Kogo, jeśli nie ich obwiniać za nieudane życie... Za rzeczy, które we mnie siedzą, nie pozwalają normalnie żyć. Psychoterapia nie zawsze i nie do końca pomaga. Długa praca jeszcze przede mną.
Zastanawiałam się, w którym wątku umieścić tą moją historię, bo tak naprawdę każdy z tematów zawiera w sobie element, który we mnie siedzi. Więc postanowiłam zacząć od źródła - od przyczyny - od początku.
Matka DDA, a więc przewrażliwiona, nadopiekuńcza i co-ludzie-powiedzą. Szantażystka emocjonalna. Nie daje sobie rady ze stresem. Nigdy nie chciała pójść na terapię. Ojciec typ weź-się-w-garść, uparty, nieskłonny do żadnej pracy nad samym sobą. Nieuważny. Oboje kochani i mili. Ciekawe, czy wiedzieli, że w dzieciństwie pewien człowiek bardzo mnie skrzywdził. Pewnie nie. Ale nie uwierzyliby mi, gdybym im to wyznała.
Trudno jest żyć wiedząc, że muszę się z nimi czasem spotkać, bo to rodzina. Kocham ich. I jest we mnie tak wiele żalu, złości, a jednocześnie tak wiele poczucia winy. To strasznie trudne.
"Muszę się z nimi czasem spotkać" - właśnie czytam ze zdziwieniem swoje własne słowa. Oczywiście, niczego nie muszę. Ale jednak muszę. To jest taki wewnętrzny przymus. Bo będą smutni, bo mama będzie płakać, bo inni członkowie rodziny będą mnie nagabywać, pytać, naciskać. A jeśli spróbuję wytłumaczyć, to i tak nikt tego nie zrozumie.
Do dziś nie potrafię zrozumieć, dlaczego całe życie muszę się tłumaczyć ze swoich decyzji, które są sprzeczne z ich punktem widzenia. Tłumaczyć się z mojego życia, z moich odczuć, dlaczego słyszę, że "to niewłaściwe", "tak się nie robi", "tak nie można"...? Marzę o tym, żeby usłyszeć "to jest Twoja decyzja i jeśli to robisz, to znaczy, że masz ku temu powody" - zamiast "ta decyzja jest zła i nie zgadzamy się z nią (ale zawsze będziemy cię kochać)"...%^&*!!! Akceptacja. Jasne - mogę w życiu robić to, co chcę, jestem dorosłą kobietą, a jednak wiele rzeczy ukrywam przed nimi, o wielu kłamię, o wielu nie mówię. Żeby wyglądać w ich oczach na taką, jaką chcieliby żebym była. Po co? Sama się w tym gubię. Żeby dojrzeć tak przyjemną, upragnioną akceptację z ich strony???
Dlaczego w dzieciństwie byłam taką małą histeryczką, dzisiaj już trochę nad tym panuję, ale nadal...? Co to za frustracje we mnie siedzą od najmłodszych lat? Zamknięcie w plastikowej bańce? Dzisiaj mam problemy ze sobą, z pewnością siebie, z poczuciem kontroli, chociaż tu też poczyniłam już postępy. Cierpię na dolegliwości psychosomatyczne.
Kiedy wiem, że muszę, to robię różne rzeczy, nie jestem z pewnością szarą myszką, nie mam problemów z komunikacją i z kontaktem z ludźmi. Ale jednak w głowie zamęt, nieporządek, niepoukładanie, frustracje. Moja głowa chce tego, żebym była słaba, głupia i beznadziejna. Trudno żyć w ciągłej walce.
Na pewno są na tym forum osoby, które przeżyły to co ja. Które miały podobne dzieciństwo. Z pozoru spokojne i szczęśliwe. Doświadczyły mnóstwo miłości, ciepła, były kochane i przytulane - a życie jednak jest dla nich nieznośne. Bo pod pozorami pięknego dzieciństwa kryło się więzienie.
Ciekawa jestem, jak te osoby dzisiaj odnajdują się w życiu, co zrobiły, żeby nie przeszkadzały im potwory z przeszłości.
Piszę to, bo chcę się w końcu poczuć lepiej. Poczuć, że mogę wszystko. W głębi ducha wiem to, ale jednak coś mnie blokuje. Może ktoś czuje się podobnie.