Gdzie, Waszym zdaniem, kończy się naturalna i normalna troska o dziecko, a zaczyna przewrażliwienie, histeria, nadopiekuńczość? Wydzwanianie co 5 minut do opiekunki, patrzenie na ręce mężowi przewijającemu niemowlę, stanie w oknie do 4 nad ranem, kiedy pociecha szaleje na imprezie, chęć zatłuczenia każdego, kto się zbliża do dziecka, koszmarne sny z córką/synem w roli głównej, rzucanie się do gardła nauczycielowi, który skrzywdził nasze biedactwo jedynką... Jak Wy przeżywacie/przeżywałyście macierzyństwo? Czy lwica, która budzi się chyba w każdej z nas po urodzeniu dziecka, siedziała grzecznie w klatce, czy świrowała na wolności? ![]()
Moja lwica siedziała grzecznie w klatce. Nigdy nie byłam nadopiekuńczą, przewrażliwioną mamusią, nie panikowałam bez powodu, nie traciłam głowy, choć oczywiście serce mi się krajało, kiedy tylko mojemu dziecku działa się jakakolwiek krzywda. Gdzie leży ta granica? Przyznaję, że nie wiem, ale pewnie gdzieś tam, gdzie zaczyna się wyręczanie dziecka, gdy powinno radzić sobie samo, gdzie wkrada się niewyjaśniony, irracjonalny lęk o jego bezpieczeństwo, gdy nasze myśli, uwaga i dążenia kręcą się wciąż wokół jednego tematu - dziecko.
Należy zdać sobie sprawę, że nadopiekuńczość jest problemem i tak naprawdę otaczając dziecko kloszem robimy mu wielką krzywdę. Co prawda rodzicielstwo nie jest łatwym zadaniem, tym bardziej, że od początku towarzyszy nam mnóstwo obaw i wątpliwości, zastanawiamy się czy malec rozwija się prawidłowo, jak stworzyć mu idealne warunki do pełnego rozwoju i zaspokoić najważniejsze potrzeby, ale nadmiar uwagi, choć wynikający z prawdziwej troski, nie jest wcale wskazany. Dziecko, któremu rodzice spod nóg usuwają wszelkie przeszkody, wyrasta w przekonaniu o własnej nieporadności, brakuje mu wiary we własne siły i możliwości, nie szuka rozwiązań, bo one zwyczajnie nie są mu potrzebne (dostaje gotowe), a przez to nie uczy się samodzielności.
Z kolei nadmierny lęk o jego bezpieczeństwo hamuje spontaniczność - malec, wyczuwając ze strony rodziców ciągłe obawy, sam podświadomie je przejmuje. Czując na każdym kroku obecność dorosłego, który stara się wpłynąć na każdy jego ruch oraz będąc ograniczanym we własnym działaniu zabija w sobie naturalną ciekawość świata, co z kolei ma wpływ na jego wszechstronny rozwój. Dziecko nieustannie wyręczanie w czynnościach, z którymi doskonale powinno poradzić sobie samo, nabiera przekonania, że jest do niczego i tak naprawdę nic nie potrafi.
To między innymi nadopiekuńczość sprawia, że dziecko także wolniej rozwija się społecznie, nie nawiązuje właściwych relacji w grupie, trudniej mu się do niej przystosować, zauważyć, że inni mają takie same jak ono prawa. W domu uwaga koncentruje się głównie na nim, więc wyrasta w przekonaniu o własnej wyjątkowości, z czasem dochodzi też do wniosku, że ta uwaga należy mu się z zasady, to z kolei wpływa na skłonności egocentryczne. Egocentryzm nasila trudności w kontaktach z grupą, wpędza w osamotnienie i wyizolowanie. W życiu to wszystko nie funkcjonuje tak, jak w domu, więc pierwsze zderzenie z rzeczywistością bywa z reguły bardzo trudne, malec nie rozumie dlaczego musi innych prosić o uwagę lub został wręcz zupełnie odrzucony.
Niestety ja mam tendencje do nadopiekuńczości. Na szczęście zdaję sobie z tego sprawę i to ograniczyłam, mam nadzieję, że odpowiednio.
Na szczęście w porę uświadomił mi to mój mąż.
Teraz to już tylko mój problem, nie obarczam nim dzieci, które są już duże.
