No więc pora na historię mojego związku. Jestem 3 miesiące po decyzji o rozstaniu, a miesiąc od rozstania, a w zasadzie od bycia porzuconym. Potrzebuję podzielić się swoją historią, potrzebuję jakiegoś katharsis. Jestem w momencie, w którym za sobą mam już momenty prawdziwej rozpaczy. Teraz jest pustka, dezorientacja, brak sił, chęci i celu, pasywność i depresja.
Ale do rzeczy:
Mam 30 lat. Pochodzę z rodziny z historią nadużywania alkoholu, mam w związku z tym kilka naleciałości na charakterze, główną z nich był problem z relacjami z ludźmi. Zamykałem się w sobie i nie dopuszczałem ludzi do siebie. Mimo wszystko byłem dosyć charyzmatyczną osobą i zawsze miałem jakichś znajomych, ale nigdy przed nikim się nie otwierałem, zakodowane miałem w głowie, że jak ktoś jest zbyt blisko to może zranić, a to zbyt duże ryzyko. Pomimo zewnętrznej pozy twardziela, byłem dosyć wrażliwym gościem ? nie lubiłem tej wrażliwości i starałem się skryć najgłębiej jak się da. Chciałem być twardym, zdecydowanym, zaradnym samotnikiem. W taki sposób przebrnąłem przez liceum i wyjechałem na studia z miasta <100k mieszkańców do dużego .
Tam na studiach poznałem ją. Byliśmy w jednej grupie, szybko się zakumplowaliśmy, mieliśmy bardzo podobne poczucie humoru, temperament i jakiś rodzaj podejścia do życia. Ona miała chłopaka, więc nie myślałem o niej jako o kandydatce na dziewczynę. Wręcz przeciwnie, gdy czułem, że może mi się spodobać dystansowałem się. Sytuacja zmieniła się w wakacje. Planowałem jechać za granicę na wakacje, aby coś zarobić i po prostu sprawdzić się czy mi się uda tam odnaleźć, przeżyć przygodę. Miałem jechać ze znajomą, ale okazało się, że znalazła pracę, to zaproponowałem to Jej. Miała jechać ze swoim chłopakiem, jednak zaraz przed wyjazdem pokłócili się i zerwali ze sobą. Wyjechaliśmy. W trakcie wyjazdu dosyć się do siebie zbliżyliśmy, ale ja ciągle trzymałem ją na dystans. Jednego wieczoru zaraz przed powrotem upiliśmy się i przespaliśmy się ze sobą. Po tym było dziwnie, wróciliśmy do Polski i kontakt trochę ucichł. Zaczął się rok szkolny. Wszystko jak gdyby nigdy nic, ale ja już wiedziałem, że nie jest tak. Dużo o niej myślałem i przeszkadzało mi to. Ona wróciła do swojego chłopaka, co spowodowało, że musiałem się od niej dystansować, ale było mi ciężko, bo wiedziałem już, że zaczynam się w niej zatracać. Z tego wszystkiego zaczynałem popadać w depresję, nie wiedziałem co się ze mną dzieje. Z jednej strony nie chciałem tego, bo moje zamrożenie dawało o sobie przypomnieć, a z drugiej bardzo chciałem z nią przebywać, a nie mogłem, bo była zajęta innymi sprawami. Widzieliśmy się tylko na zajęciach. Zacząłem chodzić na terapię, żeby jakoś ze sobą poradzić. To był dla mnie okres gigantycznego poznania samego siebie, zasad działania ludzkich mechanizmów i innych podstaw psychologii człowieka, odkryłem swoje bagaże i starałem się je jakoś zrzucać. Powoli zacząłem się ogarniać i akceptować fakt, że muszę się z niej wyleczyć. Postanowiłem powiedzieć jej, że się w niej zakochałem, dostać kosza, przeżyć to odrzucenie, którego całe życie unikałem i się emocjonalnie dystansować. Tak się stało, bolało, ale odczułem ulgę. Mogłem iść dalej ze swoim życiem. Unikałem jej, zacząłem zadawać się z inną koleżanką, która powoli też zaczynała mi się podobać. Kilka miesięcy po tym chciała ze mną rozmawiać, okazało się, że zerwała ze swoim chłopakiem i doszła do wniosku, że chce być ze mną. Zdziwiłem się, ale oczywiście wszystkie emocje, które czułem wcześniej do niej powróciły i z radości się niemal nie posiadałem.
