Historia dluga. Potrzebuje Waszej obiektywnej opinii... Juz nie daje rady sama ze soba!!
Jestem z mezem od 6 lat... Mamy dwoje dzieci.
Pierwsze dziecko urodzilo sie 4 lata temu. Zadna wpadka - chcielismy byc ze soba i byc zlaczeni na cale zycie wiec zdecydowalismy sie na dzidziusia. Moj M. Okazal sie "synusiem mamusi". Bedac w ciazy otrzymuwalam telefony od jego matki, ze to jest dziecko innego faceta, ze ona to udowodni, ze po prostu nie zniszcze zycia jej synowi. Moj M. Oczywiscie bronil matki jak samiec swojego stada!! Cala ciaze mialam z nia probemy... Od ludzi dowiadywalam sie, ze jestem prostytutka, ze daje na prawo i lewo, ze niszcze jej synowi zycie, ze moja mama jest prostytutka itp. Oczywiscie moj M. Nie przyjmowal do swiadomosci tego, a ja robilam wszystko, zeby miedzy nami bylo dobrze... Urodzilam z nerwow 1,5 mca za wczesnie... Po porodzie dalej najwazniejsza byla moja tesciowa, nie ja, ale do pewnego momentu... Koedy moj syn skonczyl rok dostalam wiadomosc na fb z numerem telefonu od zyczliwej osoby, zebym zadzwonila bo moja tesciowa przesadzila.. Zadzwonilam i uslyszalam ze mowila: "to dziecko nie jest pani meza. Pani maz jest bezplodny bo mial operacje na jadro jak byl maly. Pani tesciowa podobniez musi u Was w domu sprzatac, prala brudna zakrwawiona posciel po porodzie Pani w ktorej robaki sie zaplegly itp"... Bylo tego pelno!! Przesadzila... Kazalam M. Wybierac - albo ja i dziecko, albo ona. Wybral mnie i dziecko. Zerwal kontakt z matka, ktora przez 2,5 roku na kazdym kroku utrudniala nam zycie jak tylko mogla. Nie mielismy z nia kontaktu a ona nadal po prostu robila wszystko, zeby nam dokuczyc... W czerwcu 2"14 zaszlam w kolejna ciaze, przeprowadzilismy sie poza granice kraju i sobie zylismy spokojnie do przeprowadzki do innego miasta, gdzie mieszkali znajomi mojego meza, swietni koledzy i jego ojciec. Zaczal znikac z domu na cale dni... Siedzialam sama jak kolek w 4 scianach... Klocilam sie z nim, probowalam pokazac ze powinnam ja byc wazna a nie inni, jednak nie udalo sie. Zaczelismy sie klocic... To juz nie sa normalne klotnie. Teraz czuje sie jak szmata, smiec, nikt wazny... Slysze "ja zarabiam! To sa moje pieniadze i nic ci do nich! Siedzisz w domu to masz wszystko robic! Ja zarabiam i place za wszystko i kto bedzie spal w domu i przebywal to ja ustalam! Wypierdalaj do polski! Pakuj sie i ma cie tutaj nie byc! Nienawidze cie! Itp" ja z wartosciowej osoby zaczelam czuc sie jak smiec... Niekochana... W obcym kraju bez jezyka... Odrzucona... W klotni juz nawet talerze "lataly" po domu i wszystko co pod reka... Tak mijal dzien za dniem, az zaczelo sie cudownie robic, doszliy do porozumienia, zaczelismy rozmawiac, spedzac ze soba czas, urodzilam drugiego synka i nagle powrocila... Moja tesciowa. Moze tego nie zrozumiecie ale to co ja do niej czuje jest nie do opisania.... Ten bol ktory mi zadala, te slowa ktore wypowiadala na mnie i mojego starszego syna do ludzi... Peklo cos we mnie, ze jej nienawidze!! I to na prawde nienawidze.... Wrocila... Zadzwonila do mojego M. Ze przyjedzie do niego bo sie chce pogodzic... Przyjechala, bo oczywiscie mialam gowno do powiedEnia... Ja jej pobyt znioslam bardzo zle psychicznie. Z racji takiej ze urodzilam wczesniaka lezal w szpitalu i ona go chciala odwiedzic... Ja sie nie zgodzilam... Nie chcialam zeby znowu obgadywala mojego syna... Mowila ze ma rozne choroby itp. Ale mialam gowno do powiedzenia... Zawiozl ja... Bolalo mnie to cholernie ze moj maz osoba, ktora powinna bronic swojej rodziny jak nie wiem co tego nie robi tylko poraz kolejny leci do mamusi... Plakalam, klocilam sie z moim M. Cale 4 dni jej pobytu u nas... Myslalam, ze pojedzie i zniknie... A ona dalej uporczywie juz 3 miesiace jest caly czas obecna w naszym zyciu... Ja nawet to piszac placze... psychicznie tego nie wytrzymuje... Nie daje rady!! Mysle o Powrocie do Polski i rozstaniu sie z M... Nie wytrzymuje paychicznie... A On uwaza, ze chce jego rodzine odsunac od niego...
Czuje do mojego M. Obrzydzenie... Nawet nie mam ochoty na wspolczycie... Czuje do niego zal... Ogromny. Jak i brak szacunku jego do mnie... I brak milosci.