Czytam forum od jakiegoś czasu , ale odwagi brak dotąd żeby napisać. Lęk przed oceną i krytyką - chyba. Ale jednak zdecydowałam sie, jestem na rozstaju.
13 lat życia z mężem -związek zaczął się nie najlepiej - walka z jego alkoholizmem , ale walczyłam - udało się po kilku latach- dziecko dawało mi siłę . Potem były zadania do wykonania : remont mieszkania, nowy samochód, budowa domu - zadaniowo tworzyliśmy bardzo zgrany tandem. Rzuciliśmy się w wir zajmowania sobie czasu wszystkim tylko nie sobą. Ale mimo wszystko było też zaufanie , miłość - czego zabrakło? rozmów , zainteresowania, troski, emocji , czułości, wspólnego spędzania czasu. Komputer - każdy miał swój , mąż gry on line , ja pewne forum , bez podtekstów czy flirtów, tematyczne . Mąż zaczął spędzać coraz więcej czasu , ja też, bardzo oddaliliśmy się od siebie. Miłość niezadbana jest smutna.
I stało się, poznałam kogoś kto mi dał to czego nie otrzymałam w małżeństwie. Romans trwał kilka miesięcy, mąż się dowiedział.
Były łzy , chęć wybaczenia i naprawy - z jego strony bardzo. Z mojej też. Ale coraz więcej czasu zaczął spędzać przy grze zagłuszając emocje , zaczęły się rozmowy przez skype , zamykanie w pokoju , w dodatku zaczął popijać piwo , dla trzeźwego alkoholika to oznacza powrót do nałogu, równia pochyła. Niedawno stwierdził, że nie jest w stanie mi wybaczyć i się z tym sam uporać, poszliśmy na terapię małżeńską. Byliśmy kilka razy. Nie widzę w nim chęci walki . Jest mu dobrze tak jak jest , jak stwierdził - czeka aż problem sam się rozwiąże w sensie, ze może on kogoś pozna albo ja a na razie chciałby trwać w tym co jest . Ja nie chcę - takie zawieszenie sprawia, ze pogłębia się moja depresja. Czasem mam myśli samobójcze. Siły do tego, żeby jakoś się trzymać daje mi córka - bardzo ją kocham.
Minęło 8 miesięcy od tej chwili którą gdybym mogła - cofnęłabym za wszelką cenę.
Kocham męża , ale nie mogę przebić tego muru który postawił wokół siebie. Bardzo cierpię kiedy wracam z pracy i słyszę całe popołudnie i wieczór radosną rozmowę za ścianą kiedy to rozmawia przez skype i gra w tą swoją grę popijając piwko- twierdzi, że z kolegami on line. Mnie nie poświęca już czasu.
Ostatnio rozmawialiśmy sporo o rozstaniu , o kupnie mieszkań , o technicznej stronie rozstania.
Ale mieszkamy jeszcze razem , mam nadzieję - ponoć nadzieja umiera ostatnia.
Bardzo mi ciężko , cierpię , z jednej strony chciałbym być z nim , kocham go - z drugiej zastanawiam się czy po 13 latach życia "obok" jesteśmy w stanie zmienić się na tyle, żeby spełnić swoje oczekiwania , żeby być blisko. No i kwestia zaufania i wybaczenia. On nie wybacza - taki typ, tak twierdzi i ja też wiem że taki jest.
Zastanawiam się od wielu dni , czy warto mieć nadzieję ...
Nie możesz tego rozpatrywać w takich kategoriach. Nadzieję się ma albo......się jej nie ma. Ty ją masz. Jak przestaniesz być w jej posiadaniu to problem sam się rozwiąże.
Długi ten romans. Też należę do typu, który nie wybacza. Tzn. tak mi się wydawało. To naprawdę indywidualna sprawa. On musi odreagować. Wiesz, zanim się coś sypnie to występują sygnały ostrzegawcze. Wtedy potrzebna jest rozmowa. Potem jest już trudno. On nie zrozumie tego, że tłumaczysz się tym, że nie dawał Ci tego czy tamtego. Z tego co piszesz to również Ty akceptowałaś stan "życia obok siebie" To nie On miał romans. Brak szczerej rozmowy prowadzi do takiego stanu w jakim jesteście. Czy warto walczyć? Skoro Go kochasz to jak najbardziej. Wyciągnęłaś Go z nałogu. To naprawdę duże osiągnięcie. Ja bym próbował na Twoim miejscu. On musi Ci pokazać, że też może się zabawić. To pewna forma podniesienia swojej wartości. Jakby nie patrzeć to również zraniona męska duma. Czasem potrzebny jest taki wstrząs, żeby dostrzec, że kogoś się kocha. Ma to niestety swoją cenę. Życzę powodzenia.
Czy warto mieć nadzieję?
Cóż, sama nadzieja niczego nie zmieni, niczego nie zbuduje.
Mam wrażenie, że czekasz na jakiś ruch ze strony swego męża. Tymczasem to Ty zdradziłaś. Czemu więc oczekujesz od męża, że on będzie zabiegał o Ciebie? Może zastanów się nad tym, w jaki sposób jemu możesz pomóc? Pomyśl, czego on potrzebuje od Ciebie?
Twierdzisz, że mężowi dobrze jest w takiej sytuacji. Skąd takie przypuszczenie? Często mężczyźni w trudnych dla siebie sytuacjach "idą do swej jaskini" i nie wychylają z niej czubka nosa. To sposób na przetrwanie.
Twierdzisz, że mąż nie walczy, że nie ma w nim chęci walki. A w Tobie jest? Może zacznij od siebie. Wszak to Ty zdradziłaś.
Witaj,
Kim jest nadzieja to wiadomo, to że umiera ostatnia też wiadomo choćby od strony wiary. Ale jest też ta 3 strona medalu... nadzieja jest też matką tych, co rozumem wciąż nie grzeszą jak mawia w jednym z utworów śp. Mirek Breguła - lider zespołu Universe. I wszystko się toczy dalej...
"Kto nie chce kiedy może, nie będzie mógł kiedy będzie chciał". To zdanie przyświecało mi cały czas do działania w kryzysie i motywuje do działania dalej w innych sprawach... bo wytrwałość siłę woli oznacza.
Zacznij naprawę małżeństwa od książki Dobsona "miłość wymaga stanowczości"; wertuj internet wszerz i wzdłuż szukaj, czytaj i pytaj. Tu zawsze znajdziesz pomoc. poradę, wsparcie.
Pisz co Cię boli... pomożemy na ile możemy.
Kobieto w rozterkach.....W żadnym razie nie zamierzam oceniać Ciebie. Myślę nawet, że to względnie naturalne, że "skusiłaś" się na coś czego nie otrzymywałaś w związku od wielu lat. Czy rozsądne, to już inny temat. Wiem, że są respondenci, którzy zarzuciliby Ci "łatwiznę". Zamiast naprawiać to co masz, dałaś się ponieść czemuś nowemu, "gotowemu". Dziś uświadamiasz sobie, że nie było warto. To jest jednak cena za uniesienia, których doświadczyłaś. Myślę, że mąż Twój wcale nie chce tego definitywnego rozstania. On po prostu hoduje "ból", którego doświadczył. I ustanowił dla Ciebie taką karę. Przy okazji raniąc siebie. W dalszym ciągu nie ma między Wami bliskości. Ta historia tak naprawdę niczego nie zmieniła, poza tym, że dała mu powody do ponownego popijania.Wiem o czym piszę, mając na myśli trzeźwego alkoholika. Osoby dotknięte tym piętnem, mają poważne zaburzenia, może nie w odczuwaniu, ale okazywaniu emocji. Bardziej nawet tych pozytywnych niż negatywnych. Wiem też, że liczenia na "samo się ułoży" to nie najlepszy pomysł. Piszesz, że tworzyliście tandem w sferze materialnej. Chyba po drodze, w tym pędzie codzienności, zgubiliście Siebie. To wcale nie takie rzadkie zjawisko. Jednak wielu partnerów uświadamia to sobie w momencie gdy zatrzeszczą posady związku. Byłam w podobnej sytuacji, tylko po drugiej stronie. Też na etapie technicznego układania rozstania. Tylko, że ja nie czułam żalu a jedynie urażoną dumę, że się odważył. Po tej historii przeżyliśmy jeszcze wspólnych pięć lat. Względnie przyzwoicie. Ale nigdy już niestety nie zapomniałam o tym. Tak to jest z tym wybaczaniem. Wybaczyć tak, zapomnieć nie. Myślę, że moglibyśmy "dobić" do tych 25 lat związku w ten sposób, ale tym razem to ja spotkałam kogoś, kto pokazał mi, że można inaczej. I zostawiłam tamto. Karkołomne posunięcie, ale nie żałuję. Ty masz szansę to poskładać ale uważam, że warunkiem jest odzyskanie bliskości. Nie takiej od sprzątania i chodzenia na zakupy. I nawet nie takiej od kwiatków i kolacji przy świecach. Prawdziwej. Takiej od rozmawiania bez wstydu i żenady o wszystkim. I jeszcze tylko....ostatnia rzecz która Ci pomoże to "dostrzeganie" tego piwa. Gdy zaczniesz picie stawiać na pierwszym miejscu w nawiązaniu "łączności", osiągniesz skutek odwrotny od zamierzonego. Przynajmniej na razie traktuj to jako sprawę drugorzędną. Przyjdzie na to czas później. Ale oczywiście, zrobisz jak uznasz za stosowne. Pozdrawiam i życzę powodzenia.