Co tu dużo gadać, byliśmy niemal idealną parą. Zakochanie, wygłupy, seks ? byliśmy nierozłączni. Ciągle nam było siebie mało. Po roku wprowadziliśmy się do siebie, bo doszliśmy do wniosku, że ona i tak ciągle u mnie siedziała, co przeszkadzało mojemu współlokatorowi, a ona chciała się wyrwać od rodziców ? zwłaszcza od ojca, z którym miała ciężkie stosunki.
Ona co prawda też była osobą obarczoną bagażem wyniesionym z domu, miała problem z wyrażaniem emocji i przez to była dosyć wybuchowa ? kumulowała w sobie i wybuchała z powodu małych rzeczy. Dzięki wiedzy, którą nabrałem na terapii uczyłem jej jak można inaczej i od samego początku toczyliśmy szczere, otwarte rozmowy na temat emocji. Dla niej to była nowość, ale dała się uczyć i jakość naszej relacji się zdecydowanie poprawiała.
Byłem bardzo ufny, bo nie miałem powodu żeby było inaczej. Ona była inteligenta, otwarta, szczera i kochająca. Czułem się z nią bardzo pewnie i bezpiecznie. Ona ze mną też, chociaż częściej bywała zazdrosna. Przy niej przeszedłem nie lada transformację: z zimnego, wycofanego samotnika, w kochającego, przyjacielskiego, zadowolonego z życia faceta.
Idylla trwała przez 3 lata. Wtedy pewnego ranka, po imprezie, z której wróciła nad ranem, dowiedziałem się, że mnie zdradziła. Okazało się, że poszła z zaprzyjaźnioną parą do ich do domu, gdzie dziewczyna wciągnęła ją do łóżka. Ponoć facet jej nie ruszył. Byłem zdezorientowany, nie wiedziałem co mam o tym sądzić, niby czułem się z tym źle, ale przecież nie doszło do zdrady-zdrady, czyli takiej w którym facet obcy ją penetruje. Potrzebowałem trochę czasu, żeby to przetrawić, ale doszedłem do wniosku, że moje emocje dobrze mi podpowiadają. To była zdrada i powiedziałem jej, że tak to traktuję ? to nie było fair, nie tylko penetracja jest zdradą. Jednak nie miałem w związku z tym żadnych większych emocji, przeprosiła, powiedziała, że to się więcej nie powtórzy i jakoś mi to łatwo przeszło. Ale?
Ta sytuacja odkryła coś jeszcze. Miesiąc wcześniej, gdy ja pojechałem odwiedzić rodziców, ona spotkała się z kolegą z liceum. Wiedziałem o tym, zawsze byliśmy względem siebie szczerzy i nie miałem powodów, żeby jej nie ufać. Nawet wieczorem dzwoniła do mnie, żeby zapytać jak ściągnąć napisy do filmu. Okazało się, że tego wieczora wziął ją na wszystkie możliwe sposoby. A w zasadzie ona sama się dała, bo sama wychodziła z inicjatywą, poprosiła o masaż i dalej już samo zaczęło się rozwijać. Następnego dnia rano zafundował jej jeszcze solidny oralseks - nie jest to aż tak istotne, bolesne jest dla mnie tylko to, że później, ona wyszła do mnie z inicjatywą, żebyśmy zaczęli praktykować częściej oral. Byłem zdziwiony, ale dałem się namówić, jak potem się okazało, było to zainspirowane tą zdradą, jak potem powiedziała ? chciała z tego wyciągnąć coś dobrego.
