Witajcie, miałam kiedyś tu konto, ale nadmiar obowiązków sprawił, że je pogrzebałam, więc zakładam nowe.
Przede wszystkim chciałam powitać i podziękować wszystkim, którzy się wypowiedzą.
Nie bardzo wiem, co zrobić, ponieważ mam problem z przyjaciółką, która jest jednocześnie moją współlokatorką. Problem polega na tym, że nie jestem w stanie zaakceptować jej zachowania. Mieszkamy razem od roku, wcześniej się przyjaźniłyśmy przez jakiś rok, poznałyśmy się na studiach. Od pół roku pojawił się problem, który mnie bardzo frustruje. Moja współlokatorka ma romans z zajętym facetem, a nasze mieszkanie stało się ich "gniazdkiem" miłości. Na początku wiedziałam tylko, że ze sobą piszą, ona wiedziała niemal od początku, że on ma dziewczynę. Później spotkali się parę razy (kilka razy nawet w trójkę, a ona się z jego dziewczyną zaprzyjaźniła, telefonują do siebie itp.), ale niby kumplowsko. O tym, że ze sobą sypiają dowiedziałam się stosunkowo niedawno, wcześniej robili to, jak np byłam u rodziców, ale ostatnio on niemal u nas zamieszkał, przyjeżdża np do niej po pracy, a potem jedzie do swojej dziewczyny i znów wraca na noc... Cała sytuacja mnie po prostu obrzydza, czuję się jak współudziałowiec trochę, tak, jakbym ich kryła. Żal mi bardzo tamtej dziewczyny, sama przeżyłam podobną historię i na wspomnienie doznanego upokorzenia, mam niemal odruch wymiotny. Usiłowałam tej dziewczynie dać znać za pomocą smsa z zastrzeżonego numeru, ale z tego co mi wiadomo - jest bardzo w niego wpatrzona. Osobiście jej nie znam, rozmowa odpada, nie mam też na to odwagi.
Rozwiązaniem, jakie przychodzi mi do głowy, jest wyprowadzka. Problem polega na tym, że wyprowadzić bym się musiała ja. I tu dochodzimy do kolejnego problemu. Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że moja współlokatorka jest bluszczem, uwiesiła się na mnie. Oprócz mnie ma dwóch bliskich przyjaciół, którzy mieszkają daleko, reszta to.... moi znajomi i przyjaciele z poprzedniego kierunku. Mieszkanie, które wynajmujemy jest własnością taty mojej przyjaciółki z liceum, z tego między innymi powodu nie chcę go opuszczać, bo obiecywałam, że pomieszkam tu jeszcze z rok, ale ostatnie dni skłaniają mnie do tego. Z drugiej strony boję się, że jak poproszę ją o wyprowadzkę, to skłóci mnie z przyjaciółmi. Mam na to całkiem mocne przesłanki, czasami mam wrażenie, że ona ma trochę kompleks na moim punkcie - np przespała się z dwoma facetami, o których wiedziała, że mnie podrywali, ale to zignorowałam, usiłowała mnie skłócić z kolegą, myśląc, że coś między nami jest, uspokoiła się dopiero, jak ten kolega znalazł sobie dziewczynę. Zresztą, problem dotyczy nie tylko mnie, usiłowała odbić chłopaka mojej jednej znajomej. Moja współlokatorka jest bardzo łasa na męskie awanse, łatwo nawiązuje krótkie, przelotne romanse, ten zajęty koleś nie jest jedyny. Wiem, że ma prawo układać życie po swojemu, jej decyzje, ale ja po prostu tracę ochotę na wspólne mieszkanie i przebywanie z nią. W sumie nie wiem, czy jestem w stanie nazywać przyjacielem kogoś, kto łamie moje normy i przekracza moim zdaniem granice moralności? Kogoś, kogo nie mogę być pewna, że nie odbije mi chłopaka albo w inny sposób nie wystawi do wiatru?
Rozpisałam się bardzo, więc w skrócie wyłuszczam problem: jak się z nią "rozstać" w miarę elegancko? Czy mam prawo ją poprosić o wyprowadzkę, jeśli to ja mam problem z nią, a nie ona ze mną? Jak uniknąć ewentualnego podziału znajomych? Ona jest lubiana, bo jest sympatyczną osobą, a o jej zakulisowej działalności nie wie praktycznie nikt, a ja nie chcę wyciągać tej historii.