Mogę iść spać kiedy dzieci jeszcze nie wróciły do domu, nie patrzę w co się ubrały wychodząc, nie dorzucam "złotych rad" gdy wyjeżdżają, nie "zdaję" razem z nimi matury czy sesji, etc.
Nadal się martwię, ale staram się tego nadmiernie nie okazywać.
Natomiast nigdy ich w niczym nie wyręczałam ani w szkole ani w domu. Tu jestem bardzo rygorystyczna.
Dzieci wiedzą, że mogą liczyć na pomoc, ale nie na załatwienie za nich czegokolwiek.
Przyznaję, że wraz z wiekiem mam większą tendencję do nadopiekuńczości niż niegdyś - choć zwykle jest przecież dokładnie odwrotnie. Może to dlatego, że dojrzałam, widzę więcej niebezpieczeństw i zagrożeń (człowiek młody ogólnie ma luźniejsze podejście do życia), a może bierze się to stąd, że kiedyś na wszystko miałam wpływ, zawsze wiedziałam co się z dzieckiem dzieje i mogłam o tym decydować, natomiast dziś syn dorasta, czego naturalną koleją rzeczy jest powolne wymykanie się. Stosuję jednak zasadę zaufania i domniemanej niewinności - dopóki mnie nie zawiedzie, to - oczywiście w miarę rozsądku - staram się go nie ograniczać i nie kontrolować. Wydaje mi się, że jest na tyle odpowiedzialnym i rozsądnym, a przy tym samodzielnym młodym człowiekiem (w końcu przez tyle lat to udowadniał), że mogę sobie na to pozwolić. Natomiast ustaliliśmy, że zawsze wiem gdzie jest, z kim jest i mniej więcej o której godzinie wróci, a kiedy plany się zmieniają, to ma mnie o tym poinformować.
Żeby jednak nie było zbyt kolorowo, to bez bicia przyznaję się, że - choć uparcie z tym walczę - nie umiem pozbyć się nawyku ciągłego przypominania mu o wszystkim. Co prawda nigdy syna nie wyręczam w jego obowiązkach, ale on wciąż ma ten komfort, że kiedy o czymś zapomni, to nic się nie stanie, bo przecież i tak mama przypomni. W tym wieku nie powinno już tak być.
Zdaje sobie sprawę ze swojej nadopiekuńczości i w każdej sytuacji to kontroluje.Doszłam już do takiej perfekcji,że nikt tego nie zauważa a moja mama i moja przyjaciółka (taka hiperopiekuńcza mama) wręcz mówią,że one by się bały tego na co pozwalam córce.
Pisałam tu już na jakimś wątku,że miewam koszmary senne związane z córką,śni mi się,że ginie,umiera na moich oczach,że ciężko choruje.Często takie myśli i obrazy nachodzą mnie na jawie:gdy córka bawi się na balkonie to ja już widzę jak z niego wypada,jak zbieram ją z chodnika pod blokiem...
Gdy wychodzi na dwór staram się zająć czymś bo dopiero wtedy mam straszne myśli.Czasem mi się to udaje a często po prostu miotam się od okna do okna....
Ostatnio miałam taką traumę gdy córka pojechała na szkolna wycieczkę.Oczami wyobraźni widzę jakiś przerażający wypadek,moją córkę w kawałkach...
Ciężko mi się z tym zyje i tak naprawdę nikt z rodziny.bliskich o tym nie wie...I może lepiej nich tak zostanie.
Mam koleżankę, która ma trzyletnie dziecko w przedszkolu. Zdarzało się, że gdy dziadek odprowadzał małą to mamusia ich śledziła i ukradkiem kontrolowała czy dziadek dobrze dziecko przebrał.
Chyba mam identycznie jak Gojka, łącznie z koszmarami na jawie. Wczoraj tak przejęłam się płaczem córki, że dostałam gorączki <gdzie jest jakaś zniesmaczona samą sobą emotka?>.
Ostatnio miałam taką traumę gdy córka pojechała na szkolna wycieczkę.Oczami wyobraźni widzę jakiś przerażający wypadek,moją córkę w kawałkach...
Również nie lubię wszelkiego rodzaju wycieczek i wyjazdów, czuję się spokojniejsza dopiero wówczas, gdy autokar dojedzie na miejsce, a ja otrzymuję taką informację. Co prawda może nie panikuję, ale zwykle pojawia się taki dziwny, irracjonalny lęk. Niemniej podobnie jest z mężem - kiedy jedzie w jakąś dłuższą trasę lub się spóźnia, to też odczuwam lekki niepokój.
