batszeba napisał/a:Cynicznahipo chyba wątki pomyliła...
aksolotl - jeśli ten facet jest fajny, to zawsze możesz za jakiś czas do niego pójsc raz jeszcze i pogadasz. Pewne rzeczy daje się wyczuć. Możesz być facetowi całkowicie obojętna i może być też tak, że mu się podobasz. Stanie się psychofanką raczej Ci nie grozi, starasz się myśleć trzezwo, więc możesz spróbować.
Mogę iść dopiero w październiku (kwestia organizacyjna, takie mają zasady w tej przychodni). Ale nie wiem, co mogłabym powiedzieć, leków już na pewno potrzebowała nie będę. Nawet gdybym potrzebowała, tutaj wypisują przedłużenia recept na recepcji.
Psychofanką nie jestem, ale nie chciałabym również, żeby on zaczął mieć co do tego wątpliwości - w końcu mnie nie zna. A pacjentka zapatrzona w lekarza to największy kicz jaki sobie można wyobrazić.
Smutne to swoją drogą, że czasami tak słabo udaje mi przekazać, że kogoś lubię. Niektóre kobiety to potrafią: uśmiechnąć się, zażartować, pokokietować. Ja jestem typem naukowca-geeka. Nie zawsze oczywiście, ale jeśli ktoś mi się bardzo podoba - co zdarza się zresztą bardzo rzadko - strasznie się stresuję. Łatwiej przychodzi mi wygłaszać prelekcję przed kilkudziesięcioma osobami, niż być sam na sam z kimś takim jak on. Sama się sabotuję. Dlatego to co Ty piszesz o "pogadaniu" jest dla mnie w jego przypadku trudne. Nie zdziwiłabym się, gdyby odnosił wrażenie, że go nie lubię i miał wątpliwości, dlaczego przychodzę ciągle do niego a nie jednego z 4 pozostałych lekarzy w tej przychodni. Zdarzało mi się to już.
Przedwczoraj wychodziłam z rejestracji do windy i on też czekał, rozmawiając intensywnie z jakąś pacjentką. Poczekałam przez chwilę z nimi, potem babka z jakiegoś powodu stwierdziła: to ja może jednak schodami! I pobiegła schodami na 7. piętro. Zostaliśmy sami w naprawdę małej windzie, on z takim uśmiechem raczej flirtującym "spode łba" (zdjęcie flirtującego uśmiechu: http://www.bellazon.com/main/uploads/post-5190-1158585791.jpg - nie przesadzam. I sorry, ale to nie jest uśmiech, który lekarze zwykle posyłają pacjentkom, może on...), a ja zamiast odwzajemnić to się spięłam. Podobnie potem w gabinecie, ma łóżko (tą taką leżankę jak to zwykle w przychodniach) dla pacjenta i krzesło dla siebie przed komputerem. Wstaje z krzesła, podchodzi i siada na łóżku tuż obok mnie tak że prawie się dotykamy, ja cała spięta.
Nie wmawiam sobie nic, może po prostu taki jest ze wszystkimi. Albo uważa się za Don Juana i lubi mieć uczucie, że pacjentki mogłyby być jego. To nawet prawdopodobne, bo wydaje się bardzo pewny siebie, prawie arogancki. Ale może bym się przekonała jak należy to zachowanie odczytywać, gdybym potrafiła czuć się przy nim mniej skrępowana. Ja również jestem bardzo dobrze wykształcona, podobno atrakcyjna, spotykałam się z wcześniej z podobnymi facetami, więc to nie jest tak, że jestem kocmołuchem, który spotyka księcia z bajki i dlatego odejmuje mi mowę.