Cześć. Bardzo przykry dla mnie temat i pomimo, iż internet zapewnia jaką-taką anonimowość to mimo wszystko czuję się niesamowicie zażenowana, ale bardzo zależy mi na wymianie opinii/doświadczeń z innymi... Moich najbliższych przyjaciół nie chcę za bardzo i za często angażować w rodzinne sprawy, zresztą oni już wiedzą... Otóż, nie pierwszy (i już zakładam nie ostatni) raz moja matka bezpodstawnie wyzywa mnie (i pewnie takie ma o mnie mniemanie) ok ku*ew (używa też różnych innych brzydkich eptetów). Mam 22 lata, studiuję dziennie, mieszkam w Krakowie, niestety z rodzicami. Nie chcę się jakoś nadmiernie rozpisywać, może tylko tyle że pod względem materialnym nigdy raczej nie było źle. Mieszkamy w centrum, mamy duże mieszkanie własnościowe, działkę w górach... Zawsze jednak brakowało mi obecności rodziców, zabiegani, każdy weekend spędzali (i nadal spędzają) na działce, nie interesując się mną i moim bratem (mogliśmy jechać z nimi lub zostać sami w domu innej opcji spędzenia wolnego czasu nie było). Nigdy jakoś szczególnie nie czułam rodzicielskiej miłości, no może poza pierwszymi latami życia lecz z czasem chyba się "znudziłam". Odkąd pamiętam byłam osobą niesamowicie wrażliwą, jako dziecko często płakałam (sama tego w sobie nie lubiłam), co tylko moją mamę dodatkowo denerowowało ("co znowu beczysz"). Z ojcem nie mam jakiegoś szczególnego kontaktu, ale jak już jest w domu (większość czasu spędza na działce gdyż jest już na emeryturze) to raczej jest ok, jest życzliwy, można z nim pożartować, pośmiać się... Ale z matką jest inaczej: nie mam w niej żadnego wsparcia, krytykuje mnie, moje studia, chłopaków etc. Nie można mieć odmiennego zdania na jakiś temat a juz broń Boże zwrócić jej uwagi bo stwierdzi że "jesteś nienormalna" i koniec rozmowy. Wiem, że mamy odmienny charakter, NIE JESTEM taka jak ona, a raczej taka jaką ona chciałaby żeby była. I tutaj chyba leży sedno sprawy. Nie jestem złym człowiekiem... Nie jestem typem imprezowiczki, łatwej laski, mam swoje zasady... Ale w moim domu niewiele się ze sobą rozmawia, cały czas są jakieś pretensje. A tekst, że jestem "ku*ewka" usłyszałam po raz pierwszy dwa lata temu jak zaprosiłam pierwszy raz mojego ówczesnego chłopaka do domu (do niczego nie doszło), ostatnio za to, że w ogóle zadaję sie z chłopakami i mam dużo kolegów... Jak można...? Gdzie jest ta granica, której się nie przekracza... Moja matka jest cyniczna, to wiem i żyję z tym. Ale takie określenia w stosunku do córki? Najcięższy kaliber i jak dla mnie zniesławienie (chociaż nikogo przy tym nie było), jak mam jej spojrzeć w oczy? Jak byłam nastolatką zdarzało się że byłam niesforna ale przecież to jest głupi wiek... a ona do tej pory mi wypomina różne głupie/dziwne zachowania... Rujnuje mi psychikę osoba, która wydaje mi się powinna być "ostatnią deską ratunku", kimś kto będzie przy tobie fizycznie/psychicznie gdy inni zawiodą, która wesprze Cię gdy będziesz jej potrzebować... Czuję się już teraz sama na tym świecie... Jak byłam młodsza żaliłam się tacie czasami że mama jest niemiła etc. co kwitował zawsze "ona robi to dla waszego dobra" to był argument na wszystko, z którym nie dało się za bardzo polemizować..
Nie uwzględniłam tutaj zbyt wielu szczegółów, może trochę chaotycznie(?) ale chciałam zwrócić uwagę na sam fakt tego typu odzywek... Słów, które wypowiedziane bezmyślnie w jednej sekundzie pozostają w pamięci raczej na całe życie, tkwiąc jak zadra... Czy jest tutaj ktoś na forum (może psycholog?), kto potrafiłby poradzić jak się zachować? Co zrobić? Planuję wyjechać za granicę na parę miesięcy i wiem, że to mi ulży. Powiedziałam mamie żeby ostrożniej dobierała słowa bo będzie ich kiedyś żałować... Czuję się jak dno... Bo co można odpowiedzieć na tekst "jesteś zwykłą k...."? Bardzo toksyczna relacja...
Swoją drogą, wydaje mi się, że nawet wiele spośród pań wykonujących ten "najstarszy zawód świata" nigdy nie usłyszało z ust swoich matek wyrzutów czy ubliżeń z tego tytułu...
z góry dziękuję za odpowiedzi. Czuję się bezradna...
pozdrawiam,
A.