Nie możesz tego rozpatrywać w takich kategoriach. Nadzieję się ma albo......się jej nie ma. Ty ją masz. Jak przestaniesz być w jej posiadaniu to problem sam się rozwiąże.
mam jej coraz mniej - są dni, kiedy nie mam jej wcale i jestem zrezygnowana
kiedy jest lepszy dzień, kiedy zamienimy kilka słów - nadzieja wraca , tych dni jest mniej - kiedy są dni kiedy jest cały czas zamknięty w pokoju , unika kontaktu - nadzieja umiera
człowiek nie jest stworzony do takich huśtawek emocjonalnych ![]()
Czy warto walczyć? Skoro Go kochasz to jak najbardziej. Wyciągnęłaś Go z nałogu. To naprawdę duże osiągnięcie. Ja bym próbował na Twoim miejscu.
właśnie to mnie przeraża najbardziej - ja już chyba nie mam siły na taką walkę z nałogiem drugi raz , z alkoholizmem i jego uzależnieniem od komputera
On musi Ci pokazać, że też może się zabawić. To pewna forma podniesienia swojej wartości. Jakby nie patrzeć to również zraniona męska duma.
próbuję chłodno analizować , nie poddając się emocjom i obawiam się , że to nie to co piszesz
mąż jest człowiekiem, który nie uporał się emocjonalnie z alkoholizmem , zaczął terapię ale nie przeszedł przez etap pracy nad rozwojem osobistym i emocjonalnym , nie skończył jej
jak przestał wtedy pić, to zamienił to na granie na konsoli , potem na komputer - to od zawsze było , teraz się tylko spotęgowało bo uważa, że już nic nie musi , więc przestał się kontrolować
Mam wrażenie, że czekasz na jakiś ruch ze strony swego męża. Tymczasem to Ty zdradziłaś. Czemu więc oczekujesz od męża, że on będzie zabiegał o Ciebie? Może zastanów się nad tym, w jaki sposób jemu możesz pomóc? Pomyśl, czego on potrzebuje od Ciebie?
w dzień - niczego, jestem dla niego powietrzem
w nocy - przytula się , chce czegoś więcej
a ja nie potrafię - po usłyszanych słowach , że dla niego teraz to tylko mechaniczne przeżycie , że nie czuje potrzeby być mi wiernym i może kiedyś skorzysta z okazji , że nie chce robić mi nadziei i dla niego jest to tylko potrzeba zaspokojenia bliskości bez zobowiązań - po prostu nie potrafię, czuję się jak rzecz po którą można sięgać tylko wtedy kiedy się chce
i tu sytuacja się pogarsza, bo kiedy odmawiam , w dzień jest jeszcze bardziej obojętny - o ile to w ogóle możliwe
Witaj,
Zacznij naprawę małżeństwa od książki Dobsona "miłość wymaga stanowczości"; wertuj internet wszerz i wzdłuż szukaj, czytaj i pytaj.
nic innego nie robię od kilku miesięcy , na zamianę zależnie od gorszego lub lepszego dnia wpisuję w google "czy , kiedy i jak warto ratować związek" na zmianę z "mieszkania na sprzedaż"
Tu zawsze znajdziesz pomoc. poradę, wsparcie.Pisz co Cię boli... pomożemy na ile możemy.
dziękuję za wyciągnięcie do mnie ręki - to dla mnie bardzo trudny czas
wiem, że nikt nie znajdzie dla mnie złotego środka , ale po prostu zwyczajnie rozważam jak w temacie "czy warto" - dla mnie i dla niego , osobno czy razem - co będzie lepsze
W dalszym ciągu nie ma między Wami bliskości.
to prawda , jesteśmy jak dwa jeże zamknięte każde w swoim świecie i obwarowane kolcami - takie też mamy charaktery od zawsze - oboje zamknięci, uparci, zawzięci , dumni , nie potrafimy prosić
czasem myślę, że gdybyśmy trafili na ciepłe osoby , uczuciowe i otwarte - nasze życie potoczyłoby się inaczej
Ta historia tak naprawdę niczego nie zmieniła, poza tym, że dała mu powody do ponownego popijania.Wiem o czym piszę, mając na myśli trzeźwego alkoholika. Osoby dotknięte tym piętnem, mają poważne zaburzenia, może nie w odczuwaniu, ale okazywaniu emocji. Bardziej nawet tych pozytywnych niż negatywnych.
to prawda
Myślę, że moglibyśmy "dobić" do tych 25 lat związku w ten sposób, ale tym razem to ja spotkałam kogoś, kto pokazał mi, że można inaczej. I zostawiłam tamto. Karkołomne posunięcie, ale nie żałuję.
podarowałaś sobie szansę na szczęście
Ty masz szansę to poskładać ale uważam, że warunkiem jest odzyskanie bliskości. Nie takiej od sprzątania i chodzenia na zakupy. I nawet nie takiej od kwiatków i kolacji przy świecach. Prawdziwej. Takiej od rozmawiania bez wstydu i żenady o wszystkim.
nigdy tego między nami nie było
I jeszcze tylko....ostatnia rzecz która Ci pomoże to "dostrzeganie" tego piwa. Gdy zaczniesz picie stawiać na pierwszym miejscu w nawiązaniu "łączności", osiągniesz skutek odwrotny od zamierzonego. Przynajmniej na razie traktuj to jako sprawę drugorzędną. Przyjdzie na to czas później.
Mąż przez lata "nie picia" był człowiekiem dobrym , inteligentnym, spokojnym - ale pamiętam inne czasy i nigdy ich nie zapomnę - sporo czasu zajęło mi uporanie się z uczuciami , które wzbudzał we mnie pijąc - z odzyskaniem zaufania , wybaczeniem krzywd
On nigdy nie widział tego problemu , nawet kiedy przestał pić - twierdził, że przesadzam i wyolbrzymiam , że nie było tak źle - wielu rzeczy nie pamiętał
Nawet na terapii małżeńskiej wyszło, że nie doceniał mnie , nie liczył się z moimi uczuciami , potrzebami , zawsze wszystko co robiłam było mało ważne, choć to ja trzymałam przez te wszystkie lata całe nasze życie w garści - on zawsze twierdził, że to dlatego że ja jestem bardziej dyspozycyjną osobą bo taką mam pracę która mi na to pozwala
Często życie mnie przytłaczało, kiedy brakowało kasy a jego odpowiedzią na problemy było "zacisnąć pasa" , kiedy miałam problem a usłyszałam "nie" , kiedy potrzebowałam od swojego faceta troski choćby w tak głupiej sprawie jak odbiór z lotniska , to twierdził , że mam samochód to powinnam sobie pojechać, oddać na parking płatny i wrócić samochodem po podróży - z czasem przestałam prosić i sama się wszystkim zajmowałam , jestem bardzo samodzielną osobą , znajomi mówią, że spadam zawsze na cztery łapy
A ja czułam się nie warta uwagi , nieważna
I kiedy tak patrzę z perspektywy czasu , to wiem że źle postąpiłam , przykro mi bardzo i to aż boli wewnętrznie , że tak bardzo męża skrzywdziłam - że zabrałam mu poczucie bezpieczeństwa , że zburzyłam mu świat .
Wiem, że nie załatwia się spraw w ten sposób i wiem też, że krok który zrobiłam jest krokiem nieodwracalnym .
I znam go , i wiem że jeśli po 8 miesiącach nie ma poprawy , to raczej już jej nie będzie - wiem, bo powiedział mi to - że nawet gdybym przez resztę życia była przykładną żoną to on i tak będzie miał to w sobie , nie zapomni i nie wybaczy . To człowiek o bardzo zatwardziałych poglądach , niezbyt tolerancyjny , ale nie jest złym człowiekiem.
I nasuwa mi się pytanie - czy pomimo tego, ze kochamy się i nie chcemy dla siebie krzywdy - czy można tak żyć już zawsze ? z brakiem szacunku, zaufania, z lekiem, strachem, żalem?
czy warto tak przeżyć resztę życia pomimo tego, że wiemy że jesteśmy miłościami swojego życia i kiedyś chcieliśmy się razem zestarzeć?
czy samo uczucie , bez zaplecza w postaci bliskości , troski, chęci i radości z wspólnie spędzonego czasu - wystarczy?
czy warto?
Poczytaj wątek "jest źle, mam 36 lat i rozwód" tam się spotkali ludzie z różnych "światów" i problemów i ciągając się wspólnymi siłami za uszy wyszli z dołka.
Czy warto walczyć?
Warto ale jeśli nie o związek to o siebie i niekiedy nie kosztem związku.
Poczytaj wątek "jest źle, mam 36 lat i rozwód" tam się spotkali ludzie z różnych "światów" i problemów i ciągając się wspólnymi siłami za uszy wyszli z dołka.
jezzzusie - prawie 400 stron - rok to będę czytać ![]()
Czy warto walczyć?
Warto ale jeśli nie o związek to o siebie i niekiedy nie kosztem związku.
na tą chwilę jestem tak rozbita , że nie wiem o co mam walczyć i czy w ogóle - galopada myśli, mam wrażenie że w jednej sekundzie mam ze 100 myśli, każda z sobą sprzeczna
bags - zajrzałam na ostatnie strony waszego wątku - i wydaje mi się , że ja tam do Was nie pasuję - po pierwsze to ja jestem "ta zła" , ta która skrzywdziłam , ta z wyrzutami sumienia - po drugie - rozwód jeśli do niego dojdzie będzie na pewno traumatycznym przeżyciem dla wszystkich - ale polubowny i bez szarpaniny
strasznie to smutne to co poczytałam
- tak smutne jest to, że można sobie aż tak życie uprzykrzać rozstając się , jakby nie można było kulturalnie się rozstać choćby dla dobra dzieci , dla ich zdrowia psychicznego i poczucia bezpieczeństwa i tak nadwątlonego przez rozstanie rodziców - strasznie smutno mi się zrobiło ...
(...)
trudna24 napisał/a:W dalszym ciągu nie ma między Wami bliskości.
to prawda , jesteśmy jak dwa jeże zamknięte każde w swoim świecie i obwarowane kolcami - takie też mamy charaktery od zawsze - oboje zamknięci, uparci, zawzięci , dumni , nie potrafimy prosić
czasem myślę, że gdybyśmy trafili na ciepłe osoby , uczuciowe i otwarte - nasze życie potoczyłoby się inaczej (...)
To może tutaj tkwi rozwiązanie Twoich i Twego męża problemów?
Może najwyższy czas i ostatnia szansa na schowanie kolców i pokazanie, mimo obaw, miękkiego brzuszka?
Zaczniesz?
bags - zajrzałam na ostatnie strony waszego wątku - i wydaje mi się , że ja tam do Was nie pasuję - po pierwsze to ja jestem "ta zła" , ta która skrzywdziłam , ta z wyrzutami sumienia - po drugie - rozwód jeśli do niego dojdzie będzie na pewno traumatycznym przeżyciem dla wszystkich - ale polubowny i bez szarpaniny
strasznie to smutne to co poczytałam- tak smutne jest to, że można sobie aż tak życie uprzykrzać rozstając się , jakby nie można było kulturalnie się rozstać choćby dla dobra dzieci , dla ich zdrowia psychicznego i poczucia bezpieczeństwa i tak nadwątlonego przez rozstanie rodziców - strasznie smutno mi się zrobiło ...
