Witam.
Jestem tutaj świeży, przeczytałem może jeden temat i postanowiłem napisać o swoim problemie...
Właśnie zakończyłem 10 letni związek, co było dla mnie bardzo ciężkie, nie obyło się bez wizyty u psychologa, chciałem go zakończyć już dobrych kilka lat temu, lecz każda próba okazywała się klęską. Stwierdziłem, że nic nie idzie do przodu, bardziej czułem, że jestem do niej przyzwyczajony niż zakochany, byliśmy zaręczeni od 5 lat, a ona wciąż nie naciskała na ślub, doszło jeszcze kilka innych problemów i postanowiłem ostatecznie z tym skończyć. Dopiero po zerwaniu zaczęła mówić o dzieciach, rodzinie, jednak staram się trzymać swojego postanowienia i nie wracać na stare tory, ułożyć sobie życie na nowo...
Poznałem wspaniałą dziewczynę w restauracji kilka tygodni temu, od razu między nami zaiskrzyło. Przez cały czas gdy rzucała na mnie spojrzenie, czułem się jak porażony piorunem i widziałem, że nie jestem dla niej obojętny. Los chciał, że spotkaliśmy się na weselu u znajomych, problem tylko w tym, że ona ma chłopaka, już około 3 lata, do tego jest to mój dalszy kolega. Wiadomo, był alkohol, zatańczyliśmy kilka razy, mówiłem do niej różne rzeczy, ona również nie oszczędzała w słowach, było cudownie, tańczyłem oczywiście za przyzwoleniem. Wesele się skończyło, oni poszli, ja zostałem sam ze swoimi myślami.
Kolejnego dnia, dodałem ją do znajomych na FB, nie bardzo wiedziałem, czy powinienem pisać, bo nie chciałem robić kłopotów. Napisałem, odpisała krótko, żebyśmy porozmawiali późnym wieczorem. Dłużył mi się ten czas niesamowicie, ale się doczekałem. Pierwsze co napisała jak przyszła, to że czuje się podle wobec swojego chłopaka i daje nam dyspensę tylko na jeden wieczór, na jedną rozmowę, powiedziałem jej, że w porządku, nie chcę psuć nikomu związku i odpuszczę. Rozmawialiśmy do bardzo późna, tematy kleiły nam się niesamowicie, mieliśmy mnóstwo wspólnych zainteresowań, mogłem tak bez końca, jednak nadszedł czas żeby się pożegnać i tak zrobiliśmy, mieliśmy już więcej nie porozmawiać... Nocy nie przespałem, myślałem o niej cały dzień, aż wieczorem do mnie napisała że nie wie co się z nią dzieje, nie może przestać o mnie myśleć i że to jest silniejsze od niej. Od tamtej pory rozmawialiśmy każdego dnia, było na prawdę świetnie, nie miałem jednak okazji się z nią spotkać, z wiadomych przyczyn. Gdy pytałem jej co do mnie czuje, mówiła że motyle w brzuchu. Pytałem czy mogę walczyć o więcej tych motyli, odpowiadała twierdząco, na co ja się bardzo cieszyłem i postanowiłem dać z siebie wszystko i nie patrzeć na to, że jest dziewczyną mojego znajomego. Postanowiłem walczyć o nasze szczęście.
Przyszedł weekend, nie rozmawialiśmy ze sobą wcale, oznajmiła że idą do jego brata na imieniny, myślę sobie, w porządku. Kolejnego dnia więc czekałem cały dzień, aż cokolwiek do mnie napisze. Wiedziałem, że stanie się to wieczorem i tak było. Napisała, że beznadziejnie się z tym wszystkim czuje, że ma doła. Że być może kiedyś zabiorę ją przed ołtarz, jeżeli tak ma być, lecz tymczasem nie potrafi grać po dwóch stronach. Pisała, że mogłaby to ciągnąć w nieskończoność, spotykać się ze mną i jednocześnie być z nim, ale nie chce tego, nie chce ranić mnie, jego i siebie przy okazji również. Ciągle się stresuje, bo ciałem jest w jednym miejscu a myślami w drugim. Powiedziała, że jeżeli się z nim rozstanie, to na pewno będę wiedział o tym jako pierwszy. Czuła że go zdradza i mimo wszystkich słabości do mnie, że chce mnie więcej, myśli, marzy, to nie potrafi, nie jest gotowa na to, żeby go zostawić, nie potrafi złamać mu serca...
Powiedziałem jej, że dobrze, odpuszczę i zostawię ją w spokoju, jednocześnie będę czekał ile tylko dam radę... Jednak czuję, że powinienem coś z tym zrobić i walczyć dalej, jestem w wielkiej rozterce, dlatego tutaj napisałem i wołam o pomoc...
Pozdrawiam