paulina20 napisał/a:Dlaczego?
Oba moje dotychczasowe związki zaczeły się na odległość. Po kilku-kilkunastu miesiącach któras osoba przeprowadzała się do drugiej i tyle. Jeżdzą pociągi, jest blablacar, da się zyć 
O kurczę, widzę, że odkopałaś aż dwa moje zakurzone tematy 
O tym kompletnie zapomniałam 
Jak się mieszka w małym mieście, gdzie trzeba jeszcze najpierw dojechać do większego, by mieć dostęp do pociągów, to nie jest tak łatwo. Wiesz, na ogół to nie mam nic do związków na odległość, jak komuś pasuje, to okej. Jednak po czasie to męczy. Nadal się uczę, więc mowy o przeprowadzce by nie było. Żeby gdzieś ciągle dojechać, potrzebna jest też kasa, no i czas wolny, bo to nie tak, że się teleportujesz. A człowiek potrzebuje bliskości tu i teraz. Przynajmniej ja. Mam już dość samych internetowych znajomości. Dla mnie to już czas na coś, co będę miała obok siebie. Żebym mogła w sytuacji kryzysowej oprzeć się na tej osobie, a nie tylko posmęcić trochę przez kabel
Dlatego jak dla mnie, potencjalny chłopak musiałby mieszkać PRZYNAJMNIEJ w tym samym województwie
Trutru napisał/a:Z jakimi kompleksami walczysz? I jak Ci idzie?
Strach. Czego się boisz?
Po pierwsze - przepraszam, że Ci nie odpowiedziałam.
Pewnie istnieje małe prawdopodobieństwo, że jeszcze tu zajrzysz, niemniej to mój błąd, że zapomniałam
Kompleksy przede wszystkim dotyczą mojego wyglądu.
A dokładniej - mojej wagi.
Wiesz, obie moje siostry oraz matka to bardzo drobne kobiety o wręcz filigranowej budowie.
Ja nigdy taka nie byłam. Zawsze miałam szerokie biodra, większy biust, czasem trochę zbędnych kilogramów.
Jako dziecko może nawet za dużo tych zbędnych kilogramów.
No więc za każdym razem, gdy któraś z nich miała gorszy dzień, oczywiście musiały mi przypominać, jaka to nie jestem gruba, brzydka, że nikt mnie nie zechce. Zdarzało się, że w domu wymyślali mi jakieś głupie ksywki, które świadczyłyby właśnie o tym, że mam nadwagę czy coś. Nigdy nie zaproponowali, że pomogą znaleźć ćwiczenia, dietę, cokolwiek. Dostawałam tylko przytyki. Co gorsza, nawet gdy z tego nieco wyrosłam, wciąż słyszałam podobne rzeczy. Do teraz potrafię usłyszeć. Różnica polega na tym, że mnie to już nie rusza. Odizolowałam się od tego, co mówią na mnie inni. Zresztą wzięłam się za siebie, ogarnęłam już częściowo ciało i czuję się znacznie lepiej. Najgorszy jednak jest fakt, że to nie do końca dotarło do mojej podświadomości. Najwyraźniej tak wiele razy usłyszałam coś niemiłego, że teraz nie potrafię do końca odbudować swojej pewności siebie. Aczkolwiek wciąż wierzę, że pewnego dnia mi się uda i nie będę odczuwała lęku przed np. pójściem na plażę w stroju kąpielowym. Póki co to kuleje u mnie najbardziej.
Strach przed tym, że znów zostanę zraniona, oszukana, wykorzystana.
Choć gdy to pisałam wtedy, we wrześniu, odczuwałam go dużo silniej.
Obecnie daję radę nad nim panować.
Mam nadzieję, że to się już nie zmieni.
Trutru napisał/a:Wiesz, to taki truizm powiedzieć, że ten kto nie ryzykuje ten nic nie zyska, ale to prawda. Toksyczne związki, czy patologiczne jak mój ostatni, pokazują jak bardzo trzeba znać siebie i wiedzieć czego się szuka. Według mnie intuicja to dobry głos, którego trzeba słuchać. Czasami, będąc w związkach niby wszystko było ok, ale było jakies ALE z tyłu mojej głowy. Zastanawiałem się czy nie marudzę i wybrzydzam. Dzisiaj wiem, że powinienem był uciekać gdy intuicja mi tak podpowiadała. Wtedy wolałem zagłuszać jej głos i naginać fakty. Po całym tym czasie, nawet nie wiem dlaczego.
Najgorzej mają Ci, co nie wyciągają wniosków i nie próbują nawet poznać samych siebie, swoich pragnień i oczekiwań.
Dokładnie. Intuicja to rzecz święta.
Nigdy więcej jej nie zignoruję.
W ostatnim związku miałam tak samo jak Ty. Coś tam z tyłu głowy kazało wiać, ale ignorowałam to.
Otrzymałam nauczkę za własną naiwność i więcej tego błędu popełniać nie zamierzam.
Myślę, że oboje robiliśmy to dlatego, że zaufaliśmy tej osobie.
Nie chcieliśmy wierzyć, że mogłaby być zła, zrobić nam krzywdę.
Kiedyś usłyszałam od przyjaciółki, że czasem za bardzo chcę dostrzec dobro w drugiej osobie.
Uważam, że miała rację.
Trutru napisał/a:Lepiej nie mógłbym skwitować Twoje wniosku "Takie osoby są jedynie głodne uwagi, ciepła, uczuć, ale skoro nie radzą sobie same ze sobą, życiem, to jak można liczyć, że dadzą nam coś w zamian?"
Właśnie, nie są w stanie nic dać w zamian, a często jest tak, że nie chcą się zmienić na lepsze. Próżno szukać przyczyn, czy jest im dobrze w tej swojej niedoli? Czy podświadomie pragną stałej opieki i uwagi? Czy wierzą, że urodzili się tacy i że już zawsze tacy będą? Kto to wie.

Moim zdaniem powodów może być mnóstwo, ale liczy się jedno.
Od takich trzeba wiać.
Jak najdalej i bez oglądania się za siebie.
Tego nauczyły mnie relacje z podobnymi osobami.
A ostatnia również tego, że jak ktoś nie chce pomocy, to nie ma co tracić czasu i wciskać mu jej na siłę.