Niedawno w Gazecie Wyborczej przeczytałam artykuł na temat samobójstwa wśród policjantów; z raportu wynika, że średnio raz w miesiącu jakiś policjant popełnia samobójstwo.
"Stelmach narysował portret statystycznego policjanta samobójcy. To mężczyzna między 31. a 40. rokiem życia, w służbie od 5 do 15 lat, głównie w pionie prewencji. Wybiera śmierć przez powieszenie albo strzał w głowę z pistoletu. Kończy z sobą w domu, rzadziej w samochodzie." (Gazeta Wyborcza, 24.01.2013).
Te fakty są bardzo przytłaczające i zatrważające bo... pozwolę sobie jeszcze na jeden cytat: "Po naszych ulicach chodzi z bronią pięć tysięcy policjantów cierpiących na zespół stresu pourazowego. To pięć tysięcy tykających bomb "
Większość policjantów ma rodziny, te rodziny cierpią, bo mężczyzna, który jest policjantem odreagowuje cały stres i napięcie w domu. Staje się tyranem.
Wywiad z wdową po policjancie-samobójcy dał mi wiele do myślenia. Kobieta opisywała, jak z cichego mężczyzny, który zaimponował jej troską, siłą, stał się tyranem już po ślubie, który wzięli bo ona była w ciąży. Potem stopniowo izolował ją od jej znajomych; wczasy spędzali tylko z innymi policjantami i ich rodzinami, wypady weekendowe, podczas których rozmawiali tylko o policji - wszystko było podporządkowane policji, wszystko tłumaczone było pracą w policji ("Czy ty pracowałaś kiedyś w Policji??!! Wiesz co to za robota??!").
Chciałabym podjąć dyskusję na ten temat, rozwinąć ją o.... policyjnego psychologa, o zachowanie kolegów po samobójczej śmierci policjanta....
A może ktoś z Was ma podobne doświadczenia? Jako policjant lub rodzina policjanta?