Ciekawy artykuł znalazłem w sieci na temat "kobiecej solidarności".
Pisałem już na tym Forum o kobiecej wzajemnej wrogości, o upokarzaniu "głupiej baby", psychicznie, a niekiedy także i fizycznie, przez inne kobiety (głównie stojące wyżej od niej w hierarchii społecznej lub zawodowej, choć oczywiście nie tylko).
Kobiety się nie znoszą. Ja sam widziałem kilka tygodni temu, jak pewna "pani" (że ją tak łagodnie określę), próbowała skręcić w jedną z uliczek w prawo, zajeżdżając mi drogę z lewej strony i...gwałtownie skręcając w prawo (już nawet fakt nie włączenia kierunku, w takim przypadku jest mało istotny). Już nie chodzi o to że "wcisnęła się na chama", ale o sam fakt gwałtownego skrętu w prawo, w sytuacji gdy ja nie byłem pewien, czy ona mnie tylko wyprzedza, czy też próbuje "prześcignąć". Do głowy mi nie przyszło że może skręcać w tak głupi sposób. Nic się nikomu nie stało, choć na pewno podniosła mi ona ciśnienie, to raczej staram się zachowywać (w miarę), kulturalnie (w szczególności do kobiet), ale, nagle zdarzyło się coś niesamowitego.
Na przeciwległym pasie zatrzymał się czerwony seat, z którego wysiadła młoda kobieta. To co się stało było dla mnie zadziwiające, mianowicie zaczęła krzyczeć w kierunku tej pierwszej (niedoszłej sprawczyni co najmniej kolizji): "TY GŁUPIA BABO! Naucz się jeździć, kto dał ci prawo jazdy", zaczęła ją wymyślać i jej ubliżać. Mnie zatkało. Ale to tylko jeden z przykładów kobiecej solidarności i wzajemnej współpracy. (choć akurat, jeśli chodzi o "kobiece umiejętność prowadzenia pojazdów mechanicznych", to mógłbym na ten temat nawet napisać książkę. Ostatnio nawet widziałem ciekawy przypadek. Kobieta próbowała wjechać przez bramę na swoją posesję - i...wjechała. Wjechała wyśmienicie. Kierunkowskaz rozbity, urwany zderzak, lusterko rozbite w drobny mak i wgnieciona cała lewa, przednia część pojazdu. Od jednego uderzenia w słup bramy - ewidentnie jakaś specjalistka musiała być (To co zrobiła owa kobieta po "wszystkim", też mnie zadziwiło. Nie znajdując zapewne słów opisujących jej geniusz - uznała że słowa są zbędne i od razu uderzyła w...szloch. Jestem ciekaw miny jej faceta - bezcenne doświadczenie)
"Dzieje kobiety to dzieje najgorszej tyranii, jaką znał świat, tyranii słabego nad silnym. To jedyna tyrania, która się nie kończy."
jak pisał Oscar Wilde
Babki po prostu się "genetycznie" nie znoszą i uprzykrzają sobie życie na różne sposoby. Wystarczy spojrzeć na historyczne relacje kobiet. Największe kobiety u władzy były zawsze bardziej męskie niż kobiece, przykład?
Hatszepsut - kobieta faraon (XV wiek p.n.e.), która zawsze chciała być pokazywana i przedstawiana na świątynnych hieroglifach i w oficjalnej tytulaturze, jako mężczyzna. Nosiła sztuczną brodę, zaś swe piersi obwiązywała, by ukazać bardziej męską sylwetkę.
Valeria Messalina - żona cesarza rzymskiego Klaudiusza (I wiek n.e.). Zgłosiła się na ochotniczkę...do domu publicznego (nie mówiąc nikomu kim naprawdę jest), by uprawiać nierząd z wieloma mężczyznami, podczas gdy jej maż podbijał Brytanię. Uśmierciła co najmniej jedną ze swych niewolnic (ulubioną), która wiedziała o wszystkim - Myrthale.
Fredegunda - okrutna władczyni Neustrii (jedna z dzielnic dzisiejszej Francji), żona króla Chilperyka I (VI wiek). Najpierw była jego niewolnicą, potem nałożnicą z wreszcie postanowił ją poślubić. Okazała się niezwykle krwawą tyranką. Namówiła męża do zamordowania jego poprzedniej żony - Galswinty, oraz synów z pierwszego małżeństwa króla z Audoverą. Jej zbrodnie nie miały końca - paliła kobiety na stosie, jeśli padło na nich podejrzenie o uprawianie magii. Skazała na śmierć trzy piastunki jej synka Teodoryka, który zmarł w wyniku powikłań zdrowotnych, o jego uśmiercenie. Spaliła je jednocześnie na stosie.
