Witam serdecznie ![]()
Wiem, że to forum dla Pań, ale właśnie o Wasze zdanie mi chodzi ![]()
Otóż...
Niedługo kończę 27 lat. Będąc w tym wieku moja mama miała już 6-cio letniego synka (mnie). W piątek po dokładnie 2 latach rozstałem się z dziewczyną, z którą chciałem spędzić całe życie i przez ponad połowę naszego związku byłem przekonany, że to ona jest tą jedyną. Między nami była prawie 9-cio letnia różnica wieku, ale ze swojej strony nigdy nie traktowałem tego jak swoją wyższość, a wprost przeciwnie - robiłem wszystko, żeby pomoć i być zawsze w pobliżu. Zdecydowałem się na kredyt i wielkim wyrzeczeniem kupiłem własne mieszkanie. Wszystko dla nas, sam dla siebie nie zdecydował bym się na taki ruch.
Jestem osobą elokwentną i pracowitą, interesuję się w zasadzie wszystkim, co uważam za ciekawe i rozwijające. Mam własny interes, masę pomysłów; pracuję w tkzw. przemyśle muzycznym, współpracuję ze znanymi artystami, sam gram, uczę, koncertuję itp. Wiem, że dla wielu osób są to ciekawe i niedostępne rzeczy i uważam, że pod tym względem w pewnym sensie wyróżniam się na plus z szarej masy.
Nie jestem seksoholikiem, tyranem, chamem, wulgarystą i takim typem faceta, których rodzaj moim zdaniem króluje teraz w knajpach, dyskotekach i ogólnie w życiu.
Dziś jest niedziela, świeci słońce, jest ładnie, a ja po raz kolejny siedzę sam i robie sobie analizę własnego życia. Za 3 lata skończę 30-tkę i totalnie nie chce mi się już nic. Jestem jak automat; pracuję i funkcjonuję, bo tak mnie wychowano/wychowałem się sam.
Jak to jest w tym parszywym życiu, że porządni faceci zawsze mają przesrane? To jest kwestia szczęścia czy może wzorów wyniesionych z domu (akurat "dom" i "rodzina" są dla mnie tematem znanym raczej z zewnątrz; od lat moje kontakty z rodzicami są bardzo słabe i nie czuję z nimi więzi)?
Ile razy można sie podnośić i walczyć o swoje?
Może ktoś zna odpowiedź? Jaki jest poziom maksymalny lat spędzonych w uczuciowej samotności zanim oszalejemy albo stoczymy się na dno?
Pozdrawiam