Witajcie,
Pierwszy raz piesze na tego typu stronie. I nie wiem czy to kwestia desperacji czy po prostu czuje się samotna. Chodzi o mojego męża. Tak na prawdę jesteśmy świeżo po ślubie. Nie minęło nawet pół roku. Ale w związku jesteśmy już prawie od czterech lat. Mamy dwuletniego syna i od trzech lat mieszkamy razem. Jak same widzicie nasz związek rozwinął się bardzo szybko. I nie przeszkadzało mi to. Kiedy byłam w ciąży wciąż byłam w nim zakochana. Może dlatego nie dostrzegałam pewnych rzeczy o których mówili mi bliscy:( Mąż miał manie kontrolowania mnie i był strasznym zazdrośnikiem. Zresztą dalej jest. Wmawia mi, że mam kochanka. Kiedy nie mieszkaliśmy jeszcze razem przyjeżdzał do mnie w nocy by sprawdzić czy jestem w domu. Kiedy już zamieszkaliśmy razem nie pozwalał mi nigdzie wychodzić a jak już udało się go przekonać wydzwaniał co chwile by sprawdzić co robie. Przyjaciółki w końcu spasowały. Dziwiły mi się, że na to sobie pozwalam, ale ich też nie słuchałam. Wieżyłam , że się zmieni. Łudziłam się, że kiedy urodze zacznie mnie szanować ze względu na dziecko. W końcu miałam być matką jego syna. Ale po porodzie tylko się pogorszyło. Chorobliwa zazdrość się nasiliła, zaczął mnie wyzywać, popychać, szturchać, czasem nawet naciskał na sex. Ale za każdym razem przepraszał. Po za tym nie miałam nikogo kto by uwierzył. A że mieszkaliśmy z jego rodzicami on nie pokazywał jak się zachowuje. Robił to dopiero w zaciszu naszej sypialni kiedy wszycy spali. Byłam przygnębiona. Pewnie zastanawiacie się jakim cudem się pobraliśmy. No więc... w końcu się udało, a on się zmienił. A przynajmniej tak mi się wydawało. Miesiącami było dobrze. Ja, synek i on zaczeliśmy twożyć szczęśliwą rodzine. Zorganizowaliśmy więc skromny ślub i wynajeliśmy mieszkanie. Nigdy nie podjęła bym takiej decyzji gdybym wiedziała jak to się skończy. Zaczął mnie popychać, szarpać z jeszcze większą siłą, już się nie chamował Obrażąnie i poniżąnie przeszło na pożądek dzienny. Nie doceniał mnie i mojej pracy. Wszystko co robiłam było niedostateczne i za małe. Wiliczał mi czas. Z pracy nie mogę się spóźnić nawet pięć minut. Awantury stały się codzinnością. Zaczęły się groźby, poniżąnie, obwinianie o wszytko, a nawet wilicznie jedzenia. Liczy wszystko od szynki po ciasteczka, a później wmawia, że karmie kochanka za jego pieniądze. . Jestem przerażona. Tak jest aż do dziś. I jest coraz gożej. Ostatnio zabronił mi pojechać do pracy. Wmawia mi że jestem do niczego. Że nic nie osiągnęłam, a do tego jestem beznadziejną matką i żaoną. Jest kochany tylko wtedy kiedy mnie potzrebuje. A to zapewne nie wszystko bo nie jestem w stanie przypomnieć sobie wszystkich przykrości i krzywd jakich przez niego doświadczyłam. Odebrał mi już poczucie bezpieczeństwa, poczucie własnej wartości i chęć do życia. Gdyby nie mój najdroższy synek... Najgorsze jest to, że boje się odejść. Po za tym wciąż go kocham. I łudze się że mogłabym mu jakoś pomóc. Namawiam na terapie kiedy ma dobry chumor. Ale trace już siły i wątpie w powodzenie tego działania. Co mam robić?:(
PS. Przepraszam za błędy.