Wieczór.
Tak szybko jak się zaczęło, tak szybko się skończyło. Czary mary, hokus pokus i zwiądł nagle krokus.
Zaczęło się niecałe dwa miesiące temu, te 1,5 miesiąca były prawdziwą petardą. Jak byśmy się znali nie wiadomo ile, jakby majówka była het het od dziś... Niby niewiele, ale patrząc na siebie, na zbyt daleko idącą ufność w ludzi, zaangażowanie przede wszystkim (tu z kolei karby dawnej przeszłości), to mimo wszystko dostałem w kość.
W ogóle Jej nie winię, nie mam żalu, po prostu okazało się, że to nie to. Czułem to od tygodnia. Będąc sam męczyłem swą duszę (jak się okazało) nieuchronnym przebiegiem wydarzeń, a widząc i będąc z nią było ok. W zasadzie od pierwszej oznaki (co oboje, każde z osobna tłumaczyło sobie natłokiem i problemami u Niej) zacząłem sobie zdawać sprawę na temat odmienności charakterów, innych życiowych doświadczeń (Ona prostuje młodocianych, ja przeżyłem jedną z największych tragedii, którą zamierzam w końcu rozwiązać), dwie inne osoby. To była kobieta, którą zaprasza się na wódkę, a nie kawę.
Powiedzmy, że nie zdołałem jej poskromić (może to złe słowo, ale nic innego mi nie przychodzi do głowy, także weźcie to w cudzysłów). To ona była w naszej chwili silniejszym charakterem. Z racji jej pracy i przeszłości (także tej niedalekiej). Nie byłem dłużny, bo już od dawna wiem, że potrzebuję kogoś choć trochę bardziej prącego naprzód, kogoś za kim będę chciał nadążyć, komu będę chciał dorównać (nie mylić z rywalizacją, bo do tego mi daleko) Zacząłem tyle płaszczyzn chwytać, że aż czasu brakło, a nawet nie wiem czy nie przepaliły mi się obwody. Może jakieś podświadome przeładowanie.
W tej chwili właśnie przyszła mi myśl, że może to też być finalne niezamknięcie (za świeże) niedawnych Jej spraw.
Szkoda, bardzo szkoda, że się nie udało. Trzeba się zatrzymać na chwilę, myślami, wyciągnąć wnioski (ciężko mi to przychodzi - patrz szybkie angażowanie się) i ruszać dalej. Ostatnie miesiące sporo zacząłem robić ze sobą, także zajęcie jest. Będzie łatwiej z tym żyć przez jakiś czas, co nie znaczy że się zapomni.
Już i tak spory krok poczyniłem w stosunku do przeszłości. Powiedziała co miała do powiedzenia, była uczciwa. Siedzieliśmy dłuższą chwilę, rozmawialiśmy, mimo tego wszystkiego wystarczyła Jej obecność, aby czuć się pozornie dobrze. W końcu niejako ją wygoniłem, a raczej się pożegnałem. Stwierdziłem, że nie ma sensu przedłużać, bo przecież i tak koniec końców nie zostaniemy przy sobie.
Odpuściłem, a raczej odpuszczam.
Myślę, że jeszcze niejedną wódkę wypijemy w przyszłości, miło wspominając tą chwilę.
Ciekaw jestem co o tym wszystkim pomyślę za tydzień, za miesiąc, za pół roku.
Pisząc to i rozmyślając w połowie tekstu, oparłem się w fotelu i przysnąłem na chwilę. Dopóki oparcie fotela nie pękło do końca i wylądowałem na podłodze. Jestem na całe szczęście cały, za mną stoi krzesło do którego dużo mi nie brakowało, aby potylicą sięgnąć. Także nie wiem jak to zinterpretować. Zbieg okoliczności, czy znak niewiadomego pochodzenia. Może, że czas iść spać.