Poznałam go na wyjeździe.
Byłam jego pierwszą dziewczyną. Widać było, że nie zawsze wiedział jak się zachować. Ale bardzo się starał i to też bylo widać. A co najważniejsze, szanował mnie. Po powrocie do miasta spotkaliśmy się jeszcze kilka razy, potem ja wyjechałam. Kiedy wróciłam, coś już było nie tak. Spotykaliśmy się rzadko. Bardzo rzadko. Z jego strony w ogóle żadnych propozycji, wszystkie z mojej. Ale jak juz się udało, to wszystko było super. Kontakt utrzymywaliśmy głównie przez internet, aczkolwiek im dłużej się nie widzieliśmy tym bardziej nerwowa się robiłam; jak nie odpisywał, czasem przez ponad dzień na wiadomość to też. A działo się tak kilka razy i bardzo mnie to wykańczało ;/ W końcu napisałam mu, że taki układ mnie męczy, że chciałabym częściej. Odpisał, że przykro mu, że mnie zawiódł. Nie widzieliśmy się juz od tego czasu. Miałam nadzieję, że będzie walczyl. W końcu oprócz kwestii tych spotkań wszystko bylo dobrze, nigdy się nie kłóciliśmy, byliśmy bardzo podobni z charakteru, zainteresowań, usposobienia... Jednak nic podobnego nie nastąpiło. Ja też nie chciałam się narzucać. Ale to bolało. Cały czas czekałam, że może jednak się odezwie. Mamy kilku wspólnych znajomych, którzy niby chcieli pomóc... Nic z tego nie wyszło. Niepotrzebnie rozgrzebywali temat ciągle na nowo, tak być może szybciej bym się z tym pogodziła.
Napisał do mnie prawie 3 tygodnie po rozstaniu. Że dowiedział się, i że nie chciał żebym przez niego cierpiała. Że myślał, że nie ma szans na powrót i powoli się z tym pogodził. I że ma jakiś problem, o którym nie chce rozmawiać, ale generalnie nie mogę pomóc i żeby go rozwiązać musi byc sam. Nie wiem o co chodzi z tym problemem, ale coś chyba jest na rzeczy, bo oprócz na uczelnię nie wychodzi praktycznie nigdzie, z kumplami też nie chce się spotykać. W ostatniej wiadomości życzył mi powodzenia na maturze i powiedział, że tym się powinnam zająć. Więc może jemu chodzi o mnie, uroił sobie, że dla mnie tak będzie lepiej (co bynajmniej się nie sprawdza). Nie wiem...
Wiem, że mu bardzo na mnie zależało...kiedyś. Ale czy takie rzeczy tak szybko się zmieniają? Wiem, że mogłam go zranić tym "odejściem", ale w rzeczywistości czułam się tak jakby to on po prostu mnie już nie chciał więc chciałam wiedzieć na czym stoję.
Minął już prawie miesiąc.
Jak myślicie, jest jeszcze szansa, że będzie chciał wrócić? Podobno u mężczyzn ten mechanizm działa inaczej, tzn później zaczynają tęsknić... Zresztą nie wiem. Z jednej strony czuję, że powinnam odejść, skoro on tego chciał. A z drugiej wyrzucam sobie, że może on potrzebuje pomocy...
Poradźcie mi coś, proszę!