Czytam to forum od dawna, jednak dopiero teraz postanowiłam się zarejestrować i coś napisać.
Mam 20 lat, ale kilka związków już przezyłam. Najpierw chłopak domator, bardzo spokojny, nie ułozyło nam się ze względu na to, że tak jak on bardzo chciał siedzieć w domu i jak sam mówił lubił się nudzić tak jak chciałam życ aktywnie i się bawić. Mimo wielu prób kompromisu, nie udało się.
Potem był chłopak przeciwieństwo do poprzedniego, bardzo zły i bardzo niedobry. Najpierw mnie to ciągneło do niego, że nie da sobą rządzić. Ale jak zdąrzyłam się zakochać na amen, to wyszła jego zła strona, jego ćpanie w piwnicy z kolegami, kłamstwa, bla bla bla, mogłabym wymieniać bez konca. Rzecz jasna, też nie wyszło.
A dwa lata temu poznałam D. Mowie sobie- ideał. Ten kto powiedział, ze nie ma ideałów był totalnie głupi. Pierwszy rok- totalna sielanka, miłość, szalenstwo. Potem się popsuło. Mielismy nieco przykrych wydarzen, wiadomo kazdy jest tylko człowiekiem i popełnia błedy, mniejsze lub wieksze, ale potem to boli obydwie strony (nie mowie o zdradzie, bo takowej nie bylo) .
D. jest osobą strasznie nerwową, tzn. kiedyś taki nie był, dopiero po roku taki się stał, albo zawsze taki był, tylko przez rok tego nie pokazał. Kazdą kłótnię strasznie przezywał. Np. ja jestem taką optymistką jakich mało. Żyje zgodnie ze zdaniem 'napotykam mur to przebijam go głową'. Co by się nie działo, to i tak znajdę rozwiązanie. Coś złego sie wydarzyło- trudno, trzeba wyciagnąc wnioski i wiecej tego bledu nie popełnić. I zycie toczy się dalej, 5 minut mi wystarczy zeby o wszystkim zapomniec i cieszyć się zyciem.
A D. ma odwrotnie. Posprzeczamy się, naprawdę o duperelkę, pogodzimy się... a on usiądzie i mówi 'no i fajnie, cały dzien zmarnowany, juz nic nie bedzie tak jak mogłoby być, moglismy ten spedzić duzo lepiej, teraz ja mam złe emocje w głowie' suma summarum uwaza już ze wszystko jest do du py. I wiecie co? Wcale nie chcę go zmieniać, kazdy wszystko przeżywa na swoj sposob, ale wiecie dlaczego mi to tak przeszkadza? Bo od momentu 'pogodzenia' do momentu kiedy on przestanie ględzić mija kilka godzin. Kilka godzin, kiedy ja probuje mu przetłumaczyć, ze nie stało się nic takiego, zeby marnować cały dzien. I powiem tak- ja chcę dobrze, a wychodzi jeszcze gorzej. Dam przykład.
Ja: ale po co Ty tak przezywasz? Nic się nie stało, poklocilismy się o duperele, ciesz się, ze mamy tylko takie problemy!
On: Jak to nic sie nie stało? Jakby nic sie nie stało to bysmy nie siedzieli tu smutni! Jak zwykle coś się musi stać, ja nie mogę być poprostu zrelaksowany i szczesliwy, zawsze coś mi w tym przeszkodzi.
I witki opadają. Dziewczyny, zebyscie wy wiedziały o jakie to duperele chodzi... O takie błache sprawy, ze az wstyd mowic. A on się zachowuje za kazdym razem jakby to był koniec swiata. I tak gadamy, gadamy, ja robie wszystko zeby mu to nastawienie zmienić, zeby jednak zobaczyć danego dnia jego usmiech, chocbym miała tak gadac do wieczora, ale... ale podczas tej rozmowy zaraz któreś wybuchnie, czasem ja, czasem on, potem zaczyna się wywlekanie brudów z przeszłosci jak to w nerwach bywa.
