nie wiem, czy ten temat jest dobry, żeby opisać w nim moją długą historię, bo wiem bez cienia wątpliwości, że zdradziłam... a jednak wciąż mam nadzieję, że ktoś obiektywny powie mi, co robić.
moja historia zaczęła się 4 lata temu, wtedy poznałam pana X. oboje byliśmy studentami, a poznaliśmy się na wakacjach. od razu jakoś zaczęliśmy się dogadywać, wspólne imprezy, zabawa, ale też mnóstwo rozmów, poważnych i mniej istotnych. na początku był tylko kumplem z ekipy, z którym po prostu lepiej i bardziej dogadywałam się, niż z innymi. wiedziałam, że ma dziewczynę, więc od początku nic innego poza zwykłą znajomością nie przychodziło mi do głowy. ale po pół roku (podczas studiów przyjeżdzaliśmy na weekendy do naszego miasta, znowu wspólne imprezy, urodziny znajomych etc.,) zauważyłam, że często dzwoni do mnie, żebym przyszła na imprezę, zazwyczaj spędzał je ze mną, a ja powoli zaczęłam zauważać, że chyba znaczy dla mnie więcej, niż kolega. poczekałam z tym, myślałam, że przejdzie, ale to tylko się pogłębiało. z czasem, jak przychodził do knajpy, wszystko mi cierpło, denerwowałam się, miałam te tzw. "motylki"... chyba wszystko wskazywało na to, że się zakochałam. w końcu, bo nigdy nie wierzyłam, że to się stanie.
niestety, różowo być nie mogło, miał przecież dziewczynę. owszem, miał ze mną dużo większy kontakt niż z innymi koleżankami, widziałam, że interesuje się tym, co robię, zawsze spędzał ze mną więcej czasu, niż z innymi, ale nigdy nie zrobił nic, co mogłoby jawnie świadczyć, że jest nie w porządku wobec swojej dziewczyny. wydawało mi się jednak, że nie jestem mu obojętna i w końcu, po roku męki, ciągłego gdybania, wyznałam mu, że jest dla mnie kimś więcej, ale że ma dziewczynę i nie zamierzam psuć jego związku, że wolę, żebyśmy się nie widywali, bo nie chcę cierpieć. powiedział mi, że nie wie, jak ma zareagować, że nie chce, żebyśmy się nie spotykali, nie wyobraża sobie tego... uciekłam wtedy. później widywaliśmy się wśród znajomych, ale zmieniły się nasze stosunki. raczej go unikałam, było mi strasznie głupio, że porwałam się na takie wyznanie, pewnie w duchu liczyłam, że powie, że on też mnie kocha, ech, za dużo filmów
.
z czasem nasze relacje zaczęły wracać do normy, powiedzmy, że oswoiłam się z sytuacją, przyjęłam do wiadomości, że pan X ma dziewczynę i tak minął kolejny rok naszej znajomości. i wtedy poznałam pana Y. a właściwie znałam go wcześniej, bo to również kolega pana X, tylko rzadko się widywaliśmy. poznałam go bardziej na jednej z imprez organizowanej przez znajomych i od tego czasu zaczął do mnie pisać, coraz częściej, zaprosił do siebie na sylwestrową imprezę, po której zaprosił na randkę. pomyślałam: czemu nie? nie wiązałam z nim przyszłości, nie sądziłam, że to będzie więcej, niż jedno spotkanie, bo nawet nie był w moim typie. ale od spotkania do spotkania zrodził się związek. po pół roku czułam, że jestem zakochana, że już nie myślę o panu X, że mogę nawet patrzeć na niego i jego dziewczynę razem, i nie sprawia mi to bólu. czułam, że mam przy sobie kogoś, kogo kocham i kto w końcu kocha mnie. był jeden problem - nie sypialiśmy ze sobą. mam tu na myśli stosunek, wiadomo, że wszystkie inne sprawy tego typu miały miejsce, ale no jakoś nam nie wychodziło.... to nic, ja byłam jeszcze dziewicą i zakładałam, że to zupełnie normalne, że nie wychodzi, wierzyłam, że z czasem wyjdzie.
w tym czasie, po ponad pół roku mojego związku z panem Y, pan X rozstał się z dziewczyną. zdradziła go. a ja, jako dobra koleżanka, bardzo mu współczułam, jednak byłam szczęśliwa w swoim związku. do czasu. coraz bardziej doskwierał mi niepokój o nasze problemy łóżkowe. wiedziałam, że wina nie leży po mojej stronie, ale nie chciałam dołować i naciskać na pana Y, więc milczałam. dziś wiem, że to złe, bo frustracja narastała.
po jakimś czasie pojechałam do miasta, w którym studiował pan X, odwiedzić jego, koleżanki itd.. popiliśmy (nie będę ukrywać, DUŻO), zaczęły się dziwne rozmowy, od słowa do słowa, pan X mnie pocałował. to był krótki pocałunek, w zasadzie byłam ak zaskoczona, ze nie zdążyłam zareagować, a następnego dnia żałowałam, że to się stało. postanowiłam jednak nic nie mówić panu Y, bo uznałam, że to nic nie znaczyło, pijacki całus w usta, nie warto. jednak między mną, a panem Y zaczęło się psuć. powiedziałam po czasie, że chcę przerwy. pan Y zaskoczony, ale zgodził się. po 2 tygodniach wróciliśmy do siebie, ale ciągle coś było nie tak, znowu kłótnia, tym razem on chciał przerwy, odpoczynku. po niecałym miesiącu znowu powrót, ale wciąż nie taki związek, jak kiedyś. pan X ciągle gdzieś obok był, ale nie na siłę: ograniczyłam z nim kontakt i nie nalegał, choć wiem, że chciał czegoś więcej. w związku nadal nieporozumienia, w końcu doszło do rozstania. pan Y był bardzo zazdrosny, powiedziałam w końcu, że nie wytrzymam tego, odeszłam. ponad miesiąc osobno, potem spotkanie, rozmowa, powrót, bo tęskniłam ja i on. 3 miesiące razem, kłótnia, nieporozumienia dotyczące przyszłości, mojego wyjazdu do pracy, on zerwał, bo nie brałam go pod uwagę w planach wyjazdowych. myślałam, że to już koniec, a jednak zeszliśmy się ponownie po miesiącu, bo chyba nie umieliśmy bez siebie funkcjonować. tylko podczas tej ostatniej rozłąki wiele wydarzyło się miedzy mną, a panem X. dużo rozmawialiśmy, doszło do pocałunku. ale wciąż nie mogłam zapomnieć pana Y i chyba dlatego zgodziłam się na powrót. jesteśmy razem, ale nic nie zmieniło się w sprawie naszych problemów. pan Y zatonął w pracy, wiem, że kocha strasznie, ale ma dużo projektów, musi je robić, więc prawie się nie widujemy, bo on nigdzie nie wychodzi. a z panem X widuję się codziennie.... i tu pojawia się zdrada. pocałowałam znowu pana X. spędziłam u niego noc (nie spaliśmy ze sobą), ale doszło do pocałunku. myślę, że to koniec związku z panem Y, choć wiem, że będzie go to bolało. mnie już boli, bo jednak był dla mnie tak ważny, w sumie wciąż jest. nie powiem mu, co zaszło z panem X, lepiej niech nie wie. i zastanawiam się, czy nie popełniam największego błędu, odchodząc od niego, zamiast zawalczyć o związek ostatni raz? nie wiem. myślę, że najlepsze, co mogę, to odejść i już go nie krzywdzić takimi sytuacjami, jakie miały miejsce z panem X. ale nie umiem poradzić sobie z wyrzutami sumienia...