Witam, mam na imię Adrian, lat 23. Pokrótce opiszę swoją historię.
Anię (tak ją nazwijmy) poznałem na początku 2013, w pracy.
Prawdę mówiąc związaliśmy się bardzo szybko, bo w kwietniu.
Zacznę więc:
A. ma ciężką osobowość, jest osobą zaborczą. Kiedy coś nie idzie po jej myśli-obraża się (syndrom sfochowanej księżniczki). Chciałaby owinąć faceta wokół palca, rządzić nim, kierować czyt. facet pantoflarz. Do pewnego momentu wszystko było ok, jednak z czasem zaszło to za daleko. Problemem dla mnie było spotykanie się ze znajomymi. Kiedy już wychodziłem, widziałem ten jej przykro-złośliwy wzrok. Wielokrotnie jej proponowałem wspólne wyjścia i o ile na początku wychodziła tak z czasem zaprzestała. Dziwię się, bo dziewczyna jest naprawdę młoda, atrakcyjna a zachowuje się jak stara baba. Najlepiej cały czas w domu, a ja kanarek w klatce. Koniec końców święta spędziliśmy osobno. Zjechała do niej rodzina zza granicy, miała dużo pracy a w kwestii prezentów zdecydowała, że damy je sobie po prostu u siebie pod choinkę. Jak się dowiedziałem od mojego niedoszłego szwagra, nie zasłużyłem, żeby przyjść- tak powiedziała swojej rodzinie, za co zresztą jej się dostało. Parę dni po świętach poszliśmy na wesele jej brata na które jak się umawialiśmy od samego początku mieliśmy iść razem. Ustaliła warunek, że mogę się napić, ale nie dużo, żeby się za mnie nie wstydziła. Najlepsze jest to, że jej rodzina wie o jej zachowaniu, doprawdy nie wiem po kim ma ten gen, bo reszta jej sióstr i braci to całkiem w porządku, wyluzowani ludzie. Może dlatego, że jest najmłodsza? W każdym bądź razie wesele minęło, zbliżał się sylwester. Oboje dostaliśmy zaproszenie do jej rodziny na imprezę. Nie chciała jechać, bo jak stwierdziła "wszyscy schleją się jak świnie". Chciała spędzić ten dzień jak każdy normalny w domu. Wtedy coś we mnie pękło, wsiadłem w pociąg i bez słowa pojechałem do naszych wspólnych znajomych, miejscowości oddalonej od mojej o około 200km. Miałem wyrzuty sumienia, że pojechałem bez poinformowania, ale nie żałuję tego postąpienia. Ona liczyła, że znów się jej podporządkuję, że będę siedział w domu, a ja poszedłem pod prąd.
Po moim powrocie 01.01.14 spotkałem się z nią sam na sam. Zerwała ze mną. Stwierdziła, że nie chce być z takim nieodpowiedzialnym mężczyzną, który ucieka przed problemem. Zachowałem się jak gówniarz. Płakała w złości, stwierdziła, że całą sylwestrową noc przepłakała. Jestem w stanie jej uwierzyć. Posłuchałem ją ze spokojem, choć oczywiście też pękłem i łza mi poleciała. Oboje zgodnie doszliśmy do wniosku, że wina w tym co się działo przez ostatni czas leży w nas obu. Rozstaliśmy się z klasą, bez rzucania w siebie mięchem, bluzgania itp. Ustaliliśmy co zrobimy ze swoimi rzeczami, pamiątkami itp. Jeszcze zapytała, czy ja chce z nią utrzymywać kontakt, po moim zapytaniu dlaczego stwierdziła, że boi się, że nie znajdzie w sobie na tyle siły, by żyć w sama. W takim razie dlaczego zerwała? Dlaczego nie wyraziła chęci ratowania tego związku? Poprawy siebie, cokolwiek? Jestem monogamiczny w uczuciach i myślałem, że po zerwaniu będzie mi lżej z uwagi na jej zachowania, ale wcale tak nie jest. Dwa dni po rozstaniu zaprosiłem ją na pizzę. Do pewnego momentu wszystko było ok, uśmiechałem się, byłem typowym luzakiem. Po jakimś czasie napadła mnie chwila słabości, zacząłem ją głaskać i pocałowałem (nie popełniajcie tego błędu!!!). Stwierdziła, że to nam nie pomoże, choć widziałem smutek w jej oczach przez okres całego spotkania. Od tamtego czasu nie odezwałem się do niej słowem. Wczoraj napisała mi krótkie "dobranoc:)" lecz nie odpisałem. A ja kompletnie nie wiem co robić. Staram się za dużo nie myśleć, ale za jakiś czas atakuje moment słabości i zaczyna dusić. Kwestia jest też tego typu, że ona mieszka 500m ode mnie...90% naszych spotkań wyglądało tak, że przychodziłem do niej do domu, to było jak codzienny rytuał, którego już nie ma. Byłem lubiany przez jej mamę, odnoszę wrażenie, że jej rodzina też mnie lubiła. (teksty typu przyszły szwagier, przyszły zięć itp...).
Kompletnie nie wiem co robić, dlatego zarejestrowałem się na tym forum. Kocham ją nadal, nie umiem tak z dnia na dzień przestać. Jednak mam dowody, że Ona nie- przecież sama zerwała, nie wyraziła chęci kontynuacji itp. Czy może to tylko moje urojenia i ona rzeczywiście nadal to czuje? Trochę się jeszcze łudzę, że może wrócimy do siebie. Więc proszę, powiedzcie mi, zzy powinienem się do niej odezwać? Czy może powinienem jej pokazać, że dobrze się bawię i nie ruszyło mnie to zerwanie? Czy obojętność może zdziałać cuda? Czy może pójść na całość i z kwiatami lecieć do niej na kolanach i błagać o wybaczenie?(w tej ostatniej kwestii żaden mój znajomy nie był zgodny). Jak sprawić by tęskniła, by być może żałowała tej decyzji? Chciałbym wiedzieć, jak ona się po tym wszystkim czuje...
No i to by było na tyle tej historii. Dziękuję jeśli to wszystko przeczytałeś/aś. Proszę tylko o drobną poradę jak zachowalibyście się na moim miejscu.