Wiecie jaki jest najlepszy "przepis" na udany i szczęśliwy związek kobiety i mężczyzny? Jest nim przede wszystkim zaufanie, czyli to "coś", co powoduje, iż mając w domu najwspanialszą istotę, jaka chodzi po ziemi - nie musimy jej ani okłamywać, ani oszukiwać, ani tym bardziej ranić. Wielu mężczyzn (kobiet również), "znudzonych", swym związkiem, szuka odskoczni, przelotnego romansu i tym podobnych. A ja pytam po co? Jeśli już nie kochasz swej połowicy (lub ona ciebie), to najlepszym wyjściem jest to oficjalnie wyznać, nie okłamywać i nie udawać. Fakt, że takim wyznaniem również można drugą osobę skrzywdzić - ale jeśli naprawdę tak nam w małżeństwie lub związku źle - powiedzmy o tym tej drugiej osobie. Bo czymże jest "skok w bok"? chęcią dowartościowania się, czy podkreślenia u innej osoby własnych walorów, których nasz/a partner/ka już nie dostrzega? A ja pytam - dlaczego nie dostrzega, skoro kiedyś dostrzegała - może tylko udawała? Ja myślę jednak że błąd leży gdzie indziej. Mianowicie w tym, że my już po ślubie (lub będąc długo w jakimś związku), uważamy że nie musimy się dla tej drugiej osoby starać, gdyż "odwaliliśmy" swoje. Mamy partnerkę, czyli już jest jakaś stabilizacja, dom do którego zawsze można wrócić. Związki ludzi tak myślących nie trwają z reguły długo (a jeśli tak się dzieje - to obaj partnerzy są w nim nieszczęśliwi i szukają jakichś innych "doznań").
Zresztą uważam że większość mężczyzn w Polsce (nie tylko zresztą w Polsce - w całej Europie, a na dobrą sprawę to i na całym świecie), za tzw.: "ciapciaków", w najlepszym zaś razie - "pantoflarzy", siedzących pod pantoflem swych żon i kochanek. W żadnym jednak razie nie piszę tu o jakimkolwiek z męskich użytkowników tego Forum - nie mam na myśli nikogo z Was, a jedynie mężczyzn, rozumianych jako "grupa", "zbiorowisko", odnoszące się praktycznie jednakowo (z małymi wyjątkami), do każdego państwa na świecie.Tak, uważam że mężczyźni są "ciapciakami" i nie jest to wcale trend dzisiejszych czasów, a zjawisko znane od zarania ludzkiej egzystencji. Oczywiście (być może), piszę niesprawiedliwie, oczywiście (być może), uogólniam - jednak dobrze wiem o czym mówię, gdyż obserwuję męskie zachowania (podobnie zresztą jak i kobiece) i dostrzegam, to czego dostrzec nie pragnę - czyli "ciapciaki".
Nie oznacza to wcale że ja sam jestem od tego zjawiska jakimś szczególnym wyjątkiem - o nie. Ja również BYŁEM (co bardzo ważne), takim "ciapciakiem". Jak jednak można rozpoznać owego "ciapciaka"? Bardzo prosto - są to mężczyźni, którzy publicznie przechwalają się jacy to z nich macho i w ogóle, jak w domu to oni "rozdają karty" etc., a wystarczy jeden króciutki telefonik od żonki, by facet natychmiast stanął na baczność i bełkotał coś jedno za drugim: "Tak kochanie, oczywiście kochanie...Natychmiast? No bo wiesz, mamy tu takie...tak, tak, rozumiem Cie, ale...tak, oczywiście już wracam. Tak dobrze - kupię. Całuję". No może przesadziłem, nie wszyscy bowiem rozmawiają ze swymi "Piękniejszymi Połowicami", w taki właśnie sposób, ale czyni tak ogromna część "brzydszej" (ja wolę pisać "Silniejszej" populacji). Nawet nie dostrzegają jacy są w tym wszystkim śmieszni. No cóż, są i tacy, którzy oddają kobiecie całe swe serce, robią dla niej wszystko, spełniają jej najskrytsze marzenia, a ta i tak ma ich za przysłowiowych "ciamajdów' i "impotentów" (nierzadko owa Pani potrafi taki komplement, rzucić mężusiowi podczas przyjęcia ze znajomymi i wcale jej nie peszy fakt, że facet w tym momencie zrobił się czerwony jak burak i wolałby zapaść się pod ziemię - zresztą i tak ona decyduje, on ma tylko zarabiać pieniądze i dawać się za przeproszeniem "kopać w jaja").
