Jestem totalnie rozbita... łzy same lecą po policzkach, ale może zacznę od początku..
Całe życie trafiałam na złych facetów, bardzo złych. Pierwszy mąż podczas 5 letniego małżeństwa wrócił do nałogu narkotykowego, który doprowadził go do śmierci, potem po paru latach leczenia się z tej traumy trafiłam na strasznego lovelasa, zakochalam się w nim a on wykorzystał to perfidnie, zwodził, zdradzał, ranił, odchodził i wracał i tak przez 2 lata, zbierałam się po tym bardzo długo, aż trafiłam na kolejnego faceta, który sprawiał bardzo dobre wrażenie, spotykaliłsmy się parę miesięcy i skończyło się w łóżku, od razu ciąża. Wiem, mój błąd, ale był to czas w moim życiu kiedy nie myślałam logicznie, był to rodzaj depresji, było mi wszystko jedno. Piotrek sprawiał wrażenie super opiekuńczego faceta, nie kochałam go ale potrzebowałam kogoś blisko.
Już jak byłam w ciąży, Okazał się tyranem psychicznym, strasznym cholerykiem, był agresywny, robił mi wielogodzinne kazania, pił, okazał się hazardzistą, mówił mi nieustannie o tym jak bardzo jestem beznadziejna itd.. pisałam o tym tutaj jakiś czas temu. Udało mi się uwolnić od ojca mojego dziecka, już ponad rok temu. wiele mnie to kosztowało zarówno psychicznie jak i finansowo, bo zabrał mi nawet mój samochód, który wzięłam na kredyt ale zarejestrowałam na niego. To tak na marginesie... kredyt spłacam do dziś, ale przynajmniej jego nie oglądam. Długo nie chciał odpuścić, były ogromne emocje, płakał, błagał a za miesiąc było sto razy gorzej. Tylko ktoś kto to przeżył może zrozumieć jakie to wyniszczające.. ile łez się wylewa.
Teraz od ponad roku jestem na etapie względnej stabilizacji. Sama wychowuję syna, mam z nim super relacje, jest po prostu cudowny, empatyczny, słodki urwis, mam niezłą pracę, która daje mi satysfakcję, mam mieszkanie. Jestem jednak potwornie samotna... z każdym miesiącem to się pogłębia. Przyjaciół nie mam wielu, wszyscy się wykruszyli, większość mojej rodziny mieszka za granicą... Wszystkie wieczory od dawna spędzam sama. Zawsze byłam duszą towarzystwa, uwielbiałam brylować, śmiać się, tańczyć, rozmawiać do rana, zawsze wszędzie mnie było pełno, zawsze radosna byłam, mimo wszystko, uwielbiam ludzi, lubię im pomagać, chociaż milion razy mocno mnie zranili. Jestem typem wrażliwca, przejmuję się każdym. Niestety tacy ludzie zawsze dostają po dupie. Pewnie niektórzy z Was wiedzą o czy mówię... Teraz jednak zostałam zupełnie sama. Syn daje mi ogromne szczęście, jednak on idzie spać o 20tej a ja każdy wieczór spędzam sama i czuję się jakbym się dusiła, mam czasmi ochotę wrzeszczeć, wypłakać się... i wtedy zdaję sobie sprawę, że nikogo to nie obejdzie i czuję taki koszmarny ucisk w sercu, dosłownie fizyczny.. że nie ma już nikogo.. że jestem zdana tylko na siebie.
W mojej pracy jest pewien mężczyzna który o paru miesięcy tak bardzo mnie intryguje... serce mi przyspiesza jak tylkko jest w pobliżu. Wydaje mi się, że jest moją bratnią duszą. Jest ode mnie kilkanaście lat starszy...bardzo tajemniczy, pracuje w fabryce. Nie ma chyba minuty abym o nim nie myślała. Wiem, że też jest bardzo samotny, wiem, że robi wszystko abym zwróciła na niego uwagę, że czeka na mnie po parę godzin czasami ... że używa byle pretekstu, aby się zbliżyć, aby chociaż o coś zapytać, na jego twarzy maluje się straszna samotność i być może bardzzo trudna przeszłość. Mimo, że zamieniliśmy ze sobą przez ostatnie pół roku zaledwie kilka zdań, to widzimy się codziennie, obserwujemy w różnych sytuacjach. Bardzo mnie do niego ciągnie... niesamowicie... czuję jakby to było przeznaczenie. Jednak kiedy on już się przełamuje i podchodzi do mnie o coś zapytać... widzę, że dużo go to kosztuje to ja jestem jak sparaliżowana.. nie potrafię z nim logicznie rozmawiać. Mówię głupoty i chcę zapaść się pod ziemię a na koniec irracjonalnie odchodzę np. w połowie zdania. Nie wiem skąd we mnie ten potworny strach przed nim? Dlaczego tak bardzo się boję?
Dlaczego potem mam ochotę walnąć głową w ścianę ze sto razy dla rozumu albo schować się na końcu świata za swoje zachowanie? Nie wiem dlaczego on nadal próbuje się zbliżyć .. skoro ja się zachowuję jak idiotka... Dlaczego we mnie tyle emocji... Czy to jest jakaś nerwica? Czy ja nie jestem zdolna już do okazywania uczuc? Dlaczego tak strasznie się boję, że się mylę i że on mnie zwodzi? Może to wszystko siedzi w mojej głowie?
taka sytuacja sprzed paru miesięcy:
On podchodzi do mnie po pracy i lekko się uśmiecha, patrząc mi wymownie w oczy, pyta się czy mogę podrzucić go do miasta.. .ja wiem, że to nie przypadek, wiem, że czekał, ręce mi się trzęsą... on nie przestaje patrzeć mi w oczy,zaczynam do niego mówić, że jasne, że podrzucę go, ale jak będzie korek to pojadę inną drogą, on się waha, czuje, że przeszkadza, zaczyna się stresować, ja nie reaguję, mówię, że go podrzucę, a on już speszony wsiada do samochodu, pyta jakie mam plany na weekend, a ja na to, że zawsze coś fajnego wyskoczy przecież... pewnie znajomi przyjadą i ogólnie, że mam dużo pracy w domu, a poza tym te korki.. on wysiada, i życzy miłego weekendu a ja siedzę sama jak palec cały weekend bo syn u babci był i płaczę.. że znowu spanikowałam.
Wiem, ze jego to też bardzo dużo kosztuje, czuję to... wiem to po prostu.
Dlaczego zachowuję się jak kretynka? Na co dzień zawodowo jestem kierownikiem, mam sporo ludzi pod sobą, ogólnie lubiana i szanowana... w pełni profesjonalna podobno. Potrafię być w pracy twarda, konkretna a jak opuszczam firmę, to maleję to rozmiarów robaka i takk też się czuję.
co robić, aby się przełamać.. ten strach przed odrzuceniem jest po prostu nie do zwalczenia... To mnie niszczy w środku. Strach przed uczuciem, odrzuceniem i zranieniem. Chociaż postępując tak jestem regularnie raniona sama przez siebie. Ja nie wiem czy wytrzymam kolejny zawód miłosny.. tym bardziej, że teraz tak bardzo mi zależy.
Teraz