Wątek jest założony przez porzuconego faceta - męża a dołączyły do wspierania Jego osoby też porzucone w większości poprzez zdradę. Zanim tam trafiłem, to też miałem te wątpliwości, czy aby jestem tym złym czy może pokrzywdzonym. Wyszło na to drugie. Ciągamy się - te 400 - stron z dołka za uszy - gdzie rozwód jest raczej nieunikniony - ku lepszemu jutrzejszemu dniu. Bo albo pozwalamy sobie być ofiarą albo walczymy o własną godność... w tym wypadku po porzuceniach, zdradach w różnym wydaniu. Mimo, że one są "tematem przewodnim" to każdemu pomagamy znaleźć światełko w tunelu ku szczęściu.
tylko zacząć trzeba od siebie i określenia się kim jestem/byłem w związku...
To może tutaj tkwi rozwiązanie Twoich i Twego męża problemów?
Może najwyższy czas i ostatnia szansa na schowanie kolców i pokazanie, mimo obaw, miękkiego brzuszka?
to byłaby raczej zmiana jednostronna - mąż twierdzi , że emocjonalni to są geje i że nie będzie się zmieniał, bo nie ma sensu stawanie się inną osobą ![]()
Zaczniesz?
nie wiem - boję się
zadaję sobie jak mantrę non stop jedno pytanie: czy jest sens ?
czy po 13 latach życia obok siebie i po zdradzie jest możliwe zbudować coś od nowa wiedząc, że nie zmienimy się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki?
jesteśmy oboje blisko 40-stki
Oboje boicie się tego samego: okazania swych uczuć. Bo czymże innym jest stwierdzenie męża o tym, że tylko geje okazują emocje?
Czy jest sens okazywania uczuć, mimo lęków i obaw? Moim zdaniem tak, jest to sensowne.
Czy można reaktywować związek, mimo zdrady? Można.
tylko zacząć trzeba od siebie i określenia się kim jestem/byłem w związku...
nie ma jednoznacznej odpowiedzi - jesteśmy z mężem raczej w stosunkach partnersko-przyjacielskich od lat , wiem kim na pewno nie byłam - nie czułam się jak kobieta "zaopiekowana" , czułam jakby wszystko było na moich barkach a ogrom pracy którą wykonywałam nie był doceniony , tak ma być - ktoś musi i już...
oczywiście podejrzewam o co ci chodzi - ofiara czy sprawca - ani to , ani to - uważam, że za rozpad związku i problemy w związku odpowiadają obie strony
Oboje boicie się tego samego: okazania swych uczuć. Bo czymże innym jest stwierdzenie męża o tym, że tylko geje okazują emocje?
zawsze myślałam, że przejawem nietolerancji wobec gejów , bo mąż jest generalnie nietolerancyjny
Czy jest sens okazywania uczuć, mimo lęków i obaw? Moim zdaniem tak, jest to sensowne.
i cholernie trudne waląc głową w bardzo mocny mur
Czy można reaktywować związek, mimo zdrady? Można.
nie reaktywować, tylko zbudować - na całkiem nowych zasadach bo te co były do tej pory zapędziły nas w grę "każdy sobie rzepkę skrobie" i "każdy ciągnie w swoja stronę" ![]()
Nietolerancja jest efektem lęków i obaw.
Wyjście na świat z pancerza udawanej twardości, udawanego braku uczuć jest trudne, lecz możliwe.
Mało tego, jest (znowu moim zdaniem) opłacalne. Oczywiście, człek wówczas przeżywa różne nieprzyjemne uczucia, ale przeżywa również mnóstwo tych wspaniałych.
Wysyłam Ci wagon odwagi. ![]()
Nietolerancja jest efektem lęków i obaw.
Wyjście na świat z pancerza udawanej twardości, udawanego braku uczuć jest trudne, lecz możliwe.
Mało tego, jest (znowu moim zdaniem) opłacalne. Oczywiście, człek wówczas przeżywa różne nieprzyjemne uczucia, ale przeżywa również mnóstwo tych wspaniałych.
wierzę , ale jak wydobyć tą chęć z męża? żeby chciał tak jak nie chce?
Wysyłam Ci wagon odwagi.
dziękuję , przyda się ![]()
Zacznij od siebie.
Zacznij od wyjścia z własnej skorupy, zacznij okazywać uczucia.
Entuzjazm jest zaraźliwy. Determinacja - również.
Zacznij od siebie.
![]()
Zacznij od wyjścia z własnej skorupy, zacznij okazywać uczucia.
mam wrażenie że okazywanie uczuć nie rozwiąże wszystkich naszych problemów
Entuzjazm jest zaraźliwy. Determinacja - również.
ciężko mi z siebie cokolwiek wykrzesać pozytywnego - borykam się z depresją od kilku ładnych miesięcy , nie mam wsparcia w nikim poza grupą terapeutyczną - leków brać nie mogę, ponieważ prowadzę samochód - ogólnie ciężko mi się czasem nawet uśmiechnąć, tak mnie wszystko przytłacza - o entuzjazmie nawet nie ma co marzyć
czasem się zastanawiam, czy przypadkiem nie należę do tych osób które powinny być same , może ja się nie nadaję do stworzenia prawdziwego, ciepłego związku
kocham moje córki (jedna już od niedawna dorosła), potrafię im to powiedzieć, potrafię je tulić - ale okazywanie uczuć mężczyznom przychodzi mi z ogromnym trudem - może ja nie potrafię...
Oboje uciekacie od tego samego, od okazywania uczuć.
Ty uciekłaś w depresję, Twój mąż - w uzależnienia.
Oczywiście, że okazywanie uczuć nie jest panaceum na wszystko, ale czy ktokolwiek twierdzi inaczej?
Twierdzisz, że nie potrafisz okazywać uczuć mężczyznom.
Rozumiem. Tyle tylko, że jest to... umiejętność. A jeśli tak, to możesz się jej nauczyć. Kiedyś nie umiałaś chodzić. ![]()
Oboje uciekacie od tego samego, od okazywania uczuć.
Ty uciekłaś w depresję, Twój mąż - w uzależnienia.
tak to chyba wygląda niestety
Oczywiście, że okazywanie uczuć nie jest panaceum na wszystko, ale czy ktokolwiek twierdzi inaczej?
Twierdzisz, że nie potrafisz okazywać uczuć mężczyznom.
Rozumiem. Tyle tylko, że jest to... umiejętność. A jeśli tak, to możesz się jej nauczyć. Kiedyś nie umiałaś chodzić.
umiejętność powiadasz
może i umiejętność - częściowo
najpierw trzeba się pozbyć lęku - przed wykorzystaniem , przed skrzywdzeniem, przed odrzuceniem , przed nieodwzajemnieniem ... mnóstwa lęków , jak to zrobić ?
siedzenie "w skorupie" zawsze było bezpieczne , wiele w życiu przeszłam i nie jest bezzasadne , nie wzięło się znikąd - jestem raczej ostrożna i niewylewna trochę wskutek doświadczeń, a trochę z natury
mąż tez ma swoje powody , też jest człowiekiem tak już ukształtowanym
żeby się nauczyć, najpierw trzeba się pozbyć lęków
żeby pozbyć się lęków - trzeba zaufać
trudno zaufać, kiedy jedna strona zdradziła , a druga zawiodła oczekiwania w inny sposób
pojawia się lęk
koło się zamyka
Powiadasz, że najpierw trzeba pozbyć się lęku, by zacząć uczyć się okazywania uczuć? W ten sposób bardzo starannie utwierdzasz się w swym przekonaniu, że nic nie jest dla Ciebie możliwym w tej sprawie.
Chciałam różne rzeczy napisać, ale postanowiłam, że zamiast udowadniać Ci, że Twe myślenie jest błędne, proponuję, byś przeczytała bardzo dokładnie zdania z mej sygnatury.
Wielokropek napisał/a:Oboje uciekacie od tego samego, od okazywania uczuć.
Ty uciekłaś w depresję, Twój mąż - w uzależnienia.tak to chyba wygląda niestety
Wielokropek napisał/a:Oczywiście, że okazywanie uczuć nie jest panaceum na wszystko, ale czy ktokolwiek twierdzi inaczej?
Twierdzisz, że nie potrafisz okazywać uczuć mężczyznom.
Rozumiem. Tyle tylko, że jest to... umiejętność. A jeśli tak, to możesz się jej nauczyć. Kiedyś nie umiałaś chodzić.umiejętność powiadasz
może i umiejętność - częściowo
najpierw trzeba się pozbyć lęku - przed wykorzystaniem , przed skrzywdzeniem, przed odrzuceniem , przed nieodwzajemnieniem ... mnóstwa lęków , jak to zrobić ?
siedzenie "w skorupie" zawsze było bezpieczne , wiele w życiu przeszłam i nie jest bezzasadne , nie wzięło się znikąd - jestem raczej ostrożna i niewylewna trochę wskutek doświadczeń, a trochę z natury
mąż tez ma swoje powody , też jest człowiekiem tak już ukształtowanymżeby się nauczyć, najpierw trzeba się pozbyć lęków
żeby pozbyć się lęków - trzeba zaufać
trudno zaufać, kiedy jedna strona zdradziła , a druga zawiodła oczekiwania w inny sposób
pojawia się lęk
koło się zamyka
Świetnie rozumiem Ciebie. Mam ten problem....jeszcze. Dopiero uczę się. Mam jednak nauczyciela, który potrafi tylko w ten sposób. Okazywać i "wyciągać" ode mnie. Też jednak nie jest mi łatwo. To pancerz. Hodowany przez lata.....gruby jak diabli. Boli gdy usiłuję się przebić.
Jednak myślę, ze w tej sytuacji.....nie masz chyba nic do "stracenia". Jeżeli nie spróbujesz będziesz sobie to "wyrzucać". Sama nie potrafisz, a jeszcze miałabyś uczyć okazywania emocji męża. Wiem, że zabrzmi to dla Ciebie jak - niewykonalne. Widzisz inne rozwiązanie aby dotrzeć wzajemnie do siebie? Myślę, że nie. Oczywiście możesz się poddać, zapiec w bólu, poargumentować, że zawsze wszystko sama...Tylko, że to "łatwizna". Tyle już zrobiłaś aby dojść tutaj. Nie szkoda tego wszystkiego? Ktoś w tym duecie musi się przełamać, a mąż Twój czuje się zraniony przez Ciebie więc to nie będzie on. Oczywiście, że może się nie udać. Będziesz jednak wiedziała, że zrobiłaś wszystko co mogłaś. Myślisz, że nie warto?
