Zastanawiam się czy problem sobie uroiłam czy może faktycznie on istnieje? Zaczynając od początku. Z obecnym partnerem poznała nas wspólna przyjaciółka na początku tego roku. Początki były ciężkie bo "dorabialiśmy się" jak kot z psem, ale coś nas ku sobie ciągnęło. Z biegiem czasu zaczęliśmy spędzać coraz więcej czasu razem, przegadaliśmy kilkanaście nocy.
Z czasem zaczęliśmy zachowywać się jak para. Wspólny weekend za miastem tylko to przypieczętował. Po fazie " nie widzę twoich wad" zaczęły się schody. Dostał propozycję pracy w innym mieście, dobrą finansowo i jeśli chodzi o zakres obowiązków. Zapytał czy z nim pojadę czy zamieszkamy razem. Mamy przeprowadzić się na początku przyszłego roku.
I wszystko pewnie toczyłoby się dobrze gdyby nie przykre wydarzenie. Po prawie 20 latach przyszedł koniec żywota dla mojego pupila. Bardzo ciężka i smutna chwila, Ci którzy mają zwierzaka pewnie wiedzą o co chodzi. Wysyłałam do niego sms z wiadomością że to koniec, nie miałam silły na telefon cała zapłakana. Dostałam lakoniczną odpowiedź "smutek", i to wszystko...
Poczułam się strasznie źle... Osoba dla której chciałabym wywrócić całe życie do góry nogami, zostawić przyjaciół i rodzinę w tragicznej dla mnie chwili po prostu przechodzi nad tym do porządku dziennego. Zero telefonu, zero zapytania jak się czuję... Robię z igły widły?
Powiedziałam o tym naszej wspólnej przyjaciółce, uzyskałam odpowiedź której w zasadzie się spodziewałam" ten typ tak ma". Wiedziałam, że ten typ ma egoistyczne "zapędy" ale nie sądziłam że tak mnie to zaboli.
Jakiś czas temu mówiłam jasno, że potrzebuje wsparcia ( problemy związane z pracą) i usłyszałam, że muszę być silna. Bo słabi nie mają racji bytu. Nie wiem co zrobić, jak nad tym pracować, czy jest sens kogoś zmieniać... czy tego się po prostu nie zmieni...