Z moim synem do szkoły podstawowej chodził chłopak, który był tak zwanym późnym dzieckiem, choć nie pierwszym w tej rodzinnie - dzieciak stał się ofiarą nadopiekuńczości matki i babci, a także starszej, dorosłej już, siostry. W domu we wszystkim wyręczany w piątej klasie (!) nie potrafił samodzielnie się ubrać, na basenie wysuszyć włosów, podobno nawet zmienić kąpielówek na majtki
, do szkoły do samego końca był odprowadzany pod same drzwi. Oczywiście stał się pośmiewiskiem. Nawet wychowawczyni na wywiadówkach podkreślała, że dopóki Radek nie nabędzie podstawowywch umiejętności, to nie ma szans, żeby mógł z klasą pojechać na trzydniową wycieczkę - niestety matka zamiast dziecko tych czynności nauczyć, wolała nie wysyłać syna na wycieczkę. Dla mnie niepojęte, że można własnemu dziecku wyrządzić taką krzywdę.
Trzeba pamiętać, że granica między zdrowym rozsądkiem przy wychowywaniu dziecka, a szaleństwem nadopiekuńczości jest bardzo cienka.
Jestem mamą 5 miesięcznej córki. Jest to moje pierwsze dziecko i tak na prawdę etap mojego macierzyństwa jest gdzieś w okolicach czarnej dziury i otchłani. Jednakże sądzę, że daleko mi do histeryczki biegającej z pieluchą czy poduszką za swoim dzieckiem.
Od początku obrałam sobie za cel "racjonalne podejście do dziecka".
Jednym z przykładów może być to, jak rodzina zaskoczona jest faktem, iż moja córka od urodzenia śpi sama. Nigdy nie było sytuacji, w której brałam małą do siebie do łóżka czy tuliłam ją całą noc na rękach. Uważam, że bezpieczniejsze i wygodniejsze jest to, że dziecko śpi samo w swoim łóżeczku. I wcale nie oznacza to, że nie kocham lub nie czuje potrzeby bliskości z moim dzieckiem, a i z takimi opiniami się spotkałam. Wiadomo, że podczas choroby czy jakiejś innej podbramkowej sytuacji poświęcam swój czas córeczce bezgranicznie i wtedy nawet w nocy jestem przy jej łóżeczku lub siedzę z nią w fotelu nucąc kołysanki.
To samo dotyczy przebierania, wycierania i rozżalania się nad dzieckiem...Gdy widzę, że mała np. opluła się (nie mówię tu o ulewaniu, czy chlustaniu) nie przebieram jej od razu w czyste rzeczy i nie biegam z chusteczkami nawilżającymi aby ją obmyć, tylko wycieram jej buźkę i lekko wilgotnawe śpioszki czy kaftaniczek. Gdy płacze zupełnie bez powodu, ot tak bo ma taki kaprys to nie noszę jej na rękach podrzucając ją i talepiąc, aby się uspokoiła, tylko sadzam sobie na kolanach i łagodnym, spokojnym(!) głosem tłumaczę, iż nic się nie stało i jeśli ma kaprysy to zawsze może o nich porozmawiać z mamą.
Takie zachowanie również nie spotyka się z uznaniem wśród członków rodziny...A zwłaszcza jednego członka, tytułowej histerycznej matki polki- Teściowej. Według tego osobnika dziecko powinno być wręcz "dezynfekowane" po każdym, nawet małym "wypadku przy pracy"
Gryzaczka do buzi nie, bo brudny(choć dbam o jego czystość i obmywam go przed podaniem go córci), jedzenie tylko ze słoiczków (broń Panie Boże gotować zupkę samemu!), gdy Malutka się opluje- czyste ciuchy (od bodów po śpiochy) obowiązkowo...Tak naprawdę mogłabym tych "zasad" wymieniać bez końca, ale po co? Wiele z Was przeżyło, przeżywa i przeżyje to samo.
Wracając do tematu histeryczek to uważam i nie boję się tego przyznać, że HISTERYCZKA WYCHOWA HISTERYKA. A jak powszechnie wiadomo, takie dzieci są bardziej problemowe, niż dzieci wychowywane racjonalnie i zdrowo.