Chciałam różne rzeczy napisać, ale postanowiłam, że zamiast udowadniać Ci, że Twe myślenie jest błędne, proponuję, byś przeczytała bardzo dokładnie zdania z mej sygnatury.
tak , już wcześniej czytałam , rozmyślałam
powinnam najpierw odpowiedzieć sobie na pytanie : czy chcę
chcę, ale w obliczu tego, co mąż mówi - boję się że to już teraz pozamiatane - on nie chce , nie chce się zaangażować , ja też się boję -zadaję sobie pytanie czy to nas uszczęśliwi
czy ja chcę bardzo? najbardziej? za wszelką cenę?
nie wiem - mam 38 lat , czas upływa - a jak obudzę się za 5 lat w tym samym miejscu co teraz ? w miejscu, które pokaże że czas wspólny był czasem straconym? że nie potrafimy nic zmienić ? co jeśli do końca życia już będę żyć z braku chęci do walki o siebie z człowiekiem, który stracił do mnie na zawsze szacunek, zaufanie, który jest ze mną z wygody i lęku przed samotnością? który nie czując się już związany moja lojalnością może odwinąć mi taki sam numer , i otwarcie o tym mówi? brak zaufania z obu stron i poczucia bezpieczeństwa ...
mimo wszystko próbuje nadal, ale czuję, że biję głową w bardzo gruby mur - każda moja propozycja wspólnego spędzenia czasu jest bez odzewu , wieczory i popołudnia spędza przy kompie - wręcz powiedział mi przed świętami , że nie sprawia mu radości spędzanie ze mną czasu , odgania się ode mnie jak od muchy - i co według ciebie powinnam zrobić? zmusić go?
jak okazać uczucia kiedy w dzień ma mnie gdzieś , a przypomina sobie o mnie w nocy kiedy potrzebuje - czyli w zasadzie nic nowego, jak przez całe nasze wspólne życie... ulec i rozłożyć nogi udając szczęśliwą nawet jeśli czuję się wtedy jak rzecz?
w poniedziałek mamy czwarte spotkanie terapii małżeńskiej , powiedział że nie chce już iść , że decyzję o rozstaniu już podjął bo nie jest w stanie mi wybaczyć i zapomnieć , ale poprosiłam żeby jeszcze wziąć udział w tym spotkaniu - nie mam pojęcia jak się na tym spotkaniu zachować ![]()
Jednak myślę, ze w tej sytuacji.....nie masz chyba nic do "stracenia". Jeżeli nie spróbujesz będziesz sobie to "wyrzucać". Sama nie potrafisz, a jeszcze miałabyś uczyć okazywania emocji męża.
ok, ale jak to zrobić kiedy on nie dopuszcza mnie do siebie ? jak okazywać uczucia w takiej sytuacji?
Cały czas myślisz, by zmienić się po to, by naprawić/zbudować związek, by zrobić to dla męża. Proponuję, byś te zmiany w sobie zrobiła z czystego egoizmu, dla siebie.
Pytasz, jak okazać uczucia, gdy on nic od Ciebie nie chce.
A jak okazujesz uczucia swym córkom? Jak okazywałaś, gdy przechodziły czas buntu, gdy jedyną rzeczą, którą od Ciebie chciały, był święty spokój? Mężowi możesz okazać je podobnie, bez narzucania się. Możesz powiedzieć dobre, ciepłe, słowo nawet "w przelocie".
Jak się zachować na spotkaniu z terapeutą? Naturalnie, adekwatnie do przeżywanych uczuć.
Dziękuję za wsparcie , zrozumienie i rady , dziewczyny - spróbuję jutro coś zmienić w swoim zachowaniu , na lepsze. Dziś już pora spać- mąż pewnie posiedzi jak zwykle w weekend do 4 przy piwkach , nie ma na co czekać.
Dobranoc ![]()
28 2013-01-06 10:39:46 Ostatnio edytowany przez Lexpar (2013-01-06 10:40:05)
Kobieto jestem facetem, jestem mężem i uważam, że powinnaś walczyć. Musisz się otworzyć, otworzyć na 100%. Wiem jak czuje się Twój mąż. Ale czy to tylko Twoja wina, że tak się stało? Teraz Wy żyjecie każdy w swoim świecie. Musisz być cierpliwa, skrzywdziłaś go okrutnie, ale to nie znaczy, że Ci nie wybaczy.
Kobieto jestem facetem, jestem mężem i uważam, że powinnaś walczyć. Musisz się otworzyć, otworzyć na 100%. Wiem jak czuje się Twój mąż. Ale czy to tylko Twoja wina, że tak się stało? Teraz Wy żyjecie każdy w swoim świecie.
nie tylko TERAZ - zawsze tak żyliśmy
od zawsze: raz w tygodniu robiliśmy wspólnie zakupy, raz w tygodniu wspólnie sprzątaliśmy dzieląc się obowiązkami , czasem obejrzeliśmy razem jakiś film w tv , czasem sex, sporadycznie szliśmy z córką do kina
nie mamy wspólnych zainteresowań, nie mamy wspólnych znajomych - garstka którą mieliśmy wykruszyła się kiedy przestaliśmy brać udział w życiu towarzyskim wskutek leczenia jego nałogu , a potem budowy domu i wyprowadzki na peryferie
znajomych mamy osobno , każdy ma swój świat - początkowo tylko on line , a z czasem znajomości przekształciły się w realne już w rzeczywistym świecie po latach - ludzie poznani na spotkaniach integracyjnych ... nigdy z podtekstami , tylko znajomości
żadne z nas nie chciało uczestniczyć w "świecie" drugiego tłumacząc zbyt odległą tematyką , nudą na wyjazdach
od lat każde z nas ma swoje życie
wspólny zbiór jest niewielki , czasem miałam wrażenie, że jesteśmy lokatorami w jakimś domu , zamienione tylko "cześć, czy chcesz też kawę" raz na dzień w kuchni dużego domu gdzie każde ma swój pokój , naprawdę wiem jak to zabrzmi, ale naprawdę bywało, że nie odzywaliśmy się do siebie prawie w ogóle przez kilka dni
to prawda - moja wina , nie zrobiłam nic żeby to zmienić , ale on też nie - pasowało mu takie bezemocjonalne życie - sam to potwierdził na terapiach , mówił o tym ze jest samcem alfa - jeśli stado jest najedzone i zadbane to jemu więcej nie potrzeba , że jeśli coś działa według niego to nie ma sensu niczego zmieniać
no i stało się - spotkałam po latach takiego życia człowieka opiekuńczego, troskliwego , dbającego , empatycznego, ciepłego, pamiętającego o datach i prezentach - po prostu straciłam głowę - wiem, poszłam na łatwiznę , nie da się tego usprawiedliwić - powinno się zakończyć najpierw jeden związek, by zacząć kolejny , ale - stało się , nie da się cofnąć czasu
Musisz być cierpliwa, skrzywdziłaś go okrutnie, ale to nie znaczy, że Ci nie wybaczy.
ani nie wybaczy , ani nie zapomni - znam go , jest bardzo pamiętliwy
i kolejny raz zadaję sobie pytanie - czy w kontekście takiego życia od lat obok siebie , wykształconych nawyków , trudności i niechęci w zmianie zachowań nie lepiej powiedzieć sobie "kocham cię, ale nie mogę z tobą być" - dając tym samym szansę sobie i jemu na lepszą przyszłość, na znalezienie osoby która da takie prawdziwe szczęście i spełni nasze oczekiwania?
jesteśmy mimo wszystko przyjaciółmi , pomimo tego że zaufanie z perspektywy małżonków zostało zniszczone - nie ma u nas kłótni, ani krzyków, ani złośliwości - kiedy rozmawiamy o rozstaniu obojgu jest nam smutno, przeraża nas bycie samemu po tylu latach , układanie sobie od nowa życia
ale
często myślę , że tak będzie lepiej? czy to pójście na łatwiznę, czy realne spojrzenie na sprawę?
kiedy słyszę za ścianą jak radośnie luźno rozmawia z tymi ludźmi - to wiem, ze u nas tego nie ma i być może nie będzie już bo nie sprawia mu radości spędzanie ze mną czasu tak całkiem na luzie , stracił zaufanie i szacunek , kontroluje się
i do tego sprawa uzależnień
rozum mówi: daj spokój , nie dasz rady, nie wchodź w to drugi raz tym bardziej że on mówi że nie chce
serce mówi: ale nie jest mi obojętny - tylko co to jest ten brak obojętności? wyrzuty sumienia, lęk o to żeby się nie stoczył, przyzwyczajenie , troska... miłość? tak, można kochać wiele osób na wiele sposobów
pewnie mi zarzucicie, że za dużo filozofuję - ale czy nie na tym polega szukanie odpowiedzi? czy nie na poruszaniu wielu aspektów, wielu emocji , wielu wspomnień , wielu rozwiązań ?
nic nie jest tylko czarne ani tylko białe , jest jeszcze cała gama innych odcieni
nikt nie powiedział, że jeśli się kogoś kocha to najlepszym wyjściem jest być z nim bez względu na wszystko inne
nigdzie nie jest napisane , że tylko zdradzony cierpi i wątpi , wszak nie ma dymu bez ognia
nigdzie nie jest napisane, że jeśli mąż jest po prostu dobrym człowiekiem to mam z nim trwać - dobrych ludzi na świecie jest wielu i nic z tego nie wynika
boję się
boję się najbardziej tego, że podejmę ten trud a to i tak nic nie zmieni , boję się tego trudu - to dla mnie heroiczny trud mając tak ogromny żal w sobie za te wszystkie lata braku uwagi i opieki , wszystko krzyczy "on miał już swoje szanse" , nigdy nie pamiętał o walentynkach , zapominał o urodzinach , nie dbał o to co czuję , nie byliśmy blisko
boje się też tego , że nie wybaczy - że zawsze będzie patrzył na mnie z taką rezerwą i brakiem "tego czegoś" oczach , że nie będzie chciał dołożyć swojej cegiełki i zbudować czegoś nowego , bo jeśli miałoby być to "stare" to ja nie chcę
a na teraz on nie chce walczyć o ten związek, poddał się
na dziś uczucie najbliższe mi - to zwątpienie - w siebie przede wszystkim , bo nie wiem czego chcę
jutro terapia - zobaczymy
30 2013-01-06 20:07:00 Ostatnio edytowany przez ban (2013-01-06 20:22:29)
czego zabrakło? rozmów , zainteresowania, troski, emocji , czułości, wspólnego spędzania czasu.