Jak już wspomniałem, sam byłem takim "ciapciakiem", sam dawałem się przez długi czas "kopać po...genitaliach" i czułem się z tym (co ciekawe), bardzo dobrze. Mówię tu o kobiecie w której zakochałem się bez pamięci, której poświęcałem całą moją uwagę i czas - miała na imię Basia. Dziewczyna owa wystrychnęła mnie na przysłowiowego "dudka", choć ja będąc w niej tak zakochanym, spełniałem wszystkie jej życzenia - chciała nową sukienkę - bach, była sukienka, chciała kosmetyki - były kosmetyki, chciała nowy telefon - oczywiście był, chciała "pożyczyć" pieniądze na czesne - były i one. Było wszystko czego sobie zażyczyła (nie chciała tylko abym jej kupił Maybacha, lub prywatny jacht, może dobrze, bo na to wówczas stać mnie nie było
). W końcu okazało się że "robi ze mnie wała" i to na całego. Ponoć (spotykając się ze mną), miała na boku drugiego chłopaka, a mnie traktowała tylko jako tzw.: "bankomat". Byłem w niej tak zakochany, że nie przyjmowałem do wiadomości faktów, o których opowiadali mi moi kumple i przyjaciele. W końcu prawda wyszła na jaw, a ja czułem się tak jakby ktoś przejechał po mnie kilka razy walcem w tę i z powrotem.
Dlatego też mój związek z obecną partnerką (która jest notabene Francuzką), opiera się przede wszystkim na wzajemnym zaufaniu - nigdy bym nie zdradził Mojej Kobiety, choćby nie wiem jak piękna byłaby jej "konkurentka" - a jeśli już upadłbym na głowę (i mózg) i uczynił jej takie świństwo - powiedziałbym jej o tym i nie ukrywałbym tego. Jeśli miałaby ode mnie odejść - nie miałbym o to do niej żalu, gdyż to ja dałbym wówczas "plamę". Nie rozumiem ludzi, którzy ukrywają swe kochanki, dając się jednocześnie prowadzić niczym "ciapciaki" na smyczach. Ja już taki nie jestem - Basia wyleczyła mnie z tego, poddając lodowatej kąpieli. Teraz "nasz układ" jest jednak "ciut" odmienny. To ja rozdaję karty i ja decyduję, a ona musi się do tego dostosować. Nie czynię jednak niczego co byłoby dla niej niekorzystne. Po prostu taki układ wydaje się zarówno mnie jak i Jej najbardziej właściwy.
Jednak tym, co było dla mnie swoistą Biblią (i jednocześnie katharsis), w owym temacie - to była sztuka Williama Szekspira pt.: "Poskromienie złośnicy". I oto właśnie mi w tym temacie chodziło. Ale nie sama sztuka tak na mnie wpłynęła (i jej wiele filmowych i teatralnych ekranizacji), ale jedno, szczególne przedstawienie teatralne, w reżyserii Michała Kwiecińskiego z 1990r. Główne role w tym spektaklu Teatru Telewizji zagrali jedni z moich ulubionych polskich aktorów: Katarzynę Minolę - zagrała niesamowita Joanna Szczepkowska (ta, która w czerwcu 1989r. oznajmiła: "Szanowni Państwo, dnia 4 czerwca 1989r., skończył się w Polsce komunizm" - za co ja po prostu kocham), zaś rolę jej "poskramiacza" Petruchia, fenomenalny do dizś (wg. mnie - jedna z Jego najlepszych ról) - Janusz Gajos.
I Żeby już więcej nie przedłużać (gdyż moim celem od początku, było pokazanie tej "perełki", choć niestety czarno białej), zapraszam Was wszystkich do obejrzenia tego spektaklu i ujrzenia że męskie "ciapciaki" były zawsze i wszędzie - bez względu na historyczną epokę.
PS. Jeszcze w skrócie nadmienię, że jako dziecko, z otwartą "paszczą" wpatrywałem się w postać Petruchia, granego przez Gajosa i marzyłem by w przyszłości móc choć w połowie mu dorównać.
ZAPRASZAM ZATEM NA SPEKTAKL:
PETRUCHIO - Na Miłość Boską - naprzód w odwiedziny do Ojca. Boże, jak jasno lśni księżyc!
KATARZYNA - Nie księżyc, słońce to, nie blask księżyca.
PETRUCHIO - Mówię że księżyc tak jasno przyświeca!
KATARZYNA - Ale to słońce tak jasno przyświeca.
PETRUCHIO - Na syna Matki mej - czyli na mnie, będzie to księżyc, gwiazda i co zechcę - zanim dom Ojca Twego odwiedzimy. Skocz chłopcze konia odprowadź z powrotem. Przeczy i przeczy, nic tylko przeczy.
KATARZYNA - Jedźmy, jeżeli zaszliśmy aż tutaj. Niech będzie księżyc, słońce i co zechcesz. A jeśli zechcesz nazwać to kagankiem - będzie i dla mnie kagankiem. Przysięgam!
PETRUCHIO - Księżyc powiadam!
KATARZYNA - Wiem, że to jest księżyc.
PETRUCHIO - Kłamiesz! To słońce jest błogosławione.
KATARZYNA - Błogosław Boże mu, gdyż jest to słońce. Lecz nim nie będzie - jeśli Ty nie zechcesz. A księżyc zmieni się tak jak Twój umysł, tym będzie czym Ty zechcesz go nazywać. A Katarzyna nazwie go - jak zechcesz. ![]()
http://www.youtube.com/watch?v=9srqj4MA8sU