Tak czy siak miałem swoje podejrzenia, że coś się stało, była trochę inna. Zapytałem ją, czy coś się wydarzyło tego wieczora, ona zaprzeczała, a nie miałem powodów, żeby zarzucać jej kłamstwo. Dopiero cała poprzednia sytuacja zaczęła ujawniać tę prawdziwą zdradę. Zawsze byliśmy szczerzy i ja zawsze powtarzałem, że wolę brutalną prawdę, niż najsłodsze kłamstwo. Po tej sytuacji z tą parą, wiedziałem, że coś jeszcze jest nie tak, a ona nie potrafiła aż tak dobrze kłamać. Napierałem, żeby mi powiedziała, aż w końcu to zrobiła. To był potężny cios, nigdy nie przeżyłem jeszcze czegoś takiego. Tak silne emocje? nie mogłem się pozbierać przez długi czas. Czułem, że cały mój świat się rozpadł, że całe zaufanie, bezpieczeństwo, miłość to jedno wielkie kłamstwo. Ona bardzo przeżyła to, jak widziała jak wielką ranę mi zadała, cierpiała, było jej źle, nie mogła sobie wybaczyć i to było widoczne. Żałowała, chciała cofnąć czas. Ostatecznie stwierdziłem, że ten związek chyba nie ma sensu i już wychodziła z domu, ale ? zatrzymałem ją. Powiedziałem, że przetrwamy to, że zbyt ją mimo wszystko kocham i każdy zasługuje na drugą szansę. Nie prowadziła drugiego życia, nie zwodziła mnie miesiącami, po prostu zrobiła głupotę i do tego żałuje jej.
Następny rok był ciężki, ciągle miałem w głowie obrazy, ciągle nie mogłem przebaczyć, zamykałem się w sobie, nie mogłem zrozumieć jak można coś takiego zrobić, gdy się kocha. Zacząłem brać winę na siebie i przekonywałem sam siebie, że to moja wina, że mam zbyt konserwatywne spojrzenie na sprawy seksu i że przecież kto powiedział, że trzeba być wiernym i nie można uprawiać seksu z innymi. Zacząłem dorabiać teorię, że przecież człowiek nie jest monogamistą, że to programowanie kulturowe i nie ma co się temu poddawać. Moje podejście pod wpływem tego zaczęło się zmieniać. Zacząłem zmieniać definicje: zdrady, wierności, seksu w taki sposób, aby gdy myślę o tym wydarzeniu lub przy potencjalnym następnym razie nie czuć tego bólu.
W końcu pewnego dnia powiedziała do mnie, że nie może już słuchać kolejnego wypomnienia tamtej sytuacji, że jak mamy coś dalej ze sobą być, to muszę jej w końcu wybaczyć i pogrzebać tamtą sytuację. Miała rację, obiecałem jej, że już więcej o tym nie wspomnę, dostała swoją karę ? jej poczucie winy było ogromne i nie dawałem jej o tym zapomnieć. Pogrzebałem to i więcej nie wracałem, mimo, że gdzieś tam w głowie ciągle miałem emocje w stosunku do tego. Z czasem zapomniałem. Życie toczyło się dalej. Było dosyć dobrze, w międzyczasie skończyliśmy studia, zajęliśmy się pracą, mieliśmy swoje pasje, byliśmy względnie aktywni i znowu w miarę szczęśliwi. Zaczęliśmy dużo eksperymentować w sferze seksualnej, co było wynikiem mojej zmiany przekonań, które miały złagodzić ból tej zdrady.
W pewnym momencie rozpoczął się okres rozczarowań.
Pracowaliśmy razem, mieliśmy pracę w delegacjach, co rok, lub pół przeprowadzaliśmy się z całym dobytkiem. Nie zarabialiśmy kokosów, ale wystarczało na tryb życia jaki prowadziliśmy i mogliśmy do tego mieć jakieś hobby. Jednak taki tryb pracy okazał się cięższy niż mi się wydawało. Świadomość tak częstych wyjazdów, sprawiała, że nie miałem motywacji aby nawiązywać nowe znajomości w danym miejscu. Miałem swoją grupę przyjaciół, których prawie co weekend odwiedzałem w mieście w którym studiowaliśmy. Z czasem to zaczęło być bardzo uciążliwe, ale nie widziałem za bardzo alternatywy, trzeba było to zaakceptować.
Przez pracę od 3 lat nie mieliśmy urlopów, pracowaliśmy na kontraktach, który nie przewidywał urlopów, a jedyne wolne jakie mieliśmy, to okres między kontraktami, który wykorzystywaliśmy na szukanie następnego, albo na pasywną chwilę wytchnienia.