Tak -- wspólnego spędzania czasu zabrakło. A szacunek u Was jest? Szanujecie się, czy gnoicie, wdeptujecie w ziemię kasując wzajemnie swoją wolną wolę?
Rozmowy, wspólne zainteresowania, troska, emocje, czułości -- mniej ważne moim zdaniem.
Jest mu dobrze tak jak jest , jak stwierdził - czeka aż problem sam się rozwiąże w sensie, ze może on kogoś pozna albo ja a na razie chciałby trwać w tym co jest
No i słuchaj koleżanko! Ten twój mąż powiedział świetnie -- trzeba zaczekać. I to samo Ci radzę. Poczekajcie jeszcze jakiś czas, spróbuj spędzać z mężem trochę więcej czasu, potem zaczniecie budować coś od nowa.
To jest idealne wyjście w przypadku zdrady -- nie rozstawać się, ale powolutku zacząć dryfować we właściwą stronę. Można się coraz bardziej oddalać, a można też być ze sobą coraz bliżej.
Niech się śmieje przy piwie i ekranie -- daj mu tę wolność.
Bardzo mi ciężko , cierpię , z jednej strony chciałbym być z nim , kocham go
Napisz mu to w mailu.
- z drugiej zastanawiam się czy po 13 latach życia "obok" jesteśmy w stanie zmienić się na tyle, żeby spełnić swoje oczekiwania , żeby być blisko.
NIE jesteście w stanie się zmienić, bo to nie będzie trwałe.
Możecie być BLIŻEJ -- do tego trzeba dwojga.
No i kwestia zaufania i wybaczenia. On nie wybacza - taki typ, tak twierdzi i ja też wiem że taki jest.
Ma rację. Niech pamięta, nie zapomina i broń boże nie wymagaj tego od niego. Zdrada to nie koniec świata. Wciąż możecie zacząć RAZEM BLIŻEJ siebie iść przez życie. Nie ma problemu. Ale nie wymagaj od niego aby robił to co Ty chcesz (np. aby nie śmiał się do ekranu).
Zastanawiam się od wielu dni , czy warto mieć nadzieję ...
Przestań zadręczać się tą nadzieją. Spójrz na to co jest teraz i w jaki sposób możesz się do niego zbliżyć. Nie wymagaj obietnic, nie wymagaj przebaczenia, nie wymagaj deklaracji, nie obiecuj, nie przepraszaj, nie bądź cukierkowa. Bądź taka jaką chciałabyś być np. za 5 lat -- normalna, bądź sobą.
I teraz najważniejsze -- jak się kocha to się chce spędzać z tą osobą czas. To podstawa -- chce się być blisko niej. A czy musisz stawiać wymagania typu walentynki, urodziny, prezenty? Czy Wy w ogóle dacie rady gdziekolwiek razem wyjść, aby być ze sobą? Np. do kina, do kawiarni, na tenisa? Czy dacie rady razem rano pić kawę? Razem oglądnąć TV? Czy on kiedykolwiek chce spędzić z Tobą czas?
Mówisz, że nie ma między wami złych uczuć, a rozmowy o rozstaniu napawają Was smutkiem. Czy te dwie osoby muszą debatować jak się rozstać, choć nawet decyzja o rozstaniu jeszcze nie zapadła? Nie lepiej debatować jak być bliżej siebie -- "Czy zechciałbyś mężu pójść ze mną do kina na nowego Bonda?"...
Szkoda, że on nie zna zdrady z drugiej strony, bo więcej by rozumiał. Wydaje mi się, że większą szansę na uratowanie związku mają małżeństwa, gdzie zdrada była po obu stronach. Wtedy ludzie wiedzą, że jak romans się kończy, to nie zostaje z romansu nic, a w małżeństwie jest wiele więzi, ktore mogą łączyć i być może nie giną nigdy.
Twoja zdrada nie była wymierzona w małżonka -- po prostu romans coś Ci dał więcej w życiu. Ważniejsze jest to co działo się między Wami. To chyba teraz boli, a nie zdrada. Zdrada tylko zniszczyła więź o nazwie "wierność". Pytanie co pozostało poza tym? Co jeszcze Was łączy?
31 2013-01-06 23:55:04 Ostatnio edytowany przez kobieta w rozterkach (2013-01-06 23:57:15)
Niech się śmieje przy piwie i ekranie -- daj mu tę wolność.
czy również wtedy , kiedy w telefonie ma 29 połączeń do i od "Monia gra" , historię sms skasowaną na bieżąco , i oznajmił mi kilka dni temu że na zlot z gry wybiera się z końcem stycznia ? piszę to w kontekście informacji, którą mi przekazał na terapii , czyli że nie czuje się już w obowiązku dochować mi wierności i być może kiedyś skorzysta ...
edit: te 29 połączeń ma od wigilii , bo od wtedy ma nowy telefon ....
Rozmawiałam w nocy z mężem . Powiedziałam mu o swoich obawach , o tym co wiem.
Stwierdził, że to nic poważnego, ale czas pokaże. Czyli intuicja mnie nie myliła. Powiedziałam mu, że boli mnie to, że nie nastawia się na polepszenie naszej sytuacji, tylko na szukanie czegoś nowego . Że widzę jak boli zdrada i nie chcę być skrzywdzona w ten sam sposób , że myśl że to trwanie z sobą to czekanie aż sobie kogoś znajdzie doprowadzi mnie do szaleństwa , będzie pogłębiało z kolei mój brak zaufania i bardziej się zapętlimy , a z czasem znienawidzimy.
Stwierdził, że sam nie wie czego chce , ale wie na pewno, ze nie jest w stanie żyć z tym piętnem. Powiedziałam mu, że widzę jak się szarpie wewnętrznie a ja nie jestem w stanie przebić się przez ten mur który wokół siebie zbudował i zrobić cokolwiek. Powiedział , że dobrze już nigdy nie będzie ale ciężko mu się rozstać z domem i dzieckiem. Odpowiedziałam, że nie jest dobre trwanie z sobą tylko dla domu i tylko dla dziecka.
I wiem jedno - sama myśl, że zaangażował się z kimś emocjonalnie boli jak cholera , mogę sobie wyobrazić tylko jak boli zdrada . Nie chcę tego przeżywać.
Chyba wszystko zmierza do rozstania.
Tak -- wspólnego spędzania czasu zabrakło. A szacunek u Was jest? Szanujecie się, czy gnoicie, wdeptujecie w ziemię kasując wzajemnie swoją wolną wolę?
nie wdeptujemy się w ziemię - staramy się być wobec siebie uprzejmi jeśli już coś wspólnie robimy...
Rozmowy, wspólne zainteresowania, troska, emocje, czułości -- mniej ważne moim zdaniem.
uważam, że nie masz racji
I teraz najważniejsze -- jak się kocha to się chce spędzać z tą osobą czas. To podstawa -- chce się być blisko niej. A czy musisz stawiać wymagania typu walentynki, urodziny, prezenty? Czy Wy w ogóle dacie rady gdziekolwiek razem wyjść, aby być ze sobą? Np. do kina, do kawiarni, na tenisa? Czy dacie rady razem rano pić kawę? Razem oglądnąć TV? Czy on kiedykolwiek chce spędzić z Tobą czas?
razem, bez dziecka? wiem, że czułby się skrępowany - nie jest otwarty wobec mnie
Mówisz, że nie ma między wami złych uczuć, a rozmowy o rozstaniu napawają Was smutkiem. Czy te dwie osoby muszą debatować jak się rozstać, choć nawet decyzja o rozstaniu jeszcze nie zapadła? Nie lepiej debatować jak być bliżej siebie -- "Czy zechciałbyś mężu pójść ze mną do kina na nowego Bonda?"...
nie da się debatować jak być bliżej siebie , bo on mówi, że nie chce być bliżej mnie
Szkoda, że on nie zna zdrady z drugiej strony, bo więcej by rozumiał. Wydaje mi się, że większą szansę na uratowanie związku mają małżeństwa, gdzie zdrada była po obu stronach. Wtedy ludzie wiedzą, że jak romans się kończy, to nie zostaje z romansu nic, a w małżeństwie jest wiele więzi, ktore mogą łączyć i być może nie giną nigdy.
wole nie czekać aż mnie zdradzi i pozna to uczucie osoby zdradzającej a ja uczucie osoby zdradzonej - a wszystko zmierza do tego, że jednak nie będzie sobie żałował
też nie myślałam, że byłby do tego zdolny - a jednak , niestety
Twoja zdrada nie była wymierzona w małżonka -- po prostu romans coś Ci dał więcej w życiu. Ważniejsze jest to co działo się między Wami. To chyba teraz boli, a nie zdrada. Zdrada tylko zniszczyła więź o nazwie "wierność". Pytanie co pozostało poza tym? Co jeszcze Was łączy?
kocha chyba jeszcze i ja kocham - ale widać to nie wystarcza
No to niech jedzie na ten zlot, "Monia gra" może mu się znudzi. Jak się nie znudzi, to się wtedy rozstaniecie. Po co zrywać ze sobą dopóki cokolwiek Was jeszcze łączy. Daj czas, daj mu wolność. Jak umrą wszystkie więzy Was łączące to wtedy łatwiej będzie się rozstać. Ale może wcale się nie rozstaniecie.
Jak sama widzisz -- zdradziłaś i gdyby twój mąż się nie dowiedział, to wcale twoja zdrada nie pogorszyłaby jego sytuacji, ani tego, że go wciąż kochasz. Tak samo może być z nim -- zdradzi, ale wróci i taki odnowiony będzie miał mniej urazu, bo będzie znał drugą stronę medalu, że wcale nie jest tak idealnie i odlotowo.
No to niech jedzie na ten zlot, "Monia gra" może mu się znudzi. Jak się nie znudzi, to się wtedy rozstaniecie. Po co zrywać ze sobą dopóki cokolwiek Was jeszcze łączy. Daj czas, daj mu wolność. Jak umrą wszystkie więzy Was łączące to wtedy łatwiej będzie się rozstać. Ale może wcale się nie rozstaniecie.