A kiedy czas się leczyć? Im wcześniej, tym lepiej. Jeżeli nie możesz wytrzymać w pracy bo zastanawiasz się czy babcia lub opiekunka właśnie nie robi czegoś złego Twojemu dziecku, to ten czas kiedy powinnaś wybrać się do lekarza zbliża się wieeelkimi krokami.
Pozdrawiam racjonalne Mamy. ![]()
10 2013-06-27 21:34:12 Ostatnio edytowany przez truskaweczka19 (2013-06-27 21:35:40)
Moi rodzice czasem byli nadopiekuńczy. Teraz na szczęście mniej, więcej sami rozumieją
Owszem, sama mamą jeszcze nie jestem, ale czasem przeginali. ?Jeszcze nie dawno jak było ciemno i byłam na dworze, nawet z chłopakiem, to bardzo martwili się, nawet jak byłam w bezpiecznych miejscach i często dzwonili. A jak zdarzyło mi się pójść do klubu z chłopakiem, to chyba spać nie mogli. Czasem za często pytali czy coś zrobiłam czy czasem też robili za mnie, więc w sumie bywało, że właśnie czułam, że nie dam sobie rady.
No, ale przegięła to już mama mojej dawnej koleżanki. Ona dzwoniła po nią, żeby wracała np z osiemnastki, a była godzina 19... albo innej koleżanki, której mama pewnego czasu tak bała się, że jakiś chłopak ją skrzywdzi, że kontrolowała z kim się spotyka, a jak wiedziała skądś, że z chłopakiem, to zamykała ją w domu nie dawała wyjść.
Nie znam żadnej Matki Polki Histeryczki z prawdziwego zdarzenia. Zadatki ma tylko znajoma, która pracuje z moją siostrą. Dziewczyna, na wieść, że moja sister jest w ciąży - zabrała jej wszystki smakowe herbatki, zrobiła długi wykład o tym co ona powinna teraz jeść a czego nie powinna, kiedy zobaczyła, że N. zjada śledzia to niemal wpadła w histerię i zadawała dramatyczne pytania "czy chcesz urodzić chore dziecko?". Jesli owa znajoma będzie kiedyś w ciąży to zapewne będzie wzorcową histeryczką ![]()
Ja jestem przeciwieństwem Matki Polki Histeryczki, wielokrotnie przez otoczenie (mama i siostra w szczególności) posądzana o drastyczne zaniedbania w stosunku do dziecka
Kiedy moja córka była niemowlęciem nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby ją przebrać, bo się umorusała, ani nawet żeby umyć gryzaczek. To drugie w pełni świadomie - wychodziłam z założenia, że dziecko powinno mieć styczność z bakteriami
Szybko zauważyłam, że dzieci nie umierają kiedy butelek się nie dezynfekuje, że (wbrew napisom na pudełkach mleka modyfikowanego) po 2 godzinach spokojnie można podać dziecku resztę wcześniejszego posiłku, że podgrzewacz do butelek to zbędny wynalazek, bo dzieci lubią zimne mleko
Gorączce dawałam 3 dni na minięcie, biegunka czy inne atrakcje ze strony układu pokarmowego niepokoiły mnie tylko wtedy kiedy dziecko nie piło (lub picie nie miało czasu się wchłonąć). Obecnie, jako mama 6-latki, mam trochę więcej niepokojów
Lekko się stresuję kiedy dziecko idzie samo na plac zabaw, troszkę bardziej się stresuję, kiedy go na tym placu zabaw przez 15 minut nie widzę. Właściwie tylko 2 razy doświadczyłam pełnego syndromu Matki Polki Histeryczki - po raz pierwszy w momencie, kiedy moja córka zniknęła z koleżanką rówieśniczką na 2 godziny bez śladu, drugi raz panikowałam okropnie przed zabiegiem usuwania migdałków, kiedy mała miała mieć narkozę. Poza takimi sytuacjami - raczej pełen luzik ![]()
12 2013-06-28 08:42:38 Ostatnio edytowany przez Nataluszek (2013-06-28 08:43:13)
"...że podgrzewacz do butelek to zbędny wynalazek, bo dzieci lubią zimne mleko
"
No z tym się akurat zgodzić nie mogę. Moja Mała nawet nie ruszy zimnego mleka. Musi być co najmniej w temperaturze pokojowej.