Między innymi przez te przeprowadzki ucierpiało moje życie sportowe. Miałem jedną dyscyplinę, którą kochałem, ale ciągłe przeprowadzki zmuszały do ciągłego startowania w nowych sekcjach, co męczyło. Dodatkowo często pracowaliśmy w małych miejscowościach, w których nie było takiej sekcji, albo była bardzo słaba. Co prawda i tak ją zaniedbywałem, co wiązało się z moją niespełnioną ambicją ? gdy zacząłem startować w zawodach, po pierwszej poważnej porażce się dosyć mocno zniechęciłem i straciłem motywację. Doszedłem do wniosku, że nie jestem aż tak dobry jak mi się wydawało i przestawiłem w głowie tryb z wyczynowego na rozrywkowy.
Mieliśmy wspólne hobby, w które dość mocno się angażowaliśmy. Okazało się, że środki (zarówno finansowe, jak i energetyczne) jakie w nie wkładaliśmy były duże, a wyniesione radości niewspółmierne. Praca uniemożliwiała nam mocniejsze zaangażowanie się ze względu na czas, a dodatkowo brakowało finansów, żeby je zainwestować w szkolenia zagraniczne. Ona pierwsza stwierdziła, że nie o to jej chodziło, ja postanowiłem pomęczyć się, licząc, że w przyszłości będzie więcej satysfakcji i skoro już tyle włożyłem, to nie chciałem tak łatwo rezygnować.
Zaangażowaliśmy się w pewną inicjatywę, nie będę zdradzał szczegółów, przynajmniej nie teraz, ale ta inicjatywa też nie wypaliła i mocno nas rozczarowała. Dodatkowo spowodowała we mnie bardzo duży spadek w samoocenie.
Te frustracje sprawiały, że zacząłem gasnąć. Zamykałem się w sobie, zamykałem się w świecie gier komputerowych i filmów. Straciłem swoją energię, bo ciągłe inwestowanie i rozczarowanie było dla mnie męczące. Próbowałem coś z siebie krzesać, ale było to na siłę i nie mogło dać dobrych rezultatów. Dodatkowo powoli nakręcała się spirala upadku samooceny, nic mnie nie satysfakcjonuje, to czuję się winny i przez to satysfakcja jeszcze bardziej spadała. Czułem się słaby, w dodatku popełniłem pewien największy błąd jaki mogłem popełnić: zacząłem oczekiwać od niej, że mi pomoże. Tyle razy ja jej pomagałem, zawsze miałem poczucie niesprawiedliwości, ja ją wspierałem, a ona nie potrafiła się odwzajemnić ? przynajmniej nie w taki sposób jaki bym oczekiwał. Oczywiście to wszystko było subtelne i jeszcze wtedy tego nie widzieliśmy. Powoli rosło, ale było zbyt małe, aby coś z tym rzeczywiście robić. Można było pomyśleć: no słabszy okres, zaraz przejdzie. Taki okres trwał przez mniej więcej ostatni rok, lub półtorej.
Z czasem czuć było zwiększającą się odległość między nami, ale uznawaliśmy, że to naturalne, że przechodzimy różne fazy związku i z czasem to normalne, że się trochę luzuje. Od zawsze wszystko robiliśmy razem ? razem pracowaliśmy, razem hobby, razem przyjaciele, razem imprezy ? lubiliśmy robić rzeczy razem, ale z czasem doszliśmy do wniosku, że może potrzebujemy trochę przestrzeni, każdy osobnej, że to może dobrze dla nas zrobić.
Ona zamieniła nasze wspólne hobby na swoje - nowe, własne. Ja stwierdziłem, że to dobrze, że w końcu znalazła coś swojego i wspierałem ją jak tylko mogłem. Ja robiłem swoje rzeczy sam i miałem pewną satysfakcję z tego, było to zupełnie nowe. Jednocześnie jej zazdrościłem, okazało się, że większość naszych znajomych się tym zajęła i wszyscy mieli wspólne zgrupowania, zawody, tematy do rozmów. Uczestniczyłem w tym, ale czułem, że to jest kompletnie nie moje, że jestem tam na siłę, że nie interesuje mnie to aż tak. W dodatku nie miałem nikogo, z kim mógłbym porozmawiać o swoich zainteresowaniach. Robiłem swoje, ale nikogo, a nawet Jej to nie interesowało, miałem wrażenie, że zmuszam ją do słuchania o moich nudach. Z czasem zaczęło to być dla mnie coraz mocniej dokuczliwe, stwierdziłem, że nie chcę jechać na kolejne zgrupowanie i być jedynym stojącym z boku.