Elżbieta Batory - jej przypominać chyba nie trzeba (XVI/XVII wiek). "Wampirzyca", która "chłeptała" krew swych służących - tylko i wyłącznie kobiet, lub dziewcząt. Na jej polecenie wysysano z nich krew, by hrabina Batory, mogła się w niej kąpać (wierzyła że krew pomorze jej zachować wieczną młodość i piękno).
I wiele, wiele innych kobiet w historii
Ja oczywiście wiedziałem od dawna o owej wzajemnej niechęci przedstawicielek płci pięknej względem siebie, teraz znalazłem w sieci ciekawy artykuł opisujący tę niezwykłą "przypadłość". Ponieważ nie mogę umieszczać linków, to jedynie zacytuję z niego kilka wybranych fragmentów, Oto one:
"W naturze dziewcząt leży wyjątkowe okrucieństwo wobec przedstawicielek swej płci, często niedawnych przyjaciółek"
"Kobiety nałogowo kradną sobie mężów, kochanków i pracę. Wykazują się autodestrukcją i autoagresją na niewyobrażalną skalę"
"Victoria Burbank, antropolog z University of California, przebadała 1370 kobiet z całej Ameryki, reprezentujących najróżniejsze profesje. 91 proc. skarżyło się, że największe szykany spotkały je ze strony innych kobiet. Zaledwie 17 proc. Polek (badania CBOS) chciałoby ściśle współpracować z kobietami, a aż 30 proc. naszych rodaczek uważa za nie do przyjęcia uznanie zwierzchności innej kobiety (podobnie myśli 42 proc. Francuzek)".
"Niemiecki badacz Eckhard Voland z Uniwersytetu w Giessen wysunął tezę, że niechęć teściowych do synowych ma wytłumaczenie genetyczne. Zdaniem naukowca, teściowe mogą podejrzewać, że dziecko synowej jest bękartem. Ta niepewność powoduje podświadomą niechęć do nowej córki".
"Od kiedy mężczyzna stracił patriarchalną pozycję, kobiety straciły "wspólnego wroga". Coraz więcej kobiet robi karierę, a na tym polu każdy jest rywalem. Nie występują jednak przeciwko mężczyznom, bo ich reakcja mogłaby być stanowcza i ostra. Wolą uderzyć w inne kobiety, bo wiedzą, jak je ranić".
Najbardziej jednak dziwią teorie feministek, które twierdzą iż fakt że kobiety wzajemnie się nienawidzą, to oczywiście wina...mężczyzn. Oddajmy głos naczelnej feministce pani Szczuce:
"Jest wiele dziedzin, dzięki którym mężczyźni mogą trenować solidarność, grę zespołową. Kobiety najczęściej nie mają życiowych doświadczeń bycia w kolektywie. Często nie myślimy o tym, że same możemy przejąć rolę liderki. Nie mogąc mieć władzy, negatywnie oceniamy te, które tę władzę posiadły, bo im zazdrościmy. Tłumimy energię, żeby w końcu skierować ją przeciwko sobie lub innej kobiecie, bo tylko ta metoda "wypuszczenia" jej nie pozbawia nas kobiecości w oczach otoczenia".
Wszystko więc wina mężczyzn, gdyż ciemiężą kobiety, a one biedne nie mogą zacząć się wzajemnie integrować. Wróćmy jednak do tekstu:
"A któż zabrania dziś kobietom wstępowania do armii, któż zabrania im "trenować solidarność"? Może problem "równoupośledzenia kobiet" i ich agresji wobec siebie tkwi gdzie indziej? Mężczyźni odziedziczyli po praojcach gen odpowiedzialności: za los swój i swej rodziny. Rynek narzucił im współpracę. Ten sam rynek - jak się wydaje - podzielił kobiety. Dlatego zapewne rację ma Phyllis Chessler, odżegnująca się dziś od fałszywej kobiecej solidarności, twierdząc: "Kobiety są już na tyle silne, by nie tylko przyznać się do rasizmu, nieprzychylności i homofobii, ale przede wszystkim do seksizmu. Nowa fala feminizmu powinna uznać fakt, że nie jesteśmy moralnie lepsze od mężczyzn. Mało tego, wspólnie z nimi musimy się zmierzyć z wyzwaniami współczesności".
Panie i Panowie z Forum - co sądzicie na temat owego "kobiecego mizoginizmu"?
Bardzo bym chciał poznać wasze zdanie!
POZDRAWIAM