Jak sama widzisz -- zdradziłaś i gdyby twój mąż się nie dowiedział, to wcale twoja zdrada nie pogorszyłaby jego sytuacji, ani tego, że go wciąż kochasz. Tak samo może być z nim -- zdradzi, ale wróci i taki odnowiony będzie miał mniej urazu, bo będzie znał drugą stronę medalu, że wcale nie jest tak idealnie i odlotowo.
oko za oko?
wiem jak to zabrzmi w moich ustach w kontekście tego co ja zrobiłam, ale nie jestem w stanie przebrnąć emocjonalnie przez jego zdradę mieszkając z nim pod jednym dachem i śpiąc w jednym łóżku , kochając , wiedząc , mając świadomość że emocjonalnie jest już teraz z kimś innym i czekając że może się obudzi a może nie
czy jest tu jakaś kobieta , która kocha i potrafiłaby to zrobić?
ryczę od wczoraj, dotarło do mnie że to już pozamiatane , strasznie mi ciężko ![]()
Nie "oko za oko", tylko gość pewnie czuł się źle i z kimś poflirtuje i być może zobaczy, że jest do bani i wtedy do Ciebie wróci.
Czy twój romans coś mężowi zabrał? Pewnie niewiele, bo i tak daleko od siebie byliście. Dalej jesteście daleko, on się zaangażował gdzieś-tam, ale być może wróci.
NIE jest pozamiatane -- wciąż mieszkacie pod jednym dachem. Tak długo jak macie ze sobą kontakt tak długo jest szansa na odbudowanie.
A zrobiłaś mu dzisiaj kawy, czy jej od Cieibe nie przyjmie? Napisałaś mu, że go kochasz -- np. "Rób co chcesz, ale ja Cię i tak kocham"?
NIE jest pozamiatane -- wciąż mieszkacie pod jednym dachem. Tak długo jak macie ze sobą kontakt tak długo jest szansa na odbudowanie.
jest pozamiatane - dziś na terapii podjął decyzję o rozstaniu - stwierdził, że nie chce już dłużej patrzeć jak się męczę w tym zawieszeniu
On podjął decyzję o rozstaniu, byś TY się nie męczyła? Pokrętne uzasadnienie.
No to może postaraj się nie męczyć, albo rób tak, aby on tego nie widział, abyś go tym nie obciążała? Wygląda tak, jakbyś koniecznie chciała decyzji: albo się rozstajemy natychmiast, albo daj mi gwarancję, że będziemy razem aż po grób. Problem polega na tym, że się tak nie da i potrzeba czasu. On musi dostać trochę wolności, a jak kocha to wróci. Dopóki macie ze sobą prywatny kontatkt to nic nie jest stracone.
Zrobiłaś mu tej kawy?
On podjął decyzję o rozstaniu, byś TY się nie męczyła? Pokrętne uzasadnienie.
no tak stwierdził - faktycznie od jakiegoś czasu chodzę jak z krzyża zdjęta , kiedyś nie pokazywałam emocji w ogóle , teraz chodzę nieszczęśliwa i ryczę od dłuższego czasu - nie potrafię się ogarnąć
No to może postaraj się nie męczyć, albo rób tak, aby on tego nie widział, abyś go tym nie obciążała? Wygląda tak, jakbyś koniecznie chciała decyzji: albo się rozstajemy natychmiast, albo daj mi gwarancję, że będziemy razem aż po grób. Problem polega na tym, że się tak nie da i potrzeba czasu.
mówi , że już za późno
On musi dostać trochę wolności, a jak kocha to wróci. Dopóki macie ze sobą prywatny kontatkt to nic nie jest stracone.
mówi, że stracone
Zrobiłaś mu tej kawy?
na kawę tez już za późno
![]()
potrafi ktoś cofnąć czas? jeśli nie to mnie dobijcie ![]()
Wielokropek napisał/a:On podjął decyzję o rozstaniu, byś TY się nie męczyła? Pokrętne uzasadnienie.
Moim zdaniem przy "rozejściach się" i różnych odmianach tego zdarzenia gdy ktoś mówi, że odchodzi, bo nie może patrzeć na cierpienie partnera/ki, gdy mówi "to nie w Tobie jest problem tylko we mnie" i padają inne sentencje rodem z Beverly Hills 90210, to jest jawna oznaka, że odchodzi, bo go /ją żre sumienie. Czy to jakiś romans, lewizna, wypalenie się uczucia itd...zasada jest ta sama. Ale zawsze powód leży w tej odchodzącej osobie. Poprzez takie stwierdzenia chce od siebie odsunąć poczucie winy. To moje prywatne zdanie.
potrafi ktoś cofnąć czas? jeśli nie to mnie dobijcie
Odpłacz, odsmarkaj - transport chusteczek-smarkatek w drodze.
I zastanów się, co opłakujesz. Koniec kiepskiego związku? Stracone złudzenia?
kobieta w rozterkach napisał/a:Wielokropek napisał/a:On podjął decyzję o rozstaniu, byś TY się nie męczyła? Pokrętne uzasadnienie.
Moim zdaniem przy "rozejściach się" i różnych odmianach tego zdarzenia gdy ktoś mówi, że odchodzi, bo nie może patrzeć na cierpienie partnera/ki, gdy mówi "to nie w Tobie jest problem tylko we mnie" i padają inne sentencje rodem z Beverly Hills 90210, to jest jawna oznaka, że odchodzi, bo go /ją żre sumienie. Czy to jakiś romans, lewizna, wypalenie się uczucia itd...zasada jest ta sama. Ale zawsze powód leży w tej odchodzącej osobie. Poprzez takie stwierdzenia chce od siebie odsunąć poczucie winy. To moje prywatne zdanie.
to ja zdradziłam 8 miesięcy temu - nie potrafi wybaczyć ![]()
46 2013-01-07 22:03:55 Ostatnio edytowany przez Fevers (2013-01-07 22:04:53)
Fevers napisał/a:kobieta w rozterkach napisał/a:Moim zdaniem przy "rozejściach się" i różnych odmianach tego zdarzenia gdy ktoś mówi, że odchodzi, bo nie może patrzeć na cierpienie partnera/ki, gdy mówi "to nie w Tobie jest problem tylko we mnie" i padają inne sentencje rodem z Beverly Hills 90210, to jest jawna oznaka, że odchodzi, bo go /ją żre sumienie. Czy to jakiś romans, lewizna, wypalenie się uczucia itd...zasada jest ta sama. Ale zawsze powód leży w tej odchodzącej osobie. Poprzez takie stwierdzenia chce od siebie odsunąć poczucie winy. To moje prywatne zdanie.
to ja zdradziłam 8 miesięcy temu - nie potrafi wybaczyć
Jeśli w tej chwili nie umie Ci wybaczyć, to nie oznacza automatycznie, że nie wybaczy Ci za jakiś czas. Gdy dochodzi do zdrady, to zdradzonej osobie świat w jednej chwili wali się na głowę. Osoba, którą darzyło się ogromnym zaufaniem niszczy je. Mówi się, że raz złamanego zaufania nie da się naprawić. Ja osobiście w to nie wierzę. Jest to bardzo czasochłonny proces, który wymaga nakładu ogromnych sił, wielkiego poświęcenia. Ale jest możliwy. Problemem jest konieczność przewartościowania uczuć, o ile jeszcze w nim są takie wobec Ciebie.
kobieta w rozterkach napisał/a:potrafi ktoś cofnąć czas? jeśli nie to mnie dobijcie
Odpłacz, odsmarkaj - transport chusteczek-smarkatek w drodze.
I zastanów się, co opłakujesz. Koniec kiepskiego związku? Stracone złudzenia?
- 13 lat życia z człowiekiem którego kocham pomimo niespełnionych oczekiwań
- niesprawiedliwość - brak jego chęci walki - cóż to za miłość, co nie wybacza
- żal, rozczarowanie - ja kiedyś walczyłam jak lew , wiele lat o wyciągnięcie go z nałogu- nie pamięta
- złość na siebie - bo nie zrobiłam nic, aby od zawsze być z nim blisko
- wyrzuty sumienia - schrzaniłam po całości , skrzywdziłam zbyt boleśnie
- bo straciłam coś ważnego bezpowrotnie
- zmarnowane szanse - zbyt późno zaczęłam walczyć
- ból - bo dla niego jestem teraz ... nikim...
- lęk przed samotnością
- swoją bezmyślność i głupotę
- konsekwencje - za późno na cokolwiek
- brak poczucia bezpieczeństwa
- krzywdę - jego flirt na boku
- konsekwencje które poniosą bliscy , dzieci
![]()
Mówi się, że raz złamanego zaufania nie da się naprawić. Ja osobiście w to nie wierzę. Jest to bardzo czasochłonny proces, który wymaga nakładu ogromnych sił, wielkiego poświęcenia.
do tego trzeba dwojga , sama nic nie wskóram
Ale jest możliwy. Problemem jest konieczność przewartościowania uczuć, o ile jeszcze w nim są takie wobec Ciebie.
niestety mąż nie chce
próbowaliśmy , najpierw jemu zależało a mnie nie bo wpadłam w depresję, potem mnie zależało ale było już za późno
zrezygnował, poddał się , powiedział dziś że to ostatnia terapia na którą przyszedł, że nie chce walczyć, że podjął decyzje o rozstaniu
Przyszedł w nocy - zapytał czy może prosić o jeszcze kilka dni na przemyślenie sprawy i podjęcie decyzji .
Powiedziałam, że tak ale niech nie robi nic wbrew sobie - że ja sobie z czasem poradzę z negatywną decyzją. Powiedział, że wie.
Wielokropku - myślałam dużo w nocy (spałam może ze 2 godziny, nie chcielibyście mnie teraz oglądać po przeryczanej nocy- a w pracy muszą niestety ) o twoich słowach "co opłakuję". I wychodzi , że chyba najbardziej porażkę związku.
Boje się, czy moje myśli idą we właściwym kierunku , czy nie idealizuję tego związku za bardzo teraz z lęku przed stratą nie rozpatrując powodów , bo przecież były powody tego że nie było dobrze.
Ponieważ psychoterapii małżeńskiej zrezygnował, więc sami musimy sie z tym teraz uporać. Dlatego chciałabym zaproponować mężowi , żebyśmy napisali sobie (każdy osobno) na kartce co według nas było źle i czy damy radę się z tym uporać, czego oczekujemy po drugiej osobie i potem to skonfrontować. Jeszcze zanim podejmie decyzję .
Myślicie, że to dobry pomysł?
Taka "instrukcja obsługi" jest bardzo dobrym rozwiązaniem. często pomocna osobom, które mają trudności z mówieniem wprost, a w waszym związku oboje mieliście z tym kłopot.
