Witam!
Od jakiegoś czasu borykam się z pewnymi przemyśleniami dotyczącymi mojego związku - a konkretnie mojej postawy.
Będzie to mój pierwszy post na tym forum i mam nadzieję, że mimo natłoku myśli w miarę czytelny ![]()
Jestem z chłopakiem od prawie roku i mam wrażenie, że od jakiegoś dłuższego czasu jestem od niego hmmm uzależniona, tak bym to określiła.
Próbowałam się zastanowić na czym polega ta moja postawa "kobiety bluszcz", pomyślałam, że jeśli dojdę do tego to może będzie mi łatwiej z tym walczyć.
Otóż mam chyba problem z jakimś rodzajem dystansu do tego związku, rozmawiałam z chłopakiem szczerze i wiem, że mu na mnie zależy, traktuje mnie poważnie, jest mu ze mną dobrze. Nie mieszkamy razem, on mieszka z rodziną, ja ze swoją. Problem polega na tym, że ja bym chciała spędzać większość swojego wolnego czasu z nim natomiast on wychodzi z założenia, że każdy z nas musi mieć swoją przestrzeń, trochę wolności i nie ma w tym nic złego, że np. całego weekendu nie spędzamy ze sobą a jedynie część i zawsze zaznacza mi, że jak chcę iść z koleżankami to nie ma problemu, nawet na imprezy nie zabrania mi pójść bo mi ufa i liczy jedynie na moją szczerość typu gdzie i z kim idę, daje mi dużo wolności a ja nie czuję się zbyt dobrze z tym...
Generalnie jakieś 90% czynności chciałabym wykonywać z nim a on powiedział mi, że nie czuje potrzeby aż tak często się spotykać (częściowo wynika to z tego, że nie mieszkamy "blok w blok", on ma więcej obowiązków niż ja na co dzień, później kończy pracę i nie zawsze chce mu się robić to co mnie). Często jest tak, że w ciągu tygodnia widujemy się czasem tylko raz a potem w weekend i z jednej strony zdaję sobie sprawę z natłoku dnia codziennego, a z drugiej strony rodzi to moje frustracje i od jakiegoś czasu odkąd zaczęło mi mocno na nim zależeć to moje myśli krążą wyłącznie koło niego, czuję się z tym źle bo wiem, że nie należy do osób z jakąś dużą energią i spontanicznością - staram się to akceptować, ale zauważyłam, że zaczęłąm go naciskać o spotkania, czuję się jakbym się prosiła o nie czasem i nie zostawiam jakiejś dozy niedopowiedzenia, tajemniczości tym spotkaniom naszym...
Czuję się tak jakbym się wieszała na nim, cieszę się tylko jak spędzam czas z nim, żyje od spotkania do spotkania i nawet moje pasje typu fitness nie zaspokajają tego pragnienia przebywania z nim. Mój chłopak sam mi powiedział: "jak chcesz to idź z koleżankami, porób coś sama i to nie znaczy, że Cię olewam ale to jest nam potrzebne i nic się nie stanie jak nie spotkamy się dziś a jutro". Wstyd przyznać, ale nawet spotkania z kumpelami mogłabym olać bo wolę iść z nim, czatuję na kolejne spotkanie z nim zamiast jakoś na luzie bardziej podejść i czuję się, jakbym się sama zadręczała i jego też taką zaborczością swoją... Nie wiem z czego to wynika ale źle się czuje z tą moją cechą charakteru i nie wiem z czego to wynika, jak jego uwaga nie jest w 100% skupiona na mnie w sensie spędzania czasu itp. to jestem zła...
Nie mam pojęcia jak nazwać moje zachowanie, czym jest spowodowane i co najważniejsze - jak z tym walczyć, żeby się nie zadręczać?! Jest to mój pierwszy taki poważny chłopak i bardzo przeżywam to wszystko. Proszę o jakieś wasze rady, diagnozy i opinie. Może sobie uświadomię coś dzięki waszemu zdaniu.
Czekam na Wasze wypowiedzi ![]()