Moi Drodzy Forumowicze,
Zamieszczam post z jednoczesną prośbą o Wasze nieocenione rady i opinie. Od miesiąca spotykam się z pewnym mężczyzną. No właśnie - "spotykam". Może to głupie, ale nie jestem do końca pewna, czy są to randki i czy znajomość dąży do czegoś poważniejszego, czy może nasza relacja traktowana jest przez niego na zasadach czysto koleżeńskich i "czasoumilających". Przez miesiąc doszło do pięciu spotkań, podczas których wychodziliśmy razem na kolację, wino, jeździliśmy na wycieczki rowerowe, raz nawet wspólnie gotowaliśmy u niego i...przez cały ten czas no niczego nie doszło. Nie mówię tutaj o seksie, gdyż jestem jedną z tych osób, które, aby zdecydować się na taki krok, potrzebują o wiele więcej czasu i komfortu psychicznego, ale mam na myśli chociażby głupiego buziaka w policzek. Przyznaję, że nie wytrzymałam i na czwartym spotkaniu to ja cmoknęłam go na pożegnanie. Jeśli chodzi o nasz kontakt, piszemy ze sobą codziennie, a nasze rozmowy toczą się na granicy żartu, sarkazmu i lekkiego flirtu. Z jednej strony odczuwam jego wyraźne zainteresowanie moją osobą - zapamiętuje każde moje słowo, zwraca uwagę na na najmniejsze szczegóły wyglądu, a z drugiej...jest jakiś cholerny dystans, przez który nie potrafię się przebić, nie jestem na tyle odważna. Wczoraj otrzymałam od niego propozycję wspólnego wyjazdu weekendowego, niestety musiałam odmówić ze względów rodzinnych. Po namyśle stwierdziłam, że dobrze się stało, bo na jakiej zasadzie miałabym gdzieś z nim jechać? Może przesadzam z moimi wątpliwościami, bo znamy się zaledwie miesiąc, a ja po poprzednich związkach jestem przyzwyczajona do zawrotnego tempa i miłosnych deklaracji po dwóch tygodniach znajomości. Nie chcę jednak tracić czasu i energii na coś, co do niczego nie prowadzi, bo nie potrzebuję mieć w nim kolegi. Dodam, że na którymś spotkaniu wyznał mi, że rok temu zakończył dziesięcioletni związek i choć nie powiedział tego wprost, wyczułam, że bardzo to przeżył, w końcu to aż dziesięć lat...Ja natomiast trzy miesiące temu uwolniłam się z dwuletniego toksycznego związku, o czym również mu wspomniałam, jednak bez wdawania się w większe szczegóły. Może paraliżuje nas obustronny strach przed ponowną porażką? Już sama nie wiem, co o tym myśleć i czy w ogóle myśleć.