Mąż zrezygnował ze spotkań z psychoterapeutą, czemu jednak Ty nie podejmiesz własnej terapii? Dzięki niej łatwiej będzie Ci przejść przez te wszystkie zawirowania, odsłonisz sama przed sobą przyczyny swego takiego, a nie innego postępowania i będziesz bardziej świadomą siebie osobą.
Taka "instrukcja obsługi" jest bardzo dobrym rozwiązaniem. często pomocna osobom, które mają trudności z mówieniem wprost, a w waszym związku oboje mieliście z tym kłopot.
kłopot? my w ogóle nie potrafiliśmy rozmawiać o emocjach , uczuciach- dopiero teraz cokolwiek ruszyło, ale to nie jest tak jak powinno być , zbyt dużo w nas różnych emocji , boimy się otworzyć , odsłonić - jesteśmy jak dwa jeże , zawzięte charakterne osobniki - terapeutka nas tak określiła mówiąc , że to wynika dużo z charakteru i dysfunkcyjnych rodzin z których pochodzimy -oboje jesteśmy DDA
Mąż zrezygnował ze spotkań z psychoterapeutą, czemu jednak Ty nie podejmiesz własnej terapii? Dzięki niej łatwiej będzie Ci przejść przez te wszystkie zawirowania, odsłonisz sama przed sobą przyczyny swego takiego, a nie innego postępowania i będziesz bardziej świadomą siebie osobą.
podjęłam, będę jeździć do niej raz w tygodniu
Lęk jest uczuciem nieobcym chyba żadnemu człowiekowi.
Są osoby, które ulegają lękowi, które przeżywając go, unikają sytuacji ten lęk wywołujących, chowają się przed nim w mysiej dziurze; są też i takie, które działają mimo lęku. Różne są konsekwencje takich postępowań. Osoby z tej pierwszej grupy coraz bardziej zamykają się w swej skorupie, coraz częściej i coraz bardziej się boją; osoby z drugiej grupy po pewnym czasie zauważają, że ich lęk zmniejsza się, że łatwiej im - bazując na Twoim przykładzie - okazywać uczucia.
53 2013-01-08 10:19:56 Ostatnio edytowany przez ban (2013-01-08 10:34:22)
Przyszedł w nocy - zapytał czy może prosić o jeszcze kilka dni na przemyślenie sprawy i podjęcie decyzji
On Ciebie prosi o kilka dni? On twierdzi, że odchodzi, abyś Ty nie cierpiała? Moim zdaniem same sprzeczności. Po co prosi, skoro odchodzi? Może przyszedł powiedzieć, abyś się nie martwiła, przyszedł dać nadzieję, ale nie umie tego wyrazić, więc poprosił o dodatkowe dni.
Może jest tak, że on nie chce odejść, Ty nie chcesz odejść, on mimo wszystko kocha Ciebie, Ty kochasz jego, ale związek checie zerwać. On musi, bo Ty tragizujesz jak jakaś laska na sieci się pojawiła , on to widzi i tego twojego cierpienia nie wytrzymuje.
Do tego dochodzi urażona duma "że dorobiłaś mu rogi" -- tak, tak -- czasem mąż bardziej cierpi z powodu tego co inni powiedzą, z powodu urażonej dumy, bo koledzy zakrzyczą "Coś Ty taki głupi mięczak? Trzeba było od razu walizki za próg wystawić!".
Kawę trzeba było zrobić -- niech wystygnie, to wylejesz do zlewu.
Cierpisz, bo zaangażował się emocjonalnie z kobietą, która gra w to samo co on. Ludzie rzadko trafiają w życiu na właściwą osobę, która jest tak idealna że można z nią przejść przez całe życie -- zauroczył się nią, poflirtują trochę i się skończy. Powinnaś tutaj zacisnąć zęby i nie pokazywać, że z tego powodu cierpisz.
- 13 lat życia z człowiekiem którego kocham pomimo niespełnionych oczekiwań
No to już minęło. Od teraz dni biegną do przodu. Są dwie osoby -- Ty i mąż. Od tych dwóch zależy co będzie dalej. Dobrze byłoby, aby on przez Ciebie już nie cierpiał -- nie patrzył jak lamentujesz, bo on chce jechać na spotkanie graczy.
- niesprawiedliwość - brak jego chęci walki - cóż to za miłość, co nie wybacza
Miłość moim zdaniem jest bezwarunkowa, bezinteresowna, ale z drugiej strony nie można z miłości czerpać energii do np. wybaczenia, albo wykorzystywania kogoś. Zatem niech twój mąż Cię kocha, ale niech pamięta i jak nie chce to niech nie wybacza. Ważne aby kochał.
- żal, rozczarowanie - ja kiedyś walczyłam jak lew , wiele lat o wyciągnięcie go z nałogu- nie pamięta
A jeśli pamięta? A nawet jesli nie pamięta, to robiłaś to bo go kochasz. To fajnie móc robić coś dla osoby, którą się kocha. Nie wszyscy mają taką szansę. Przecież nie pomagałaś mu po to, aby pamiętał (byłby to egoizm -- robię coś aby odnieść korzyść).
- ból - bo dla niego jestem teraz ... nikim...
Prawdopodobnie jesteś dla niego ważniejsza niż wcześniej, ponieważ wcześniej siedzieliście w osobnych pokojach jak obcy ludzie, a teraz razem jesteście w wirze walki.
- krzywdę - jego flirt na boku
Czy to będzie krzywda zależy wyłącznie od Ciebie. Możę flirt się skończy szybciej niż myślisz, on odreaguje, zrozumie że lepiej odbudować małżeństwo. Ale Ty w tym momencie dręczysz "Oko za oko? Co za podły mściwy typ!" -- a powinnaś spuścić głowę, powiedizeć "Kocham Cię, rób co chcesz.". Wydaje mi się, że wielka miłość daje wolność, a nie trzyma w klatce. Najlepiej aby minęło pół roku albo rok, kiedy nie będziesz pytać męża gdzie jeździ, co robi -- jeśli kocha, to nie odejdzie. A jeśli nie kocha, to przecież gdybyś go siłą chciała zatrzymać, to tylko będzie kolejny argument, aby uciec.
- konsekwencje które poniosą bliscy , dzieci
Na początku pisałaś, że rozmawialiscie o sprawach technicznych rozstania. Gdyby do rozstania doszło to uważam, że będziecie potrafili dojść do takiego porozumienia, że dzieci nie ucierpią wiele. Ale może nie dojdzie do rozstania.
On Ciebie prosi o kilka dni? On twierdzi, że odchodzi, abyś Ty nie cierpiała? Moim zdaniem same sprzeczności. Po co prosi, skoro odchodzi? Może przyszedł powiedzieć, abyś się nie martwiła, przyszedł dać nadzieję, ale nie umie tego wyrazić, więc poprosił o dodatkowe dni.
nie wiem co czuje i nie wiem dlatego - nie rozmawialiśmy o tym
Może jest tak, że on nie chce odejść, Ty nie chcesz odejść, on mimo wszystko kocha Ciebie, Ty kochasz jego, ale związek checie zerwać. On musi, bo Ty tragizujesz jak jakaś laska na sieci się pojawiła , on to widzi i tego twojego cierpienia nie wytrzymuje.
nie to - po prostu widzi cierpienie , które odczuwam z powodu rozstania , co do którego decyzja przecież zapadła na wczorajszej terapii
tylko nieczuły ignorant bez uczuć by nie cierpiał po 13 latach związku
Cierpisz, bo zaangażował się emocjonalnie z kobietą, która gra w to samo co on. Ludzie rzadko trafiają w życiu na właściwą osobę, która jest tak idealna że można z nią przejść przez całe życie -- zauroczył się nią, poflirtują trochę i się skończy. Powinnaś tutaj zacisnąć zęby i nie pokazywać, że z tego powodu cierpisz.
wiem co zrobiłam ja - ale dla mnie romans w sieci przeniesiony w rzeczywistość (zlot) to po prostu nie flirt tylko też ewidentny romans , czyli oko za oko .... i nie potrafię tego postrzegać inaczej , sorry
skoro to robi , a sam to przeżył z drugiej strony i wie jak boli - to znaczy że albo już układa sobie przyszłość beze mnie albo po prostu chce mnie zranić
na tym polega naprawa związku? na odwecie?
- krzywdę - jego flirt na boku
Czy to będzie krzywda zależy wyłącznie od Ciebie. Możę flirt się skończy szybciej niż myślisz, on odreaguje, zrozumie że lepiej odbudować małżeństwo. Ale Ty w tym momencie dręczysz "Oko za oko? Co za podły mściwy typ!" -- a powinnaś spuścić głowę, powiedizeć "Kocham Cię, rób co chcesz."
słuchaj , nie jestem masochistką
Wydaje mi się, że wielka miłość daje wolność, a nie trzyma w klatce. Najlepiej aby minęło pół roku albo rok, kiedy nie będziesz pytać męża gdzie jeździ, co robi -- jeśli kocha, to nie odejdzie. A jeśli nie kocha, to przecież gdybyś go siłą chciała zatrzymać, to tylko będzie kolejny argument, aby uciec.
na co mam czekać? aż się z nią prześpi ?
wtedy już nie uda się nic , już i tak kwestia zaufania u nas klęczy na kolanach , po obu stronach
dla mnie sprawa jest jasna , jesteśmy dorośli - albo ratujemy związek i staramy się zmienić wszystko o 180 stopni , albo rozstajemy się
podchody typu : a może mu minie , a może się nie prześpią albo nie , a może się obudzi , a może się wyleczy - nie wchodzą w grę , to jakaś dziecinada jest
jesteś facetem , faceci tak właśnie myślą naprawdę?
55 2013-01-09 09:51:29 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2013-01-09 10:30:01)
Rozmawialiśmy wczoraj w nocy długo. Na spokojnie - bez łez i emocji.
Mówi, że nie romansuje , uzasadnił - ja mu wierzę.
Zadał mi pytanie: załóżmy , że zostaniemy z sobą. Pomijając wszystko inne - czego od niego i związku oczekuję wiedząc, że On taki jest , że się nie zmieni. Powiedziałam mu , że zabrakło mi wsparcia , troski , dzielenia problemów , że ignorował moje uczucia i emocje , że czułam się niedoceniana i czułam że na mnie mu już nie zależy , nie starał się . Podałam przykłady , wczoraj bardziej ważył słowa, ale generalnie stanowisko to samo. To ja wymyślam, inni mają gorzej.
