Zacznę od samego początku.
Z moim obecnym chłopakiem poznałam się na początku stycznia, przez pół roku spotykaliśmy się, pisaliśmy aż w końcu w czerwcu zaprosiłam go na wesele i tydzień później zostaliśmy parą. On mieszka 500 km ode mnie jednak studiował w mojej miejscowości. Wszystko było cudownie przez całe wakacje, on był często u mnie, ja jeździłam do niego. Jednak niedawno dowiedziałam się (od jego przyjaciółki ! ), że nie będzie kontynuował studiów i wraca do siebie do domu bo tam ma pracę. Od początku września zaczęło się wszystko psuć. Przyjeżdża tylko na 1 dzień który spędzamy w łóżku, nigdzie nie wychodzimy (boję się, że zależy mu tylko na jednym)... Do tego mamy coraz mniej czasu (ja studia, on praca).
Przez to nie widzieliśmy się już prawie 3 tygodnie. Kontaktujemy się coraz rzadziej (czasem nawet co 2-3 dni). Ja mam problemy rodzinne, chciałabym się do niego przytulić, wyżalić się a jego nie ma, w ogóle mnie nie wspiera... Nigdy nie powiedział mi, że mnie kocha, a ja zaczynam się zastanawiać co w ogóle do niego czuje...
Z każdym dniem nie wiem czy to ma sens... Nie chce od razu wszystkiego przekreślać ale z drugiej strony męczę się z tą odległością.
Dodam, że znam jego znajomych, jego rodzinę. Do niedawna był to związek niemalże idealny.
Co zrobić? Jak sobie z tym wszystkim poradzić?
Mam sprzeczne myśli...