Pewnie posypią się na mnie tu za chwilę gromy, zwłaszcza od starszego pokolenia, żem niewdzięczna, niezaradna albo coś w ten deseń.
Może najpierw przedstawię swoją sytuację: mieszkam teraz w mieście, na własne życzenie wyjechałam na studia i do pracy z dziury zabitej dechami 200 km od starego miejsca zamieszkania. Zrobiłam to dla lepszej przyszłości, jak wielu młodych ludzi. Matka namawiała mnie na słabe studia w pobliskiej mieścinie stwierdzając, że tam też można "robić" studia z tego kierunku, przynajmniej licencjat. Ale ja nie zostałam.
Wątek ten zakładam by wylać żale na sytuacje, w których młodzi ludzie, mimo że wcale nie leniwi albo niedouczeni, mają żal do rodziców że nie pomogli im, tak jak innym pomogli rodzice. I to wcale nie dlatego, że nie mieli możliwości. Poza tym, ja nie wierzę w coś takiego jak brak możlwiości, występuje tylko brak chęci i chore wymówki. Ja wybieram się wkrótce za granicę, bo mam tam kontakty, pojadę za chlebem, bo tutaj dorobię się jedynie garba a na kredyt na pewno nic brać nie chcę. Nie chcę nie spać po nocach myśląc o spłacie jak dziesiątki moich znajomych. Smutno mi, że w odróżnieniu od dzieci z zamożniejszych rodzin, nie mogę spać spokojnie, muszę jechać na tzw. wyganie żeby mieć coś swojego.
Dookoła gdzie nie spojrzę, młodzi ludzie otrzymali po rodzicach mieszkania. Po babciach, wujkach. Ja nigdy nic takiego nie otrzymam. Mój ojciec całe życie nie chciał wyprowadzić się ze wsi. Moi znajomi w miescie chodzili na kursy, ja jako dziecko miałam daleko, przez co mój talent chociazby muzyczny został zaprzepaszczony w młodym wieku gdy jeszcze miałam odwagę występować choćby w szukach szkolnych, bo teraz to się wstydzę wystąpień publicznych - cóż, ta chęć i odwaga jeśli są niepielęgnowane to zanikają. Mój ojciec niczego wiekszego się nie dorobił. Do dziś po pracy przychodzi, włącza telewizor i tak do nocy, a całe życie mojej matki to kościół i gotowanie obiadków, rodzice oboje teraz z nadwagą. Ciągle jedzą i modlą się, przepraszam ale tak jest...
Innych rodzice przeprowadzali się do miasta, dorabiali, jechali za granicę, moim się nie chciało, stwierdzali że nie będą żyli na odległość lub że ojciec jest przywiązany do swojej miejscowości. Lata mijały, ja do wszystkiego musiałam dochodzić sama. dziś muszę emigrować, bo nawet na własne mieszkanie w miescie mnie nie stać. inni dostaję te mieszkania, ja nic nie mam. Jakoś innych rodzice potrafili im stworzyć lepszy świat, lepsze perspektywy. Nawet jak wyjadą do tej Kanady czy gdzie, to tutaj mają mieszkanie które mogą wynajmować i czerpać z tego dodatkowy dochód, a w razie czego mieć kasę na rozruch ze sprzedaży. Moi rodzice nie zostawią mi nic takiego. Dom na wsi? A komu to dzisiaj potrzebne??? chyba tylko na wakacje parę razy do roku. Doceniam to miejsce i moje kolorowe dzieciństwo, ale do licha, czy oni myśleli że ja tam zostanę i co, i będę hodować ziemniaki?? albo kury jak moja śp. babcia? Dlaczego tak jak ich rodzenstwo, nie wyniesli sie do miasta lub za granicę?? przecież nie mieli nikogo do opieki, mogli zaryzykować. Innych rodzice kombinowali, by dzieci miały dobrze. zalatwiali im mieszkania, a moi? niech się dzieje co chce....i jeszcze łaskę robili że 100 zł tygodniowo przelali na studiach a dochód mieli niczego sobie.
Zacznijmy od tego, że moi rodzice niby wysłali mnie na studia, niby pomagali, ale sami wysyłali mi małe kwoty wiedząc, że przez pierwsze 3 lata nie miałam możlwiości pracować przy tak trudnym ścisłym kierunku, a tymczasem kupowali drogie przedmioty i samochód, jedli mięsiwa i kiełbachy podczas gdy u mnie bywało tak, że miałam 40 gr w portfelu i ciułałam na otręby owsiane. Chodziłam głodna. Matka nie rozumiała tego, mówiła, że pewnie za dużo wydaję, a tymczasem jej się wydawało że 100 zł mi wystarczy na tydzien na jedzenie. No tak, z pewnoscią. Zaczęłam udzielać korków by sobie pomóc, ale to był "psi grosz". Przez 4 lata ani razu nie kupiłam prawie sobie ciuchu czy butów. Czułam się gorsza od zamożnych koleżanek, którym rodzice kupowali wszystko, pomagali, inwestowali w ich wykształcenie, ja od swoich usłyszałam "idź na co chcesz a potem szybko do pracy". matka chciała mnie do byle jakiej pracy wysłać byle tylko miałabym te 1000 parę złotych. nie rozumiała, że może warto poduczyć się więcej i potem pracować za naprawdę dużą kasę. sama nie ma wyższego wykształcenia i ojceic też. ani moi dziadkowie. rodzina czasem patrzy na mnie jak na odmieńca, który ciągle kuje, uczy się - jakiś powalony, prawda?? jak to, znowu musisz się uczyć??? nie możesz posiedzieć z wujkami?" NIE, NIE MOGĘ. całe życie rodziców to kawki i herbatki z wujkami, ogródek, kościół i telewizor. Czego mnie nauczyli? Co z domu wyniosłam?
Inni mają teraz dach nad głową, swój własny kąt ... w mieście. Ja jak sama się nie zdobędę to nic mieć nie będę. I tak chcę i chciałam sama na siebie zarabiać ale to nie o to chodzi....to chodzi o to, że nic mi nie zostawili. Że wszystko muszę sama, a tak ciężko patrzeć jak inni nie muszą się aż tak spinać, bo mają od rodziców przynajmniej to mieszkanie.
W miarę możlwiości proszę o komentarze tylko od osób, które rozumieją co czuję, bo komentarze od innych rodziców którym też się nie chciało dzieciom stworzyć lepszego życia, darujcie sobie. I tak wiem, że większosc osób będzie na nie. Ja jestem ciekawa tych, którzy rozumieją rozgorycznie dziecka z chłopskiej rodziny o chorej polskiej mentalności "jakoś to będzie... ja cię spłodziłem, a teraz radź sobie sam".