Wszystko można uzasadnić, że "inni mają gorzej" - tylko dla związku nic z tego nie wynika.
Mąż zawsze traktował mnie jak partnera, przyjaciela - nie jest wylewny , nie okazuje czułości i nie potrafi traktować kobiety inaczej , jak ... kobiety , dopiero w nocy sobie przypominał że kobieta jednak jest i fajnie byłoby skorzystać. Powiedziałam mu to , stwierdził ze prezenty się kupuje i stara sie o kobietę wtedy kiedy się zdobywa , jak się chce "usidlić" , potem już powinna wystarczyć świadomość , że jest jego - a kobieta która chce być w ten sposób adorowana , to pustak bo leci na kasę , a każdemu facetowi zależy tylko na jednym w kontekście kobiety - na łóżku i każde bardzo książkowe małżeństwo by się rozpadło gdyby kobieta przestała "dawać" jak to ujął. Generalnie taki jest , że z szacunkiem do kobiet ogólnie to u niego różnie - nie w sensie , że jest dla kobiet nieuprzejmy , tylko że właśnie ma o nich takie zdanie . Już pisałam, że z tolerancją u niego kiepsko , to się przekłada na wszystkie dziedziny.
On zarzucił mi , że jestem osobą która po trupach dochodzi do celu, która nie liczy się z innymi , egoistką. Że nie liczyłam się nigdy z jego zdaniem i jak sobie coś wkręciłam to po prostu to robiłam. Zarzucił mi, że narzekam a nie mam źle w życiu. Że dawał mi zawsze bardzo dużo wolności .
No i tak sobie trwała ta rozmowa - ja swoje , on swoje - ja mówię, że czułam jakbym miała kolejne dziecko a nie faceta , jakbym była ze wszystkim sama , a on mi że przesadzam. Że po prostu dawał mi dużo wolności. Ponownie stwierdził, że gdybyśmy trafili każde z nas na ciepłą osobę , która nauczyłaby nas okazywania emocji , to byłoby inaczej.
Mamy bardzo podobne zawzięte charaktery - ale pomimo tego potrafimy spokojnie z sobą rozmawiać , bez kłótni.
Stanęło na tym, że pomyślimy oboje spokojnie , rozważymy sobie jeszcze raz to czego chcemy - czy emocjonalnie będzie nam lepiej rozstać się i szukać szczęścia osobno , czy zostać razem biorąc pod uwagę całokształt naszego związku i wzajemne oczekiwania. Uwzględniając też to, że my się już raczej nie zmienimy diametralnie .
A Wy jak myślicie ? gdzie nam bliżej?
Będę wdzięczna za każdy wpis , może mi się coś rozjaśni .
Jeszcze jedno - omawialiśmy tez brak wspólnych zainteresowań, wspólnych znajomych , wychodzenia z domu wspólnie gdziekolwiek , ale razem - pub, kawiarnia, kino.
No i wyszło- mąż jest domatorem, ja energiczną kobietą która lubi kiedy coś się dzieje . Jemu pasuje życie na wsi w nowym domu, mnie po przeprowadzce zaczęło to ciążyć. Ja wolałabym wrócić do miasta , on wolałby zostać w na wsi.
Tego raczej chyba nie da się zmienić.
Rozumiem, że oboje jesteście zranieni, każde na swój sposób, że w każdym z was jest mnóstwo złości, która wychodzi każdym porem waszej skóry, że każde z was potrzebuje odreagowania. Zwróciło moją uwagę to, że oboje skupiacie się na tym, co was różni, nie na tym, co łączy oraz skupiacie się na wzajemnym oskarżaniu. Tymczasem poszukiwanie i podkreślanie różnic, dokopywanie sobie (co z tego, że na chłodno i w rękawiczkach - to bardziej bolesne) nie sprzyja reaktywacji związku. Jeśli więc jeszcze rozważacie (a wszytko wskazuje na to, że oboje tego pragniecie) możliwość dalszego ze sobą bycia, proponuje odzłoszczenie się gdzieś na boku, a wspólnie zajęcie się poszukiwaniem tego, co jest wam wspólne i na czym można budować.
Wtedy ludzie wiedzą, że jak romans się kończy, to nie zostaje z romansu nic
A co jeśli jednak coś zostaje? Jeśli wiem, że ten człowiek nie był dla mnie tylko przygodą? Serce jest pojemne , można kochać wiele osób na wiele sposobów. Nadal chyba jest w moim sercu - może to mnie tak bardzo blokuje przed pójściem naprzód. Staram się o tym nie myśleć.
Miałam szczęście albo nieszczęście trafić na przyjaciela, który żył dla mnie , nie dla siebie. Który wiem, że nadal czeka i będzie czekał na mnie jeszcze długo choć ja nie dałam nadziei. Który jest zupełnie inny niż mój mąż egoista . To człowiek, przy którym czułam się ważna, potrzebna i zaopiekowana. Znam przyjaciela dość długo - wiem jaki jest , ma oczywiście wady , ale podstawową zaletą jest to, że się troszczy i dba o drugiego człowieka , że jest ciepły i potrafi stworzyć bliskość. Że pomaga we wszystkim : w porządkach , w zakupach , w problemach codziennego życia sam z siebie . Jest samotny od zawsze z wyboru , mówił że czekał na mnie. Wiem, że nie zamieszkalibyśmy teraz razem z powodów różnych, moich - nie jego , byłby to związek częściowo na odległość. Dlatego ja skończyłam , bo nie chciałam mu zamykać okna na przyszłość. Nie dlatego, że wygasło to co czułam. Ale ja wiem, że on czeka. Pomimo wszystko.
I nie poradzę , że mam to w sobie , że porównuję jego i męża. On pokazał mi, że można inaczej.
Kiedy przychodzę z pracy zmęczona , to nie wita mnie nikt - mąż przy kompie. Nigdy nie usłyszałam w domu "może ci pomóc?"
Tak już ma być zawsze? Ani bliskości, ani pomocy.
Dziś mieliśmy z mężem mieć dzień dla siebie , tak wyszło ode mnie - propozycja. Chciałam pójść do restauracji , zjeść jakiś dobry deser, może do pubu , po prostu spędzić razem czas sprawdzając, czy potrafimy to razem robić w ogóle, spędzać czas żeby sprawiało nam to przyjemność. Skończyło sie na zamówionej do domu pizzy - no bo skoki są, i jemu się nie chce.
Przyjaciel pokazał mi, że tak być nie musi.
Czasem myślę, że może lepiej być samemu niż tkwić w tym marazmie co jest?
Bo to już nie jest kwestia mojej zdrady i wybaczenia . Tylko kwestia tego, że coś do tej zdrady doprowadziło. Mąż sie nie zmieni - zawsze będzie egocentrykiem.
Warto tak żyć?
Nie warto mieć już nadziei. Wiem już dlaczego mąż był taki wycofany i nie chciał walczyć o związek , dlaczego czułam ten chłód i wycofanie .... ma romans , znalazłam korespondencje ... jego niedawne wytłumaczenia były oszustwem ... teraz jestem po drugiej stronie i czuje ten ból - jest nie do zniesienia . Nie wiem skąd w człowieku tyle łez.
Tak jak mówiłam - oko za oko ... a może już chęć ułożenia sobie życia na nowo , beze mnie .... tylko dlaczego nie powiedział kiedy pytałam ... dlaczego oszukał....
nie mam już siły , chcę zasnąć o sie nie obudzić....
Czemu Twój mąż nie powiedział Ci prawdy? Czemu Cię oszukiwał? Pewnie z tych samych powodów, dla których Ty jemu nic nie podziałaś o swym romansie, bo to przecież nie od Ciebie mąż dowiedział się prawdy.
Nie masz siły. Nie ukrywaj swej złości, to jej blokowanie powoduje Twą bezsilność.
Czemu Twój mąż nie powiedział Ci prawdy? Czemu Cię oszukiwał? Pewnie z tych samych powodów, dla których Ty jemu nic nie podziałaś o swym romansie, bo to przecież nie od Ciebie mąż dowiedział się prawdy.
Nie masz siły. Nie ukrywaj swej złości, to jej blokowanie powoduje Twą bezsilność.
krzyczeć? żalić się? a co to zmieni .... teraz potrafię tylko płakać....
Jeśli chowasz złość, to żalenie się nie pomoże.
Jeśli chowasz złość, to pozbądź się jej. W reaktywowaniu związku, prawdopodobnie, nie pomoże, za to w odnalezieniu siły - tak.
Rozumiem też, że odpłakać musisz swoje, ale zajrzyj czy nie ma w Tobie żadnych innych uczuć prócz żalu.
Jeśli chowasz złość, to żalenie się nie pomoże.
Jeśli chowasz złość, to pozbądź się jej. W reaktywowaniu związku, prawdopodobnie, nie pomoże, za to w odnalezieniu siły - tak.
Rozumiem też, że odpłakać musisz swoje, ale zajrzyj czy nie ma w Tobie żadnych innych uczuć prócz żalu.
są inne odczucia .... jest ból kiedy czytałam , że ja kocha, że tęskni, że już w sobotę się spotkają i nie może się doczekać ... jest tyle bólu , że to aż ból fizyczny ...
i złość- że troszczy sie, że jej dzieci mają grypę żołądkową, a kiedy nasza córka była chora to sie nią nie interesował
i żal - ogromny żal , nie wiem jeszcze na co , dlaczego ... po prostu jest - nie chce mi się żyć...
rozmawialiśmy - zero skruchy
stwierdził, że zaangażował się emocjonalnie , w sobotę się z nią ma spotkać
scedował wszystko na mnie - moja wina , ona się napatoczyła i go pocieszała po tym co ja zrobiłam
powiedział, że wszystko moja wina
nigdy nie usłyszałam : tęsknię, nie mogę się ciebie doczekać, kocham - ona usłyszała i poczytała to wszystko czego ja nigdy nie miałam
i wszystko moja wina
moja
![]()
rozmawialiśmy - kocha ją ....spotka się z nią w sobotę...
podjęliśmy decyzję o rozstaniu - powiedział, że nie jestem kobietą z którą chciałby być , że tamta kobieta jest ciepła, kochająca
że rozbiegły nam się oczekiwania
w poniedziałek zaproszę pana od nieruchomości , wystawimy dom do sprzedaży , kupimy dwa mieszkania
strasznie mi ciężko - tak ciężko jeszcze nie było mi nigdy ![]()
kawał ...