Cześć.
Już kiedyś witałam tu na forum. Tak dawno, że nie pamiętam swojego nicku. Przez ten czas przeżyłam swoją historię, z którą mam ogromną potrzebę sie podzielić, bo pisanie dziennika nie daje mi odpowiedzi na pytania, które mnie dręczą. (Co poszło nie tak? Gdzie zrobiłam błąd, na ile jest w tym mojej winy, co dalej?)
Co się takiego stało? Otóż banał jak wiele innych w młodym wieku. Miałam 17 lat kiedy go poznałam, zupełnie przypadkiem. On 2 lata starszy. Znaliśmy 1,5 tygodnia kiedy zaczęliśmy ze sobą chodzić. Jestem świadoma tego, ze to było bardzo szybko, ale jeżeli myśli się o kimś jak o potencjalnym partnerze to czemu nie poznać się ze strony partnerskiej od razu? Zresztą wtedy o tym tak nie myśleliśmy. Weszliśmy w to. Na dokładnie 23 miesiące.) Pierwsze tygodnie to chodzenie za rączkę i buziaki w policzek. Jak małe dzieci. Podeszliśmy do naszej krótkiej znajomości bardzo poważnie. On - nieco wyższy ode mnie, dobrze zbudowany, wysportowany. Ja - z paroma kilogramami za dużo, zakompleksiona, w czarnym swetrze i w trampkach. "Jak taki przystojny, miły chłopak może być mną zainteresowany?!" myślałam. Pierwsze pół roku było cudowne. Moi rodzice go bardzo polubili, moja mama nawet wołała na niego per "synuś". To było miłe i czułam, że jest akceptowany przez rodzinę, co dodawało mi bezpieczeństwa. Jego rodzice widzieli mnie inaczej. Pochodził z bardzo konserwatywnej rodziny. Msza co niedzielę, każde wybory - poparcie PISu (nie chcę obrażać, nakreślam model rodziny, ma to duże znaczenie...). Nie mówił nic im o mnie z początku, bo chciał mnie chronić przed ich krytyką. Jego kolega, który był zazdrosny o czas spędzony ze mną wygadał się im. Zaczęło się. "Pewnie już jest w ciąży, a jak nie to uważaj, bo zepsujesz i jej i sobie przyszłość".
Tak wyglądał nasz pierwszy rok: Był naprawdę miły, kulturalny. Ja - kompletnie zakochana on niby tez, ale o tym nie mówił wprost. Moje środowisko średnio przepadało za nim. Właściwie tolerowało go ze względu na przyjaźń i "przyjaźń" ze mną. Jego było mną zachwycone, no...poza jego przyjaciółką. Co się potem zmieniło, ale o tym później. Fizycznie rozumieliśmy się bez słów. Wręcz idealnie dopasowani. Tyle, że bez seksu, bo choć ja chcialam po pewnym czasie...to on twierdził, że po ślubie choć tak naprawdę bał się rodziców gdyby doszło do wpadki. Przez dobry rok myślałam o nim jako o pierwszym i ostatnim poważnym partnerze. Było nam tak dobrze. Mogłam na niego liczyć w drobnych sprawach, bo poważnych problemów nie miałam. Za to on tak, więc byłam przy nim. Poznał pewną dziewczynę. Zauroczył się, ale nie chciał tego. Płakałam, cierpiałam, ale skoro mnie kocha...to mu wierzyłam. Nie zdradził mnie i tu mam 99% pewności. Po roku mu przeszło. Doszły problemy z nauką, lękami... Pierwsza kłótnia dopiero po trzech miesiącach związku...nastała jesień, zapadłam w jakąś jesienną depresję. Parę miesięcy później, zeszłej wiosny zaczęły mnie nachodzić wątpliwośći, czarne myśli (stan jesienny wciąz mnie trzymał). Wpadlam w jakąś dziwną panikę a'la 'co będzie jak się rozstaniemy?co jeżeli mnie zostawi? może lepiej zostawię go pierwszego' (i teraz stop. Kiedyś w gimnazjum, moja pierwsza sympatia uwikłana w narkotyki - mam świetny gust do problematycznych gości- zostawiła mnie i zniknęła co skończyło się depresją ok. dwuletnią). Rozmawialiśmy o tym. Był zasmucony, ale zapewniał, że mnie nie chce zostawić, ze chce się starać. Co jest ciekawe, bo jeszcze wtedy nie dostrzegłam tego, ze przez 1,5 roku to ja inicjowałam wszystkie niemal spotkania, myślałam co będziemy robić. Dużo rozmawialam o tym co się u nas dzieje z moją mamą. Znała wszystko od podszewki co uważam obecnie za błąd. Chociaż był okres kiedy przychodziliśmy do niej oboje, żeby porozmawiać, poradzić się.
