Witam,
Niecały rok temu zostawił mnie chłopak. Jego wyznanie bardzo mnie zabolało , ponieważ powodem rozstania był brak miłości z jego strony. Byliśmy zgodną parą, więc nie miał żadnych innych pretekstów. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że zostawił mnie gdy byłam w kiepskim stanie psychicznym. Miałam ciężki semestr: 6 dodatkowych przedmiotów do odrobienia w wyniku przenosin z innej uczelni, w dodatku studiuję trudny kierunek na prestiżowej uczelni technicznej, więc nawet bez tych różnic byłoby ciężko. Nowe otoczenie, zamartwianie się czy podołam temu wszystkiemu sprawiło , że miałam nawet problemy ze snem z powodu nerwów. Zbliżała się sesja, więc jeszcze bardziej się stresowałam. Ale dobrze mi szło i zapowiadało się , że naprawdę wszystko ułoży się po mojej myśli. Pod koniec byłam już bardzo przemęczona i właśnie wtedy mnie zostawił. Tego już nie uniosłam. Załamałam się psychicznie i nauka poszła w siną dal.To był ogromny cios w moją samoocenę, bo to już drugie moje rozstanie z tego powodu. Przestało mi zależeć na czymkolwiek-poddałam się. Całe szczęście zdążyłam zaliczyć większość przedmiotów w sesji letniej. Całe wakacje miałam depresje i nic nie uczyłam się do poprawek we wrześniu- nie dałam rady. Byłam w zbyt fatalnym stanie, negatywne myśli mnie wykańczały, w dodatku zaczęłam grzebać w przeszłości analizując to wszystko, i zaczęły mnie gnębić traumatyczne wspomnienia z 2 pierwszych związków, które były bardzo toksyczne (miałam 17 lat).Akurat wtedy zaczęłam sobie uświadamiać jak bardzo siebie skrzywdziłam przez nich. Poczucie bycia przegranej i niegodnej miłości sprawiło, że jedyne co mi się chciało to tylko umrzeć. W rezultacie po wrześniu udało mi się przejść do następnego semestru, bo miałam niezaliczone tylko 3 wykłady, z których mogłam wziąć warunki. Ale niestety wciąż odkładając wizytę u specjalisty, twierdząc , że samo mi przejdzie rezultat jest taki , że mam prawie cały semestr do powtórki i masę długów na uczelni. W dodatku przez to wszystko przechodzę sama- nikt mnie nie wspiera( przed rodziną ukrywałam mój stan, żeby ich nie martwić). Było mi naprawdę ciężko. Chodzę na terapię i jest co raz lepiej, chociaż dalej zdarzają się gorsze dni, to co raz większą kontrolę mam nad swoim życiem i jest ich zdecydowanie mniej. Z dwóch pierwszych związków wydaję mi się , że się rozliczyłam. Ale czasami napadają mnie ataki złości i żalu na ostatniego. Wiem, że to też nie do końca jego wina, bo gdyby to była jedyna krzywda jaka mi się przydarzyła, to na pewno bym się tak nie załamała. Ale już wszystko co do tej pory mi się przytrafiło się skumulowało i nie podołałam tego unieść. Moja samoocena sięgnęła dna i o wszystko obwiniałam siebie. Po za tym rozstaniem, to był dla mnie jak anioł ( chociaż możliwe, że na tle moich dwóch poprzednich chłopaków go sobie wyidealizowałam tak): przyjeżdżał do mnie na każdy weekend ( to był związek na odległość-trwał pół roku) nawet jak pracował w soboty. Dbał o mnie itd., każdy mi go zazdrościł, miał bardzo szlachetne cechy. Ja miałam 20 lat, a on 25. Bardzo mu ufałam, bo sądziłam , że mężczyźni w tym wieku są odpowiedzialni i dojrzali. Dlatego czas jaki sobie wybrał na rozstanie był dla mnie ogromnym szokiem, w szczególności, że wiedział, że w przeszłości byłam bardzo zraniona. Nie zrobił tego złośliwie- zwyczajnie myślał, że to będzie lepsze wyjście niż udawanie, że wszystko jest ok. Ponoć nie mógł już znieść tego udawania. Myślę, że gdyby przewidział scenariusz jaki miał miejsce w moim życiu po rozstaniu, to podjąłby tę decyzję później. Choć z tego związku jak i z rozstania wynikło też dużo dobrego( dużo rzeczy sobie uświadomiłam, zmieniłam się). To cierpienie, które trwało zbyt długo i problemy na uczelni przytłaczają te dobre wspomnienia oraz jego czyny za które jestem mu wdzięczna. Najgorsze jest to , że jestem porzucana i mam wrażenie że tylko ja ponoszę konsekwencje tego wszystkiego, a moi ex wiodą sobie szczęśliwe życie. Ten ostatni odzywa się do mnie raz na jakiś czas. Chciał utrzymywać kontakt. Oczywiście nie wie o żalu jakim do niego wciąż żywię, bo nie chciałam robić z siebie ofiary. Nie urywałam kontaktu, bo mimo wszystko cenię sobie tę znajomość. Teraz co raz częściej myślę, że chciał tego żeby załagodzić wyrzuty sumienia. Zastanawiam się czy urwanie kontaktu z nim i powiedzenie mu o tym wszystkim umożliwiłoby mi pokonanie następnego kroku w przód. Piszę tutaj, bo ja nie umiem obiektywnie spojrzeć na to. Z góry wielkie dzięki za wszystkie odpowiedzi. Pozdrawiam.