Witam. Historia prezentuje się następująco. Miałem przyjaciółkę, którą kochałem. Wydawała mi się cudowna, była moim wymarzonym ideałem i świata poza nią nie widziałem. Problem był taki, że już kogoś miała i to był mój kumpel z klasy a ja postępuję wg życiowej zasady "dziewczyna kumpla rzecz święta", więc nie było większych szans na cokolwiek między nami. Ona wydawała mi się porządną, poukładaną dziewczyną aż do czasu. 2 miesiące temu rozstała się ze swoim chłopakiem. Z tego co mi opowiadała to on strasznie jej nawrzucał, ogólnie zgrzytało jako cholera między nimi. Pech chciał, że ona cierpi na depresję, tudzież nerwicę natręctw a jego słowa i zachowanie tak skrzywdziły ją emocjonalnie, że pocięła się (nie podcięła żył, jedynie przejechała żyletką po skórze kilka razy). To oznaczał koniec związku między nimi. Pomimo, że bardzo ją kochałem i chciałem z nią być, to było mi bardzo przykro z ich powodu i nawet próbowałem im jakoś pomóc w nadziei, że do siebie jeszcze wrócą. Jednakże dochodzi tutaj inna kwestia. Na kilka miesięcy przed rozstaniem (zanim doszło do kryzysu) ona rozpoczęła kontkat z jakimś innym chłopakiem. Pisali ze sobą i robili to coraz częściej. Ja na pytanie, dlaczego ona utrzymuje z nim kontakt i nie mówi o niczym jej chłopakowi, stwierdziła, że boi się, że będzie na nią znowu zły, albo, że sprawdza siebie, czy da się innemu poderwać. Nie wtrącałem się w to, bo uznałem, że to była sprawa między nimi, ale sami przyznacie, że były to kretyńskie wymówki, szczególnie, że ten nowy chłopak mówił do niej prosto z mostu, że będzie o nią walczył i z niej nie zrezygnuje. Wtedy zaczynałem powoli się zastanawiać, czy ona rzeczywiście jest taka cudowna jak mi się wcześniej wydawało. Kiedy jej chłopaka nie było w szkole, wykorzystała to, żeby spotkać się z tym drugim żeby niby zakończyć kontakt (choć podejrzewam, że to była tylko wymówka), ale po pewnym czasie znowu zaczęli ze sobą pisać. Ja temu się wszystkiemu biernie przyglądałem. Kiedy w końcu rozstała się ze swoim chłopakiem, ona zrobiła coś czego w życiu bym się po niej nie spodziewał. Świeżo po rozstaniu przespała się z tym nowym kolesiem, którego poznała ledwo 2 miesiące wcześniej. Jej obecny były stracił do niej kompletnie szacunek i ja, jako jej przyjaciel, także. Postanowiłem powiedzieć mu o wszystkim, o tym jak kręciła z innym na boku. Zwyzwałem także jej przyjaciółkę za jej fałszywość i obłudę, ponieważ dowiedziałem się, że ona w pewnym stopniu przyczyniła się do rozpadu tego związku, głównie przez szantaż (obrażała się na nią, gdy ta obroniła swojego chłopaka) oraz pisanie smsów do tego nowego chłopaka, by nie poddawał się i walczył o tę dziewczynę. Za to wszystko moja, obecnie była, przyjaciółka totalnie się na mnie obraziła i nie chce mniej już dłużej znać i w sumie w wzajemnością. Chciałem jeszcze później po jakimś czasie z nią normalnie pogadać, wyjaśnić sobie wszystko i rozstać się w zgodzie, to ona w dalszym ciągu żywiła urazę, że nazwałem ją puszczalską i od tamtej pory kontakt mamy zerwany na dobre. Co nie zmienia faktu, że to w jakiś sposób dało jej do myślenia, przeciwnie, na jej profilu na facebooku widzę, że świetnie się bawi w towarzystwie jej przyjaciółeczki i nowego chłopaka (z którym zaczęła chodzić nieoficjalnie 2 tygodnie po rozstaniu z poprzednim).
Teraz proszę, powiedzcie mi, co ja mam o niej myśleć? Byliśmy kiedyś tak bardzo blisko siebie, byliśmy oboje dla siebie ważni, a ja uważałem ją za cudowną kobietę, a tymczasem zeszmaciła się za przeproszeniem i straciła szacunek u najblizszych, co jej w ogóle chyba nie przeszkadza. Czy ja, albo jej były, cokolwiek dla niej znaczyliśmy? Czy tak postępuje dorosła, odpowiedzialna kobieta, czy niedojrzała emocjonalnie nastka? W dalszym ciągu siedzą w mnie jeszcze jakieś uczucia do niej i strasznie ciążą mi te wszystkie myśli i ciągłe pytania "Dlaczego się taka okazała?" Spróbujcie mi dać jakiś klarowny obraz tej całej sytuacji z Waszego punktu widzenia. Bardzo dziękuje za uwagę i przepraszam za wyczerpujący post, ale chciałem w miarę szczegółowo opisać to wszystko.