Witam. Mam 25lat, mąż 29, dzieci 5 i 3. Jestem z mężem 8lat, 6 po ślubie. Przed ślubem wiadomo- różowo, po już nie. Napiszę jak jest a Wy doradźcie czy jest sens ratować ten związek.
1. POMOC - on- przy dzieciach nic (dodam, że dzieci były planowane), w domu nic, tylko zakupy, innym zawsze pomoże jest wspaniały, mówią, że jestem chora bo on jest taki dobry... może dla nich bo nie dla mnie
2. ROZMOWA - nie ma jej. Gdy jest problem, to jest mój problem. Proszę o rozmowę, żeby coś wyjaśnić, ustalić - on milczy lub wybucha gniewem i wcześniej zazwyczaj uciekał do matki (zawsze go przyjmowała)
3.UCZUCIA - Mam wrażenie, że on ich nie ma. Jedyne emocje jakie okazuje to złość. Muszę się prosić, żeby mnie przytulił ale i tak zawsze znajduje wymówkę np. jestem zmęczony, jest gorąco, itp. Widzi mnie tylko jak chce seksu.
4. WSPARCIE - brak. np. miałam rano iść zdawać maturę, dziecko płakało w nocy (przez pierwszy rok non-stop) obudziłam męża bo chciałam się pouczyć, żeby dzieckiem się zajął. Miał pretensje, że go budzę i się nie wyśpi, mam się zająć dzieckiem a tam i tak nie mam po co iść bo i tak nie zdam. To samo z prawkiem, tylko doszło "to pewnie dałaś mu dupy, że zdałąś"...
5. SZACUNEK - również brak z jego strony od dawna (dopiero teraz to widzę). Słowa typu "szmata, dziwka, ku*wa, wpierda.. bo ci zaje.., chora psychicznie, idż się leczyć"... Serce mi pęka, ;( bo do dzieci nie odzywa się lepiej- tylko przy mnie.
6. PIENIĄDZE - od zawsze moje-twoje. Jego pieniądze, mi się nic nie należy, bo siedzę w domu i nic nie robię, on zarobił to są jego. Jak chcę sobie coś kupić to mam sobie zarobić - no ok ale jak, gdy teściowa nie chciała z dziećmi siedzieć (nie pracuje) a w żłobkach, przedszkolach brak miejsc? Ostatnio delikatnie to zmienił powiedziałam, że chce odejść może dlatego.
7. WYJŚCIA - ja tylko do sklepu albo z dziećmi na dwór (ostatnio z mężem bo kolega z córką wychodzi) nawet do rodziny nie jeżdżę na święta, bo on nie chce sama jak bym pojechała z dziećmi to by było pełno pytań
nie chce tego
Namawiałam go na terapię małżeńską ale "nie ma takiej opcji", już nie wiem czy to ma sens, nie myślę racjonalnie, wszyscy mi mówią, że on jest ok, że ja jestem chora i powinnam się leczyć... czytałam o kkzb może to to, bo zawsze gdy odeszłam, wracałam bo wierzyłam w jego obietnice, że się zmieni. Raz jest milutki a za chwilę agresywny. Męczy mnie to wszystko, przy nim czuję wieczny niepokój, czuję się gorsza od wszystkich, głupia, brzydka... czy naprawdę to ja powinnam się leczyć czy on? Czy on się zmieni? Czy lepiej odejść i dać sobie spokój? Ja ojca nie miałam chcę, żeby moje dzieci miały ale czy taki ojciec jest dobry? (dzieci go bardzo lubią, nie rozumieją co mówi). Ciągle wierzę i czekam, czekam, że w końcu przyjdzie i sam mnie przytuli... tak mi brak bliskości. Dziękuje za odp