Piszę tutaj bo nie mam o tym komu powiedziec. Moj ojciec nigdy nie byl za tym zebym po liceum do ktorego chodziłam poszla na studia. Mi marzyly sie studia na prywatnej uczelni, bo na zwykłą na swój kierunek niestety nie dostałam się. Najpierw ojciec powiedział, że opłaci mi te studia, sam był za, a potem jak już się na nie dostałam i trzeba bylo wpłacić pierwsze czesne, to zaczal mi to wypominać, powiedzial ze wykształcenie wyższe nie ma sensu, codziennie zapytywał mnie czy może jednak nie zrezygnowałabym, i nie pojechała do siostry za granicę bo "tam są prawdziwe pieniądze a tu po studiach będziesz zarabiać 1000 zł, a nasza kasa pójdzie w błoto". Codziennie chodził za mną, przekonywał że to bez sensu, mama nie stawała po niczyjej stronie aż w końcu zrezygnowałam, bo miałam dość wypominania ojca że daje mi pieniądze. To było 5 lat temu. Teraz od 5 lat jestem za granicą, koleżanki w Polsce skonczyly studia, niektóre te co mogły to same się utrzymywały, niektórym pomagano, ale pokończyły. A ja czuję się głąbem i mam żal do ojca że kazał jechać z domu i robić cokolwiek byleby dać mu święty spokój z pieniędzmi. Tym bardziej bylo mi przykro, ze w tamtym czasie i az do dzis ojciec wybil sie finansowo ponad polska norme, zalozyl swietna firmę budowlaną. chciał by jak najszybciej przestać korzystać z ich pomocy. Dobrze, rozumiem, dla niego studia to wstyd a nie duma, taka prostota z niego bije, ok, ale dlaczego najpierw dał nadzieje na pomoc a potem mi wypominał do tego stopnia że pojechałam za granice chwytac sie najciezszej roboty byle by nie słuchać jego gderania. Teraz mam 25 lat i moze sprobuje tutaj sie dokształcić bo jakoś przez te 5 lat nie było kiedy poświęcić się nauce, ciągle praca na cały etat i to fizyczna. Myślę sobie że gdyby ojciec nie był taki to dziś byłabym wykształcona i kimś, a tak jestem zwykłym szarym cudzoziemcem pracującym za marne grosze w porównaniu do specjalistów.
Czy jest tu ktos kto mnie rozumie?