A co do mycia gryzaczka to Cię podziwiam, bo nie wyobrażam sobie nie obmyć gryzaczka, który leży i "łapie" kurz lub 5 minut wcześniej z hukiem lądował na podłodze.
A bakterie tak czy siak dzieciaczki łapią niezależnie od tego czy obmywa się gryzak czy też nie, więc ja swojej córce oszczędzam dodatkowych pasożytów. ![]()
Co do przebierania to się zgodzę. Umorusane dziecko- szczęśliwe dziecko. ![]()
Moja mama nigdy nie była histeryczką, daleko jej było do nadopiekuńczości, ale kilka razy dała mi dowód na to, że miewa podobne wizje do Gojki.
Najbardziej pamiętam pewną sytuację sprzed 10 lat, kiedy pojechałyśmy do miasta, w którym mama studiowała. Często tam wyjeżdżałyśmy i znałam to miasto, jak własną kieszeń. Zawsze zatrzymywałyśmy w tym samym miejscu. Wtedy zaczynała się moda na aluminiowe hulajnogi, a ja wzięłam ze sobą swoją. Wracałyśmy z rynku do kwatery (droga, którą pokonałyśmy razem wielokrotnie). Zawsze jechałam przed mamą i do niej wracałam, ale postanowiłam w pewnym momencie dojechać do kwatery i tam poczekać na nią.
Mamy długo nie było, więc zaczęłam się martwić i pojechałam ją poszukać.
Znalazłam ją zalaną łzami. Jej krzyk na mnie, nigdy w takim stanie jej nie widziałam...Wykrzyczała mi, że oczami wyobraźni widziała, jak ktoś mnie porywa, zabija...A ja tego wtedy nie rozumiałam.
Do tej pory, gdy gdzieś wyjeżdżam, muszę jej dać znać, czy dojechałam cała.
Potrafi nakrzyczeć, gdy długo się nie odzywam wyjeżdżając gdzieś.
Mój macierzyński debiut nastąpi za niecały miesiąc, ale już się wypowiem, a co se bedem
Mi jest ogromnie bliskie podejście Vinngi i mam nadzieję, że nie zmienię go, jak mały już będzie na świecie
Szczególnie, że mój mąż też zdecydowanie wychodzi z założenia, że dziecko to nie jajko i nie ma co popadać w paranoję. Oby mu też tak zostało!
Mnie, na razie z obserwacji, rozwala np nagminne przegrzewanie dzieci. Jakoś ostatnio mam okazję często to obserwować. Ostatni autentyk - Weekend, koło godziny 11, wiec w parku dużo młodych rodziców z wózkami. Tatuś w krótkich spodenkach i tshircie, mama wprawdzie w dzinsach, ale na górze ma bluzeczkę na ramiączkach - nic dziwnego, bo słońce daje solidnie, w necie piszą, że ma być koło 25st - a dzieciątko w wózku (takie siedzące, na oko około 6-8mies). Grubiutkie spodnie, zapięta pod szyję kurtka taka późnojesienna i polarowa czapka. Kilka dni potem jechałam autobusem mpk. Gorąc i w busie i na zewnątrz taki, że każdy zrzuca co może. Ja żałowałam srogo, że wybrałam się w dzinsach, w całym autobusie nikogo nawet w długim rękawie. Wtacza się młoda mama z wózkiem. Mama letnia spódniczka, ażurowa bluzeczka. Maleństwo w gondoli (3-4mies) sweterek wyglądający na naprawdę ciepły, dzianinowa czapeczka z nausznikami i szczelnie zawinięte po pachy w dośc gruby, potrójnie złożony koc. Takich zachowań nie ogarniam zwyczajnie. Już szczególnie tego namiętnego ubierania jak na zimę przez okrągły rok.