Gwoździem do trumny była ostatnia praca. Zgodziliśmy się zakontraktować czas pracy do 12h dziennie (miały być sporadyczne przypadki nadgodzin >8h, ale dla formalności w umowie było 12h) i jak się okazało, rzeczywiście pracowaliśmy po 12h dziennie i to bardzo intensywnie. Po pracy na wycieńczeniu jeszcze leciało się na trening. Po kilku takich miesiącach zacząłem chorować i byłem już w słabym stanie psychicznym. Wiedziałem, że to bez sensu i wiedzieliśmy, że musimy to przeczekać i następny temat jaki weźmiemy będzie zupełnie inny. Koniec takiego trybu życia, chcieliśmy się ustatkować. Nadzieja na lepszą przyszłość leżała tuż za rogiem, bo dobrze wiedzieliśmy, że potrzebujemy zmiany, a nawet rewolucji.
Niestety rzeczywistość nie dała skorzystać z tej nadziei. Okazało się, że w pracy zaczęła mocno angażować się we flirt z jednym z podwykonawców. Widziałem, że sporo z nim gada i on często jej pomagał, ale nie doszukiwałem się w tym niczego dziwnego. Ona sama tego nie ukrywała, wyglądało to po prostu jak kumpelskie zaczepki człowieka z pracy, takie przy okazji wykonywania obowiązków. Mieliśmy swoją lekcję zdrady i nie sądziłem, że może być powtórka z rozrywki. Okazało się, że to wcale nie było takie koleżeńskie jak mi się wydawało, a gość dosyć skutecznie ją po prostu podrywał, dosyć mocno się w to zaangażowała emocjonalnie, skończyło się tak, że gdzieś tam wracając z jakiejś imprezy (była z koleżankami) zadzwoniła do niego, on po nią przyjechał, posiedzieli sobie i on ją pocałował. Powiedziała mi o tym. Bolało, bardzo bolało, prawie tak samo jak kiedyś. Znowu poczułem się zdradzony. Znowu kompletna dezorientacja.
W międzyczasie skończyliśmy ten kontrakt i facet zniknął. Miesiąc później w trakcie jakiejś rozmowy zaczęliśmy rozmawiać o tym, że ona już do mnie nie czuje tego co kiedyś i że ten flirt jej dopiero to pokazał. Doszła do wniosku, że ona od zawsze miała problem z zauraczaniem się w innych facetach i zawsze z tym walczyła, ale nie potrafi dłużej walczyć. Tym bardziej, że robi to moim kosztem i walka jest taka, że albo ona, albo ja jestem przegrany. Po tej rozmowie sami do końca nie wiedzieliśmy czy to koniec. Przez 2-3 tygodnie chodziliśmy struci i niepewni, jakby ten fakt dopiero powoli do nas docierał, jakby umysł filtrował zbyt ciężkie informacje i emocje. Później się zaczęło, przynajmniej u mnie. Zaczęło do mnie docierać, że to jest naprawdę koniec, że ona naprawdę mnie już nie kocha i nie chce ze mną być. Że wszystkie plany, nadzieje, cała praca nad związkiem idzie w odstawkę. Zniszczyło mnie to. Kompletna anihilacja. Emocje mnie zdominowały ? żal, strach, złość, smutek, panika. Nie wyobrażałem sobie życia bez niej. Zawsze byliśmy razem, pomimo wszelkich trudności, była moim wsparciem. Poczułem się, że spadam, że nie mam żadnego podparcia i wszystko straciło sens. Co gorsza ona to obserwowała i pogrążyła się w mocnym poczuciu winy.
