Właściwie nie chcę o nic pytać. Po prostu stoję na krawędzi i nie wiem, co robić. Mój umysł rozsyła myśli po kilku różnych torach. Chrystus jest moim jedynym Panem i Zbawicielem. Ale dlaczego nie potrafię mu zaufać? W życiu robiłam już wiele rzeczy, jednak wciąż nie wiem, gdzie jest moje miejsce. "Panie, co mam czynić?"... "Jezu, ufam Tobie"... Ale to wszystko bez przekonania. Dlaczego? Dlaczego nie potrafię ufać? Dlaczego najpierw chcę "zobaczyć ofertę", a dopiero potem przyjąć (lub nie) propozycję? Boję się tej propozycji. Choć szczerze pisząc, nawet się nie domyślam, co zostało dla mnie przez Niego przygotowane. Jak zaufać? Jestem totalnie zaplątana we własnych myślach. Życie płynie. Choć spowiadam się regularnie, brakuje wciąż rzucenia się na głęboką wodę- w ramiona kochającego Ojca. Jest tylko dystans, niepewność, a spowiedzi choć myślę, że dobre i ważne, wciąż nie naprawiają spraw, które najbardziej doskwierają. Spraw pomieszanych z chorobą. Spraw, za które nie potrafię określić odpowiedzialności- na ile grzeszę, na ile choruję? Najczęściej próbując wykonać porządny rachunek sumienia, zakopuje mnie własny mózg, który wiąże sprawy, fakty, emocje, często odległe, bez opamiętania i wszystko co rusz przedstawia w innym świetle i z innej perspektywy. Raz czuję się złym człowiekiem, raz lepszym od innych, często w tym samym czasie. Ostatecznie upraszczam sprawę- wiem, że to pycha, brak uznania tego, kim się jest, ale przecież te skrajne tory to nie jest to, co sądzę naprawdę. Choć skoro również mój mózg myśli z tych innych punktów widzenia, to dlaczego mam za te inne punkty widzenia nie brać odpowiedzialności? Bo tchórzę? "Czuję się"- ale przecież co innego uczucia, co innego czyny... Ale co robić, gdy człowieka złość od środka wytrawia? Emocja? A zdrowa część rozumu gdzieś na dalszym planie wciąż pracuje, analizuje... choć emocje krzyczą i zagłuszają... Może ta chmura wątpliwości to skrupuły? Nie wiem. Od diagnozy oddzielają mnie te rozsądne myśli, niczym dobry nauczyciel w rzadkich chwilach mózgowej ciszy. Czasem chcę po prostu to wszystko zignorować i pojawić się u Chrystusa prosto, jak dziecko, ale przecież chrześcijanin powinien myśleć, na ile mózgu dostał, a nie być tępą małpą i człowiekiem niedojrzałym. Tak ciężko się wypośrodkować. Jutro idę do spowiedzi, ale czuję się bezsilna i myśl o konieczności zrobienia rachunku sumienia absolutnie mnie przerasta. Ciemność duszę ogarnia. Mam stałego spowiednika, bardzo dobry człowiek i wręcz jest mi głupio, kiedy odchodzę naładowana dobrym słowem, a w środku coś się tłucze: "nie na to zasłużyłaś". Jeżeli ktokolwiek wie, o czym piszę i jest w stanie poratować czymś mobilizującym, byłoby mi łatwiej.
Pozdrawiam wszystkich, życząc miłego wieczoru... ![]()