Kolejna rzecz - ochraniacze na co sie da. I w domu i poza nim. Może i ja durna jestem, ale niech mi ktoś wyjaśni po co dziecku na biegowym rowerku ochraniacze na kolana, łokcie, kask (WTF??!!)? Może niedługo będziemy te kaski zakładać też dzieciom tak na co dzien, bo życie i pionowa postawa w ogóle są straszliwe niebezpieczne! Podobnie chronienie każdej przestrzeni w mieszkaniu. Nawet takiej, do której dziecko sięgnie dopiero jako 5-6latek. Może i jestem wyrodną matką, ale jakoś ja wychodzę z założenia, że im prędzej sie dziecko nauczy, ze np drzwi mogą boleśnie przytrzasnąc paluszki, a rozgrzany piekarnik nie powinien być dotykany, to tym lepiej dla niego. Jedyne w co na pewno zainwestujemy, jak mały zacznie pełzać to okrągłe nakładki na rogi ławy - nasza ława jest właśnie na wysokości w którą mógłby głową przygrzmocić uczący się chodzić maluch, a wolałabym, aby nie przywalił w róg - ale na cała resztę wynalazków patrze w sklepach wielkimi oczyma i zastanawiam się jak to możliwe, że producentom udaje się wmówić ludziom, że ich dzieci są nie dośc, że z porcelany, to jeszcze są na tyle debilne, że zamiast je wychowywać, to najlepiej zamknąć je w chamsterballu.
I jeszcze słówko o higienie. Sama jako dziecko żarłam piasek, smakowałam trawę, raz nawet rozgryzłam kasztana (nie polecam! na wspomnienie tej goryczy skręca mnie to dziś. BLE!), razem z kolegami smakowaliśmy jarzębinę, takie białe kulki z krzaków co rosły wtedy wszędzie, głaskałam bezdomne koty, nie zawsze pamiętałam o myciu rąk po zabawie z psem itp... I nie mam wrażenia, żeby cokolwiek z tego mi zaszkodziło. Sporo tych doświadczeń było za aprobatą mojej mamy - ona do dziś z dumą wspomina, że byłam jedynym dzieckiem na osiedlu, które samo wpadło na to, że żarcie piasku jest bez sensu (bo i umówmy się, jaka to przyjemność?). Inne mamuśki przez cały okres piaskownicowy histerycznie wygrzebywały piach z paszczęk swoich dzieci - moja pozwoliła mi samej sprawdzić, że to nie jest najbardziej szałowa rozrywka i miała spokój. My mamy i mieć zawsze będziemy w domu psa i też nie jestem tu histeryczna. Wprawdzie nie chcę, aby na początku suka szczególnie często czy intensywnie obdarzała małego swoimi pocałunkami prawdziwej miłości (a jest to jej wielka pasja), ale też nie mam zamiaru robić z tego tragedii. Powoli godzę się też z tym, że jak mały zacznie sam się przemieszczać, to pewnie też w dużej mierze zaginie w domu podział na pluszaki małego i pluszaki suki. Trudno, najwyżej będę musiała je prać częściej niż dotychczas. Suka ma wstęp na kanapę i na nasze łóżko i jeśli dziecko też będzie chciało spać z psem, a i pies będzie chętny, to nie widzę powodu aby im tego bronić. Wiem, że nie ma lepszego leku na smutki niż wtulic się w ciepłą sierść
A pies jest zdrowy, regularnie odrobaczany, więc epidemiologicznie stanowi mniejsze zagrożenie niż rówieśnk z przedszola ![]()
Zatem mam nadzieję, że mnie ominie bycie matka-histeryczką, a nawet jak już się zafiksuję na coś, to mąż mnie naprostuje prędko i skutecznie!
Według tego co piszecie w swoich postach to jestem i nie jestem matką histeryczką. Nie jestem, bo nie przesadzałam nigdy z nadmiarem higieny, przegrzewaniem, robieniem dramatu ze skaleczonego czy oparzonego palca, z chronieniem przed wszystkimi potencjalnymi niebezpieczeństwami tego świata. Jestem, bo gdy synowie nie odbiorą komórki wyobraźnia zaczyna mi pracować i od razu mam stresa, że stało się coś złego. Nie lubię jak maja gdzieś jechać z kimś samochodem (wole nie myśleć co będzie jak już sami będą mieli prawo jazdy...). Nawet gdy są w domu czasem nachodzą mnie różne takie czarne myśli, że coś im się stanie...
Jednak mimo wszystko, okres niemowlęctwa i dzieciństwa był najspokojniejszy dla mojej wyobraźni....
Moja mama nigdy nie była histeryczką, daleko jej było do nadopiekuńczości, ale kilka razy dała mi dowód na to, że miewa podobne wizje do Gojki.
