Na początku było dobrze, bo on sie starał, jeszcze jemu zależało i pomagał mi w domu, z czasem to zanikało. Gdy zamieszkaliśmy razem byłam juz studentką zaoczną, znalazłam pracę i zajmowałam się domem, tak by wszystko było przygotowane- to chyba był mój błąd, że pokazałam co umiem i nic nie stanowi dla mnie problemu a ponad to robiłam rzeczy, które powinien zrobić on- nie mogłam się doprosić by cokolwiek zrobił... Potem to wyglądało różnie raz lepiej raz gorzej. Rozmawiałam z nim bardzo dużo, pomagałam, uczyłam, motywowałam i starałam się jego zrozumieć, i często robiło mi się jego szkoda i odpuszczałam, bo brał mnie na litość, by wymóc na mnie poczucie, że jest pokrzywdzony, bo jego rodzice się rozwiedli. Po czasie kiedy nawet proszenie nie skutkowało zaczęłam jemu robić awantury, po których czułam się okropnie. On stosował cały czas tą samą metodę" by było dobrze" tzn. gdy ja już nie wytrzymywałam tego, że nic nie robił urządzałam awanturę, a ona jak zaczarowany potrafi wszystko zrobić na tip top, a gdy widział, że już odpuszczam znów przestawał cokolwiek robić- przecież to chore. To wszystko się za bardzo pogłębiło, ponieważ w tym momencie odzuwam abiwalentne uczucie wobec niego z naciskiem na samotność i brak zrozumienia, wsparcia jakbyśmy rozmawiali w dwóch róznych językach. Jest to dla mnie trudne, bo standardowo mam obawy czy kogoś znajdę, jak sobie poradzę itp. itd. ale nie mam wyjścia, bo to na prawdę nie ma sensu dalej tego ciągnąć...