Witam.
Od pewnego czasu stoję przed pewnym wyborem, z którym nie bardzo jestem w stanie sobie poradzić. Zaczynam tworzyć fundamenty pod to jakim chcę zbudować swoje życie i kim w przyszłości będę, bo od października wyruszam na studia i rozpocznę, powiedzmy, że już w miarę samodzielny, etap życia. Zawsze wiedziałam kim jestem, kim chcę być i co umieć, miałam swój system wartości i swoje zasady, jednak pewna kwestia ciągle mnie destabilizuje. Jestem aseksualna, a wbrew wszystkiemu jak większość ludzi, mam jakieś potrzeby emocjonalne. Chociaż to też jest kwestia sporna.
Byłam wychowywana w domu, w którym pięcioletnią dziewczynkę strofuje się za płacz czy zbyt entuzjastyczny śmiech i w którym dzieci wychowywano, powtarzając im, że emocje czy popęd płciowy (O popędzie nigdy nie powiedziano mi wprost. Sugerowano mi to jednak, demonizując miłość. Mama po cichu wtrącała, że wszyscy mężczyźni to poligamiści.) są domeną ludzi słabych z niedorozwiniętą sferą superego. Wychowano mnie w kulcie samokontroli, samoświadomości, rozwoju intelektualnego, który potępia wszelkie objawy ludzkiej natury, mogące mnie uzależnić od drugiego człowieka. Nie jestem pewna czy aseksualność jest wynikiem wychowania i głębokiej indoktrynacji uskutecznianej przez moich rodziców, czy niefortunnym prezentem od natury dopełniającym tragicznej całości.
Wybrnęłam z tego wszystkiego zgodnie ze swoją naturą - mianowicie zamknęłam się we własnej głowie, zarzucając temat jakichkolwiek znajomości aż do szesnastego roku życia. W liceum wszystko się trochę zmieniło, ludzie mi tak po prostu nie odpuścili i nie zostawili w spokoju. W miarę tworzenia własnego światopoglądu i poznawania nowych ludzi powoli dyskredytowałam kolejne poglądy moich rodziców. W tej chwili z moimi emocjami już jest wszystko OK. Nie czuję się głupio, śmiejąc się, mimo tego, że nadal nie lubię tracić nad sobą kontroli.
Ale czego od Was oczekuję? Po co piszę Wam to wszystko? Nie miałam nigdy żadnej relacji z żadnym facetem, zawsze odbierałam ich raczej jako zagrożenie, bo mają szajbę na punkcie seksu i lubią się tym chwalić, trzymałam ich na dystans. Wszystkie próby dusiłam w zarodku. Na początku wierzyłam w to co mówili mi rodzice, później był już tylko strach. Nie jakiś paniczny. Potrafię pogadać z facetem, udzielić mu pomocy, uśmiechnąć się, ale gdy widzę, że chce się zbliżyć, uciekam szybciej niż podpowiadałby rozsądek. Ale co dalej? Rozważałam powrót do źródeł. Pozbycie się emocji. No bo w sumie jest to dla mnie wykonalne, w jakimś stopniu naturalne - choć wyuczone. Zawsze można zalać je alkoholem, zamknąć się w głowie, w książkach, całkowicie poświęcić nauce, ale boję się, że dużo stracę, wiele możliwości rozwoju czy spełnienia i jakieś to moje życie puste będzie. Strachu zawsze mogę się pozbyć. Jest instynktowny, żadnych stanów lękowych w związku z nim nie przeżywam. Czy mogłabym zaufać? Pewnie bym mogła, gdybym była pewna, że warto. Chcę usłyszeć, że warto. Z powodu oczywistych różnic między płciami młodzi mają tendencję do niepatrzenia na osoby przeciwnej płci po prostu jak na ludzi, którzy też mają swoje potrzeby i chwile słabości, i ja też z ich powodu nie jestem w pełni do tego zdolna, aseksualność potęguje ten efekt. To jest głupie. Ja to wiem. Tak jak nie wszystkie kobiety są takie same, tak i mężczyźni się od siebie różnią. Ostatnio powszechna mizoginia też raczej mi niczego nie ułatwia. Zaczynam biegać w kółko.
Nawet jeżeli spróbuję, jakie mam szanse na spotkanie mężczyzny bez żadnych potrzeb seksualnych? Aseksualny mężczyzna? Brzmi jak oksymoron. Żadnych portali i grup dla takich osób nie widziałam. Sama nie wiem co teraz. Z całą pewnością rozważania dziewiętnastoletniej dziewczyny o tak kategorycznych planach na życie będą brzmieć komicznie dla doświadczonych osób, życie i tak wszystko samo zweryfikuje, ale potrzebuję jakiejś obiektywnej, zewnętrznej opinii, żeby móc w końcu przestać biegać w kółko. Z góry jestem wdzięczna za odpowiedź. ![]()