Jago Babo, przypuszczam, że takie wizje każda kochająca matka od czasu do czasu miewa. Jeśli dziecko znika Ci nagle z pola widzenia, to trudno przez tę chwilę nie wyobrażać sobie najgorszego. Mój syn jeździ na motorowerze, już kilka razy zdarzyło mi się słysząc sygnał karetki chwytać za telefon i upewniać się, że wszystko jest w porządku. Młody już wie, że kiedy dzwonię, po czym słysząc jego głos mówię tylko ,,jesteś... to już nic", to po prostu sprawdzam czy nic złego się nie dzieje. A ja naprawdę nie jestem nadopiekuńcza...
Kiedy syn był malutki, to też się nad nim nie trzęsłam, do głowy nie przyszłoby mi zaopatrywać się w sterylizatory, nawilżacze powietrza, inne bajery, których przecież przez całe życie nie dałabym rady używać. Mały był czyściutki, zadbany, ale nie biegałam z czystymi ciuszkami ilekroć opluł poprzednie. Mało tego, w myśl przytoczonej powyżej zasady ,,brudne dziecko, to szczęśliwe dziecko" kiedy się bawił, to bez stresu mógł upaćkać się farbkami czy mąką (no przecież trzeba z mamusią lepić pierogi czy piec ciasto
), a biegając po podwórku też wiecznie był umorusany, z potłuczonymi kolanami i siniakami, nawet na czole
. Dziecku trzeba na to pozwolić, bo ono w ten sposób poznaje świat.
Mój syn widząc jak wiele ograniczeń narzucają swoim dzieciom nadopiekuńczy rodzice, wiele razy wprost mówił, że cieszy się, że on ma rodziców... normalnych. Wiem też, że tamte dzieciaki swoich nierzadko okłamują - w ten sposób osiągają własne cele, ale rodzice nie mają o tym bladego pojęcia. Prawdę mówiąc sama kilka razy miałam dylematy czy aby nie powinnam im o tym powiedzieć.
Nocnalampko, masz rację, przegrzewanie to jest jakiś koszmar! Pamiętam jak biegałam z maleństwem w wózku, a co jakiś czas jakaś obca kobieta zwracała mi uwagę, że jest za lekko ubrane. Ja jednak doskonale wiedziałam, że syn jest na tyle zahartowany, że każda kolejna warstwa ubrania skończy się płaczem spoconego dziecka. Zwykle zakładałam na maluszka tyle, ile na siebie plus osłaniałam główkę - latem bawełnianą, cienką czapeczką, a i to nie zawsze. Do tego miałam w wózku kocyk, którym w razie czego zawsze mogłam bobasa okryć. I nigdy, przenigdy dziecka nie przeziębiłam!
Pojechaliśmy kiedyś na wycieczkę. Po zwiedzaniu wstąpiliśmy do knajpki na rynku, żeby coś zjeść. Upał był nie do zniesienia, córka miała na sobie tylko pieluszkę. A dwa stoliki dalej - bobas w wózku, w dżinsach (!), polarowej bluzie, czapce, przykryty kocem...
Dziecko płakało dosłownie bez przerwy, a mamuśka-kretynka jeszcze malucha ochrzaniała, że nigdzie nie można z nim wyjść, bo wstyd...
Pojechaliśmy kiedyś na wycieczkę. Po zwiedzaniu wstąpiliśmy do knajpki na rynku, żeby coś zjeść. Upał był nie do zniesienia, córka miała na sobie tylko pieluszkę. A dwa stoliki dalej - bobas w wózku, w dżinsach (!), polarowej bluzie, czapce, przykryty kocem...
Dziecko płakało dosłownie bez przerwy, a mamuśka-kretynka jeszcze malucha ochrzaniała, że nigdzie nie można z nim wyjść, bo wstyd...
Biedne dziecko..
Nie jestem histeryczka ale jak moje chlopaki sie skalecza czy lokcie i kolana pozdzieraja to troche panikuje bo boje sie krwi brzydze sie tym
Babo, tutaj się zgodzę z Tobą, że matka chyba zatraciła się w trosce o dziecko. Przegrzanie bobaska jest gorsze niż to jakby było mu lekko chłodno. Szkoda tylko, że biedne dziecko skazane jest do końca życia na taką matkę i że tak naprawdę szansa na to, że ktoś przemówi takiej nadgorliwej babie do rozumu jest nikła...