W skrócie - ja dawałam z siebie 200%, on się dopiero rozkręcał...
Rok temu zagłębiłam się w temat DDA. Oboje jesteśmy DDA. Powiem więcej, wszyscy nasi rodzice są DDA. Zaczęłam szukać przyczyn początku kłótni, które powtarzały się coraz częściej. I tak jak na początku wzmocnił moją pewność siebie, a samoocena wzrosła, tak z czasem zaczęły się "niewinne żarciki" nt. innych dziewczyn...
Zdaję sobie sprawę, ze jest to bardzo chaotyczne i długie. Będzie gorzej, ale tak to wyglądało na codzień.
Latem zr. pracowałam w sklepie na wykładaniu towaru. Wtedy usłyszałam bardzo brutalny żart nt. jednej z moich koleżanek z pracy. Stał razem z kolegami pod sklepem i słyszę " no, ta ma taki tyłek, ze jakby usiadła na bagietę..." i salwy śmiechu. Wkurzyłam się, bo nie dość, ze mnie to zabolało to jestem uczulona na takie przedmiotowe zarty o kobietach. Niedługi czas potem dowiedziałam się, że on i jego kolega spotkali się z jedną z moich bliższych koleżanek. Nie byłam zaproszona. Wypili po jednym i mój przyszły mąż w marzeniach...masował "przyjaciółkę" swojej dziewczyny. By było zabawniej jego kolega również "przyjaciel" przedstawił to jako zdradę. Chciałam zerwać, natychmiast. Dałam się zmanipulować gdy obrócił kota ogonem i to ja miałam czuć się winna, bo wyzwałam ją od dziwek, a jego oskarżyłam o zdradę... Od tamtej pory przy każdej błachostce bylam niesamowicie zaborcza, samoocena podupadla. Oraniczyłam grono "przyjaciół" do dwóch jak na razie niezmiennych. Kierowana myślą "mamy pod górkę, życie to nie bajka, wybaczanie, kompromisy i wzajemna praca nad sobą i związkiem to coś, czego powinniśmy się uczyć by było lepiej" od ilości kłótni miałam ataki histerii, napady agresji, stany lękowe, nerwice. Tak wyglądał ostatni rok.
Kłóciliśmy się o wszystko. Moją najlepszą przyjaciółkę wyzywał od pizd, bo wyjechała z kraju i jedynie jej ufam. (Poza tamtą od masażu jest jeszcze, która na początku nazywała go głupim koksem, a teraz robi maślane oczka i woła na piwo...sam na sam nie mówiąc mi o tym...). Wypalona bez chęci do życia, wszczynająca konflikty z otoczeniem, bo wyładowywałam na nich swoje frustracje i chciałam wszystkich ustawić do pionu by zachowywali jakieś zasady moralne jakby to było moje życie. Powiedziałam mu w końcu, że go nie kocham. Spotykaliśmy się jeszcze jakiś czas, próbowaliśmy to jakoś odbudować. Wziął się za siebie. Przestał pajacować, ale ja w tym czasie nie chciałam mieć z nim nic wspólnego. Z osoby, której ufalam jeszcze 2 lata temu, na koniec tak go sobie obrzydziłam przypominając sobie wszystko złe, co mi zrobił (sama nie byłam święta. Raz, kiedy zerwałam z nim na święta BN, moi rodzice także się rozeszli, wymykałam się wieczorem do sąsiada na herbatę. Naprawdę. Szkoda, że, ze za drugim razem herbata zamieniła sie w piwo, a sąsiad zamiast wesprzec na duchu chciał czegoś więcej, choć znał sytuację...).
Miałam ogromną potrzebę zakończyć nasz związek, bo nie czułam nic do niego, czułam się źle gdy go przytulałam, również dlatego, że miałam mu i sobie wiele za złe i uważalam, że robimy sobie krzywdę. I to, co działo się jak byliśmy parą było traumatyczne, ale rozstanie, które trwało 3 miesiące bylo jeszcze gorsze. Zaczął za mną biegać, jeździć, nachodzić mnie w domu. Rozmowy kończyły się szarpaniną. Pobiliśmy się kilkakrotnie. Raz nawet tuż przed moją pracą, w tym dniu rzuciłam ją, bo stres był zbyt duży. Dzwoniłam kiedyś nawet na policję, bo nie chcial wyjśc z domu. Nie zapomnę słów policjanta "Och, Romeo, który nie daje spokoju, taaak..?" Poczułam się upokorzona. W krótkim czasie znalazlam pracę na 6, a nawet czasami 7 dni w tyg. po wiele godzin. Tak, by mnie nie nachodził. Były smsy, ze to za daleko zaszło, że chce się tylko pogodzić. Zrobił nawet filmik z naszymi zdjęciami, które przedstawiały nas jako jeszcze szczęśliwą parę i miejsca dla nas kiedyś/moze jeszcze ważne. Rozmawiał z moją mamą, próbuje namowić na mediacje, twierdzi, że się zmienił. Dla mnie nie ma powrotu.
