Witam,
chciałabym zasięgnąć porady osób, które byc może zetknęły się z podbnym problemem, albo mają jakieś doświadczenia w temacie, będę wdzięczna za każdą radę i sugestię.
Zacznę od tego, że mieszkamy z partnerem w Anglii od 5 lat, oboje jesteśmy Polakami, córka urodziła się tutaj. Ma 2,5 roku, bardzo mało mówi (zaledwie kilka słów), ale rozumie wszystko i nazywa rzeczy "po swojemu". Zasięgałam opinii u lekarza na temat mowy córki, bo bardzo mnie to martwiło, po wizycie i obserwacji córki podczas zabawy w domu nie stwierdzono żadnych zaburzeń i poradzono, żeby wysłać ją do przedszkola, że to rozwinie jej mowę i będzie to dla niej dobre też dlatego, że mała z założenia będzie dwujęzyczna. Zalecono nam, żeby mówić do dziecka wylącznie po polsku, bo inaczej nie będzie w stanie posługiwac się płynnie tym językiem. Po angielsku odradzono nam rozmawiać, bo niby posługujemy się nim w miarę płynnie, ale robimy błędy i nie mamy prawidłowego akcentu.
Powiem szczerze, że pomysł z przedszkolem bardzo przypadł mi do gustu. Córka bardzo lubi zabawę z innymi dziećmi, myślałam, że to będzie dla niej "frajda", bo będzie tam robić rzeczy, których ja z nią nie jestem z stanie robić w domu. Sądziłam, że będzie jej się to podobało...
No i po części się nie pomyliłam, bo córka bez problemu przeszła 3 pierwsze dni tzw klimatyzacji. Z założenia miało być tak, że przez te dni miałam z nia tam być, ale córka od razu pierwszego dnia bezproblemowo tam została. Zero płaczu, o razu biegła się bawić. Kolejne dwa dni podobnie. Ostatniego dnia została już na pełen wymiar czasu- czyli 3 godziny (bo początkowo to była to tylko godzina) i pojawił się problem. Jak przyszłam po córkę, okazało się, że płakała po moim wyjściu, ale dość szybko się uspokoiła i wróciła do zabawy. Niestety później panie musiały ją przebrać, bo jak twierdziły córka nie powiedziała nikomu, że potrzebuje do toalety. Zdziwiłam się bardzo, bo córka bez problemu już woła, od jakiś 5 misięcy nie miałyśmy żadnego wypadku... Sądziłam, że córka powiedziała, że chce do toalety, ale zrobiła to po polsku (mówi wtedy "siku"), panie po prostu nie zrozumiały i nikt jej nie zaprowadził. Niestety po powrocie do domu powtórzyło się znów i wiem na pewno, że nie zasygnalizowała potrzeby. No i od tamtego dnia nie chciała więcej zostać w przedszkolu, a mokre majtki pojawiają się raz na kilka dni.
Kiedy zaproadziłam ją po weekendzie znów, szła chętnie, uśmiechnięta jak zawsze, ale na miejscu nagle płacz, kiedy chciałam wyjść. Panie poradziły szybko się pożegnać i wyjść, tak też zrobiłam. Na zewnątrz jeszcze stałam kilka minut, płacz ucichł, więc myślałam, że poszła się bawić, niestety po pół godzinie miałam z przedszkola telefon, że mała płacze, szarpie za drzwi, nie pozwala do siebie podejść i żeby po nią wrócić. Poszłam i wzięłam ją do domu, panie stwierdziły, żeby się nie matrwić, że może miała zły dzień i tyle.
Ale nietety ku zdumieniu wszystkich kolejnego dnia było to samo...
Kolejne dwa tygonie też niczego nie zmieniły. Mała zapytana czy chce iść do przedszkola bez wahania odpowiada, że tak i dziarsko łapie za plecak. Leci do dzieci bez zastanowienia, ale natychmiast wpada w płacz jak tylko widzi, że odwrócę się do drzwi. Chodzę więc z nią dzień w dzień i obserwuję jak ślicznie się bawi- ale wyjść nie mogę, bo rozpacz w którą wpada udziela się innym dzieciom.
Panie zaleciły dłuższą klimatyzację, ale moim zdaniem do niczego to nie prowadzi, bo ona się uczy, że jak będzie płakać, to mamusia nie wyjdzie. A przecież nie mogę być z nią w przedszkolu każdego dnia, mam jeszcze drugą młodszą córkę, którą tam również zabieram, bo partner pracuje, a nie mam jej z kim zostawić. Jak na razie zmieniło się tyle, że inne dzieci też płaczą, widąc że ich rodzice idą, a ja zostaje...
Teraz córka cały tydzień była w domu, bo chorowała, ale w środę już znów idzie. Ma też w tym tygodniu obserwować ją psycholog, który wyrazi potem swoją opinię. A ja biję się z myślami...
Nie mam wielkiego "parcia" na to, żeby koniecznie poszła do przedszkola już teraz, ja i tak jestem w domu z młodszą córką. Tak, jak piasałam chciałam, żeby to było dla niej coś ekstra, a nie jakiś steres tylko dlatego, że się uparłam. Myslę o rezygnacji, ale też nie jestem tego pewna, bo obawiam się, że za rok będzie tak samo, o ile nie jeszcze gorzej. Teraz córka prawie nie mówi, za rok będzie jej jeszcze trudniej, bo nie dość, że nie będzie rozumiała, to nie będzie mówiła jak inne dzieci... Ja myslę, że w tym tkwi problem- że ona po prostu nie rozumie co panie do niej mówią. A jeśli tak jest to za rok problem się nie rozwiąże...
Jeśli macie może jakąś poradę co robić, byłabym wdzięczna. Próbować nadal, czy odpuścić i poczekać jakiś czas, może będzie starsza, mądrzejsza? Czy takie chodzenie razem z nią w ogóle cos daje? Jak długo jeszcze próbować, skoro nie widać efektów?