Jednak w pewnym momencie stwierdziłem, że to nie może się tak skończyć. Chciałem walczyć, dostałem sił i motywacji, stwierdziłem, że nie mogę sobie teraz ot tak bez walki odpuścić. Zacząłem ją namawiać, żebyśmy się nie poddawali, żeby pójść na terapię, poradzić sobie z problemem. Żebyśmy znaleźli przyczyny, zajęli się nimi, że warto spróbować. Miejscami nawet udało się ją przekonać, ale ona nie miała już uczucia i chęci. Coś czego wcześniej nie rozumiałem ? logiką nie da się namówić, bez emocji nie da się nic zdziałać, a byliśmy już od siebie tak daleko, że nic nie można było wskórać. Za każdym razem odbijałem się o mur, albo wręcz o agresję i niechęć, w której mówiła mi dużo przykrych dla mnie rzeczy. Na dopełnienie sytuacji, okazało się, że gdy ja miałem ten okres cierpienia, a potem starania, ona w międzyczasie wdała się we flirt ze swoim trenerem (de facto 8 lat młodszym od niej) i ja to widziałem i prosiłem ją, żeby wstrzymała się z tym do czasu mojej wyprowadzki. Zgodziła się a potem robiła to dalej i oszukiwała, że nic się nie dzieje. To bolało najbardziej ? to, że kłamała mi prosto w oczy. Generalnie ten miesiąc był ostro traumatyczny dla nas obojga.
W międzyczasie dostaliśmy nową pracę, taką jaką chcieliśmy ? z urlopami, w jednym miejscu na dłużej, z socjalem i innymi atrakcjami. Zostawiłem ją dla niej i wyprowadziłem się, nie byłem w stanie normalnie funkcjonować, a jak trzeba było trzymać fason w pracy, to było ekstremalnie trudne.
Byłem zniszczony, schudłem strasznie, zachorowałem, straciłem chęć na cokolwiek. Wcześniej było mi wstyd za te reakcje, ale jak zacząłem czytać, że podobno większość ludzi tak przeżywa porzucenie, to jakoś mnie pokrzepiło. Przyjaciele i rodzina mnie wspierali i jakoś przeszedłem najgorszy okres żałoby.
Od fizycznego rozstania minął ponad miesiąc. Nie jestem już tak roztrzęsiony, ale pustka, brak energii i niechęć do życia pozostała. Dostałem receptę na antydepresanty, bo psychiatra stwierdził, że mam większość objawów depresji reaktywnej. Jeszcze nie wiem czy chcę je brać.
Mam wrażenie, że to wszystko moja wina, a moja samoocena wręcz nie istnieje. Siedzę u rodziców zupełnie bez chęci do niczego. Dużo czytam i próbuję odkryć co się stało, gdzie był błąd, gdzie muszę się poprawić. Mam już kilka planów i koncepcji na nowe życie, ale zupełnie nie mogę ich wprowadzić w życie, nie mam energii, motywacji i chęci, nic nie sprawia mi radości. Nie wiem czy powinienem zmuszać się i zrobić coś na siłę. Podobno faza depresji jest naturalnym etapem przeżywania żałoby, a im bardziej się zmuszam, tym bardziej nakręcam spiralę spadku samooceny. Mam blokadę i fakt, że nie mogę jej pokonać jeszcze bardziej sprawia, że czuję się jak padlina. Nie mogę skupić się na niczym innym jak na myśleniu o związku, o przyczynach rozstania, o swoim smutku, jestem zupełnie zagubiony i nie wiem jak z tego mętliku wybrnąć. Wiem już, że muszę się przebudować od podstaw, zmienić całe swoje patrzenie na związki międzyludzkie, odzyskać swoje szczęście i radość z życia, odkręcić te frustracje, które ponarastały, ale czuję, że jest to teraz dla mnie zbyt trudne, nieosiągalne i jest tego za dużo. Muszę znaleźć sobie pracę, ale nie jestem w stanie nic zrobić, biorę telefon i patrzę na niego, aby na koniec go odłożyć i mieć do siebie wyrzuty. Wstyd mi za siebie i za to co się ze mną dzieje, że nie mogę się zmotywować do życia. Czy ten okres mija samoczynnie?
Dzięki za uwagę. Trochę się tego pozbierało.