Dzisiaj byłam świadkiem pewnej sceny, byłam trochę dalej niż ta osoba, która pomogła temu inwalidzie, który przewrócił się niemalże na środku ulicy na pasach. Nigdy nie wiadomo czy ktoś zdąży zahamować, (jedni uważają na drodze, inni mają gdzieś pieszych)- nie chcę uogólniać. Na szczęście był tam ktoś, kto mu pomógł. Chwilę potem widziałam nadjeżdżający samochód w stronę tego człowieka na wózku inwalidzkim. Poza tym były w pobliżu dwie kobiety i widziały tę sytuację, śmiały się, że ktoś pomaga temu człowiekowi podnieść się (miał amputowane obie nogi do kolan). Więc, czy to istotne czy pomaga kobieta, czy mężczyzna, ktokolwiek? Czy to już jest takie dziwne, że niektórych to bawi. Te kobiety też nie były młode, ok 50, jeśli nie więcej. Z resztą, na wózek inwalidzki może wylądować każdy, one, nawet ja, po prostu każdy... wystarczy jedna chwila i nasze życie może się zmienić raz na zawsze. Ja sądzę, że mimo wszystko ta osoba dobrze zrobiła, że pomogła. Gdyby ten wózek przewróciłby się w chwili, gdy samochód byłby blisko, nie wiem czy zdążyłby wyhamować pewnie konsekwencje tego upadku byłyby większe, bo niektórzy pędzą jakby się na cmentarz wybierali - ironia.
Dość często nachodzi mnie też myśl, że boję się już żyć na tym świecie z prostego powodu - znieczulica, brak empatii, brak zrozumienia. Wiem, że łatwo mówić. Nie chcę się chwalić, czy kiedykolwiek komuś pomogłam, a jeśli tak, w jaki sposób. Ja po prostu chcę, żeby było lepiej w moim otoczeniu. Mówią, żeby kogoś zmienić, należy zacząć od siebie, nieprawdaż? Myślę, że to jest prawda i najlepsza opcja, żeby świat stał się lepszy. Ktoś, kogo spotka coś dobrego może trochę złagodnieć, nie zawsze tak jest. Jedni mogą nie chcieć litości, drudzy mogą wykorzystywać dobroć innych, ale są też tacy, co mogą zmienić podejście do ludzi. Nie jestem w stanie naprawić całego świata czy coś, ale jeśli jestem w stanie pomóc choć trochę, postaram się to zrobić jak najlepiej potrafię, mimo iż ranią mnie takie reakcje, jak śmiech.