Witam.
Piszę,bo po części chciałabym prosić o radę/ocenę sytuacji. Poza tym , chyba muszę się wygadać...
Zawsze miałam problem z byciem konsekwentną. W każdej sferze życia.
Jesteśmy razem 16 miesięcy. Możecie wierzyć albo nie ,ale czasem nie rozumiałam czemu z Nim jestem, jak wytrzymałam?
Nigdy nie chodziło o jakąś wielką sprawę. To były małe rzeczy, które, mimo wszystko bolały. Za każdym razem próbowałam rozmawiać. I to skutkowało, ale nie od razu. Dopiero za którymś razem to Niego docierało. Męczące strasznie...
Od marca mówię o rozstaniu. Nie ma dla mnie czasu, wszystko jest ważniejsze. Czuję się zaniedbana i mówię o tym otwarcie. Na początku 'rozstanie' faktycznie robiło na Nim wrażenie. Ale no cholera ile można szanownego Pana ostrzegać? ( tak, ostrzegać. Bo ja Go kocham, bo mimo wszystko jest dla mnie bardzo ważny i chciałam żeby cokolwiek dotarło:( ). Jak się domyślacie, zawsze mnie ubłagał , udobruchał . No i 'straszenie rozstaniem' straciło moc.
W ten weekend zaplanował sobie wyjazd z kolegami. Zero konsultacji ze mną, zero rozmowy( a wiedział,że cholernie się martwię w trakcie takich Jego wyjazdów) . Czekałam, naprawdę czekałam aż usiądzie i ze mną porozmawia. Niestety, nie zrobił tego, Wybuchłam , kiedy usłyszałam jak przez telefon rozmawia z kolegą, wszystko planuje na tiptop a mi nawet nie wspomniał( ja wiedziałam ,że jedzie, domyśliłam się). Oczywiście okazało się,że właśnie 'zamierzał ze mną porozmawiać'. Była kłótnia,znowu dałam się urobić.
Dostał miesiąc czasu,prosiłam żeby coś się zmieniło, że stoimy w miejscu, że On ma to w dupie...
Minął rzeczony miesiąc i dupa. Jego jedynym argumentem jest to ,że 'PRZECIEŻ NIE JEST GORZEJ'. -_-
W środę napisałam mu,że ja się wypaliłam, mam dość użerania się z Nim , tłumaczenia, proszenia. Poprosiłam o rozmowę w czwartek, chciałam żeby przyjechał , chciałam powiedzieć co mi leży na wątrobie ( ogólnie to byliśmy wcześniej umówieni na ten czwartek na normalne spotkanie). W środę myślałam ,że coś dotarło... A w czwartek dostaje smsa 'hej
:*' . JAKBY SIĘ NIC NIE STAŁO. Wkurzyłam się,że tak bagatelizuje moje słowa, uczucia. Napisałam co myślę. Później, w ciągu dnia (czwartek),On stwierdził,że lepiej jak spotkamy się w poniedziałek, po weekendzie , 'przemyślimy to'. Tylko,że ja Go znam, wiem,że stwierdził, że Jego wyjazd to kość niezgody i jak będzie 'po' to mi przejdzie. Napisałam mu,że to błąd, ale ok. No i On już się nie odezwał( wcześniej chciał żebyśmy trochę pisali przez ten weekend ,ale ja nie chciałam).
Możecie wierzyć albo nie ,ale serce mi pęka... Mam do siebie dużo żalu ,że taka jestem miękka. On naprawdę ma to głęboko, zwisa mu wszystko co mówię... Czuje jak bagatelizuje każde moje słowo, moją prośbę...
Zamierzam olać Go w poniedziałek. Miał szansę na rozmowę w czwartek , nie skorzystał ( możliwe też ,że już się umówił z kumplami na wieczór i to było jednym z czynników ) . Nie mam już siły dobijać się do tego człowieka. Normalnie czuje jak brakuje mi na to wszystko sił... Kocham Go , ale to już nie ma prawa bytu prawda?
Powiedzcie mi proszę... Czy takie zachowanie całkowicie wyklucza jakiekolwiek uczucie z Jego strony?
Marzę żeby do Niego wreszcie dotarło po tym rozstaniu. Ale boje się ( autentycznie się BOJĘ ) ,że nie dotrze...
Proszę , odezwijcie się, napiszcie co sądzicie...