Aż czasami strach zwrócić uwagę takiej osobie, ale i strach pomyśleć jak cierpi takie biedne dziecko, bo przecież samo nie powie, że jest mu źle...A skoro sygnalizuje to płaczem, a matka uważa to za zwykłą histerię lub kaprys dziecka to nasuwa mi się pytanie. Gdzie podział się jej instynkt?
Nadgorliwość gorsza od faszyzmu...
i na koniec mu klapa zasolila-koncze twoja wypowiedz nataluszek bo mi sie przypomniala wizyta w kosciele w latach 80tych
Szkoda tylko, że biedne dziecko skazane jest do końca życia na taką matkę i że tak naprawdę szansa na to, że ktoś przemówi takiej nadgorliwej babie do rozumu jest nikła...
Prawda? ![]()
22 2013-06-30 09:47:50 Ostatnio edytowany przez nokiaaa (2013-06-30 09:49:45)
moja kumpela dziecku zakłada czapkę na uszy z daszkiem w bezwietrzny wieczór, temperatura 25stopni:)
nic nie wieje, ciepło, dzidzia ma długie włosy bo przecież do roku nie można ścinać(przesąd babci tosi), przez to się solidnie poci zwłaszcza w nocy. sklejone pasemka długich włosów. najwięcej do powiedzenia mają dziadkowie.
no i tak w koło.
"najwięcej do powiedzenia mają dziadkowie."
Najgorsze co może być !
Przytoczę mądre słowa mojej Pani Położnej: " Nikt nie ma prawa Ci nic kazać, nakazać lub do czegokolwiek zmuszać (teraz bardziej swojsko). Gadać to jest komu, a nie ma komu wziąć na spacer gdy mama jest zmęczona i chciałaby chwilę odpocząć?!"
Bardzo mądra, starsza kobieta...Ale jej słowa zapadły mi w pamięć i tego się trzymam. ![]()
Ja jestem już w miarę opanowana
bo z każdym kolejnym dzieckiem przychodzi otrzeźwienie i takie rzeczy jak jelitówka, stłuczone kolano, przeziębienie i tym podobne nie robią już takiego wrażenia i do wszystkiego podchodzi się na spokojnie, bo już się to przerabiało. Natomiast gdy ktoś krzywdzi moje dzieci, np inne dziecko uderzy, jakiś obcy nakrzyczy bez powodu itp to budzi się we mnie lwica gigant
Ale mimo to staram się, żeby dzieci nauczyły się same sobie radzić z pojawiającymi się problemami.
Pojechaliśmy kiedyś na wycieczkę. Po zwiedzaniu wstąpiliśmy do knajpki na rynku, żeby coś zjeść. Upał był nie do zniesienia, córka miała na sobie tylko pieluszkę. A dwa stoliki dalej - bobas w wózku, w dżinsach (!), polarowej bluzie, czapce, przykryty kocem...
Dziecko płakało dosłownie bez przerwy, a mamuśka-kretynka jeszcze malucha ochrzaniała, że nigdzie nie można z nim wyjść, bo wstyd...
widzielismy cos niemal identycznego tego lata w Koscielisku, w ogrodku barowym. Wozek stal w sloncu i dziecko powoli sie topilo, mama miala szorty i topik w tym samym czasie.
Na szczescie wplyw srodowiska jest spory i ja swoja core wychowywalam i nadal wychowuje w zimnym skandynawskim stylu;) plywa w jeziorze cale lato, jezdzi na lyzwach, nartach, na rowerze, autobusem sama do szkoly, pije zimne (i tylko takie) mleko, wybiega z sauny na taras i lata na golasa i na bosaka po sniegu, nocuje w weekendy u kolezanek albo odwrotnie one u nas. Tez sie martwie jak ma dluzsza trase do pokonania np. na rowerze ale juz coraz mniej.
Ciepla nam natomiast nie brak w okazywaniu emocji, czemu tutejsze dzieci ciut sie dziwia. Smarkula nadal lubi wlezc na kolana, poprzytulac sie, wieczorem dac sie "polozyc" do lozka (w sensie poglaskac, buzi i dobranoc), w ogole lubi byc z mama i swoim przyszywanym tata. Ale pewnie za rok, dwa to sie zmieni - takie zycie.