Do czego zmierzałam w tak wielkiej, chaotycznej pigułce: Byłam zakochana, wypaliłam się. Czułam się skrzywdzona i sama skrzywdziłam. Prawie nie zdałam roku w szkole średniej przez problemy w związku i rozstanie rodziców (mama wyrzuciła tatę z domu w Wigilię za to, że przyszedł pijany). Zostawiłam w końcu faceta, od którego byłam uzalezniona. Uwolniłam się z toksycznego związku. Nie napisałam jednak dzięki czemu. Otóż moja mama wywierała na mnie ogromną presję. To kobieta konkretna. Kiedy przez ponad pół roku ryczała co tydzień w każdy piątek i sobotę, a z czasem co drugi dzień sama dostawala szału, ze jej córka tak cierpi i sama zaczyna wariować. Jako, że zawiodła się na wszystkich osobach jakie znała jest bardzo pesymistycznie nastawiona. Po najmniejszej kłótni z moim przyjacielem, dla niej jest niemal skreślony. Nauczyła mnie ogromnego dystansu do ludzi. Oczywiście mojego byłego nie chce widzieć. I słusznie, bo ja też nie. Postępowałam bardzo głupio, zrobiłam masę błędów. Mama nigdy nie mówiła wprost co mam robić. Miałam wolną rękę, ale były sytuacje gdzie wykpiewała coś, buntowała mnie albo stosowała szantaż emocjonalny. Mamy bardzo dobry kontakt, ale martwię się... Kiedy powiedziałam, ze chcę podjąć leczenie psychiatryczne (nerwice, stany lękowe pozostały. Jedynie nie mam napadów agresji i histerii) mama wywarczała "a po co Ci psychiatra?!" Zaniemówiłam. Przy każdej wzmiance o psychologu mama mówi " a po co Ci to? Nie myśl o tym, nie rozdrabniaj się i będzie dobrze". Mam poczucie winy wobec niego, bo choć sam mnie skrzywdził, to nie pozostałam mu dłużna. Jestem w szoku, że byłam w stanie kogoś zwyzywac od najgorszych, pobić, wyrzucać z domu, dzwonić na policję oraz zostawić kiedy twierdzi, ze kocha, a ja tak zimno bez problemu odpowiadałam "ale ja Ciebie nie". Stąd moje poczucie winy. Wątpliwości rodzą się za każdym razem gdy odczuwam presję ze strony mamy. Mam wątpliwości czy słuchac jej rad lub o ile zwiększyć dystans w naszych relacjach. Od urodzenia w trójkę mieszkaliśmy w jednym mieszkaniu. Nie wiem co to prywatność, intymność. Chciałabym mieć swoje tajemnice, ale trudno je mieć przy mamie, która od zawsze wie o mnie wszystko. Widziała kiedy płaczę, byla świadkiem wszystkiego. Z ojcem nigdy nie miałam kontaktu. Może jako kilkulatka. Kiedy zaczęłam dostrzegać jak mama traktuje tatę (a odnosiła się do niego źle przez jego alkoholizm), traktowałam go jak śmiecia razem z nią. Tata nic o mnie nie wie. Na początku tygodnia nie wiedział, czy idę do 3 czy 4 klasy... on nawet nie orientuje się czy ja w końcu z Nim zerwalam, czy nie...
Czuję się dzieckiem, małym, głupim dzieckiem wsadzonym w ogromne, dorosłe spodnie. Dzieckiem, które ma zadecydowac w ciągu kilku miesiecy o swoim życiu co chce dalej robić, które musi się uporać z poczuciem winy, psychicznymi dziwactwami, kochaną, ale nietypową mamą.
Może chciałybyście to jakoś skomentowac? Podzielić się swoimi refleksjami, krytyką? Pewnie macie mnie za kretynkę w niektórych momentach, a może i w calości, ale chętnie przeczytam jak to widzicie. Już nic mnie nie ruszy, a może coś z tego wyciągnę. ![]()