadomo początki bywają trudne. Zostawił dom, hobby, marzenia wszystko czego tak pragnąl, co pomogłam mu osiągnąć. To koniec...