To mój pierwszy post na forum, więc zacznę od "Dzień dobry!":)
Zastanawiam się, jakie decyzje życiowe podjąć i przydałoby mi się spojrzenie kogoś z dystansu.
Jestem DDA, stąd poniekąd post w kategorii Psychologia. Wyprowadziłam się od rodziców kilka lat temu. Myślałam, że życie mi się wtedy cudownie, powoli zacznie układać. Mieszkam od tego czasu w wynajmowanych pokojach. No i problem polega na tym, że coraz trudniej mi przychodzi tak funkcjonować. Nie jestem już studentką, chciałabym mieć swój kąt, na stałe, tak, żebym nie musiała szukać sobie czegoś nowego jak właściciel mi oznajmi, że np. sprzedaje mieszkanie. Ale nie mam realnych szans na kupno nawet małego mieszkania.
Mam umowę na czas określony w pracy, która i tak nie wiem, czy się wkrótce nie skończy, bo zwolnienia są u nas częstym zjawiskiem.
Kompletnie nie wiem, co robić...
Do domu rodzinnego nie mogę nigdy wrócić (np. na trochę, żeby zaoszczędzić), bo już wystarczająco się tam wycierpiałam i zupełnie nie da się tam żyć.
Wynajem mnie już dobija - połowa mojej pensji idzie w błoto, próbuję oszczędzać, ale to śmieszne kwoty. Rodzice mi finansowo nie pomogą - jestem właściwie taka sama sobie sterem, żeglarzem, okrętem.
Na mieszkanie od gminy nie mam szans.
Wyjechać za granicę? Myślę o tym, choć boję się poczucia jeszcze większego osamotnienia.
Ale może miałabym większe szanse się samodzielnie czegoś dorobić.
Może są tu osoby, które przeżyły coś podobnego i mogą podzielić się doświadczeniami?
Wiem, że jest mnóstwo osób w podobnej sytuacji, mnóstwo ludzi bez własnego mieszkania, ale mnie jest ciężko to znosić ze względu na brak wsparcia w rodzinie, na to jak dużo strachu mam w sobie nadal po przeżyciach z domu. Marzyłabym o tym, żeby zawinąć już do bezpiecznego portu i odpocząć, a nadal codzienne życie jest dla mnie walką o przetrwanie i stresem, bo ciągle nie wiem, co mnie może jutro spotkać.
Ech, brzmi to chyba dość ponuro, ale wierzcie mi, staram się bardzo działać, a nie siedzieć i płakać.
Z góry dziękuję i pozdrawiam