Takie sytuacje zdarzają się srednio raz na tydzien. I to jest straszne, bo jestesmy... jakby dosłownie stworzeni dla siebie. Takie same popaprańce, jedynacy, wariaci. Super spedzamy ze sobą czas, nam nie potrzeba do szczescia nikogo ani niczego, potrafimy się tak bawić we dwoje. Zadne z nas się nie zdradziło, nie zrobiło krzywdy drugiemu, ale jednak zawsze coś się znajdzie.
Taka sytuacja trwa już rok.
Zaczełam studia, po raz trzeci zawaliłam ostatni egzamin który mi został, najciezszy. Mam straszne studia, hardkor. Mobilizacji do nauki zero. Nic mi się nie chce. Czwarte podejscie do egzaminu i zarazem ostatnie mam w piatek, jak się nie uda, to muszę zaczynać wszystko od nowa w przyszłym roku. A ja nic nie umiem. Nic kompletnie. Zostało mi kilka dni, a mi się nawet cięzko ksiazke do reki bierze. Czasami nawet mam ochote go nie zdać i wykrzyczeć całemu swiatu, ze to wszystko przez D. Ale przeciez to nie na tym polega...
Kolejna sprawa. Samotność. Kiedyś byłam w centrum zainteresowania (nie w sensie, ze miałam powodzenie, tylko, ze byłam wesołą osobą, która miała miliony znajomych).
Gdy poznałam D. bylismy oboje swiezo po zakonczonych związkach. No i wyszło tak, ze mój były był w paczce moich znajomych, a była dziewczyna D, była w jego towarzystwie. Probowalismy to pogodzic, ale sie nie udało, nie z naszej winy. Wiec poznalismy nowych znajomych takich wspólnych. Ja poznałam przyjaciolke, on przyjaciela. Moja przyjaciółka okazała się zwykłą su... która wszem i wobec rozpowiadała, ze fajnie jej ze mną bo mam pieniadzę i ona na tym korzysta, a przyjaciel D. tez okazał się frajerem.
Wyjechalismy do Trójmiasta na studia. Przez te kłotnie z D, stałam się inna osobą, wiecznie przeżywającą, smutną, kurde, zamknelam się na ludzi. I teraz tego zaluje. Bo na uczelni porobiły się paczki a mi tak ciezko zawrzeć z kimś kontakt, niby mam kolezanki, niby mam z kim poplotkować, ale potrzebuje kogoś kto pojdzie ze mną na spacer i wyrzucę wszystko z siebie. A kolezanki z uczelni wolą iść na imprezę. I jestem tak totalnie samotna, moje zycie to tylko D. , ja wprost marzę o wygadaniu się komuś tak w realu...
Na Świeta pojechałam z nim w góry. Było super, az do dziś. Znowu pokłócilismy się o duperele, ja znowu chciałam się szybko pogodzić i cieszyc sie wyjazdem, on jak zwykle swoje gadki ze 'na kazdych wakacjach musi się wkurzyc' itp. Znowu gadalismy, gadalismy, az się pokłocilismy totalnie. Mielismy zostać do jutra, a wrócilismy dziś. Własnie godzine temu dojechałam do domu, zapłakana. Tak spędziłam wielkanoc. I znowu nie mam się komu wygadać.
Czy któraś z was miała takiego faceta? Jak sobie z tym radzić? Jest szansa, ze się zmieni?
Czasami mam tego dość, ale poźniej myślę, ze kurde, wiele ludzi by nam pozazdrosciło takiego zwiazku i, że poza tym o czym pisałam nie mamy innych problemów. Ale z drugiej strony to podjeżdza pod toksyczny związek i nie wiem co mam z tym robić...
Heh, jeszcze przed chwila znalazłam taką piosenkę, idealnie pasuje do sytuacji Łona - Fruźki wolą optymistów.
Może ktoś nie spi i ze mną pogada?