Cześć,
Zacznę od tego, że jestem facetem, natomiast nie znalazłem się na tym forum przypadkowo.
Przyszedłem do Was drogie Panie po poradę, łudząc się, że przestanę chodzić po ścianach analizując swoją sytuację.
Do rzeczy...
Pół roku temu poznałem dobrą koleżankę mojej przyjaciółki. Jest ode mnie starsza prawie 10 lat, po przejściach (rozwód), bez dzieci.
Fantastyczna osobowość, to bardzo wrażliwa osoba o dużej inteligencji emocjonalnej i bardzo otwartej głowie na świat, uwielbiam z nią dyskutować.
Od samego początku zauważyłem, że ta dziewczyna ma w sobie cos bardzo interesującego, ale sporadyczne spotkania powodowały, że niespecjalnie o niej myślałem.
Z biegiem czasu jednak, po kolejnych rozmowach, wspólnych wyjściach, imprezowaniu coraz bardziej jednak zacząłem zwracać na nią uwagę...zwyczajnie zaczęła mi się podobać ;-)
Punktem zwrotnym tej historii stał się Sylwester, na którym wylądowaliśmy w łóżku - tzn do niczego nie doszło, poza wspólnym przytulaniem się i przegadaniem całej nocy.
O tyle jest to zabawne, że od tego czasu na jakiś tam imprezach sytuacja powtórzyła się jeszcze dwukrotnie...
W międzyczasie spotykaliśmy się wielokrotnie, czas głównie spędzając na rozmowach i zabawie ze wspólnymi znajomymi.
Całe te wydarzenia spowodowały, że zwyczajnie zauroczyłem się w tej kobiecie i od dobrego miesiąca nie mogę przestać o niej myśleć.
Wygląda na to, że się chyba zabujałem, co powinno być powodem do zadowolenia, bo teoretycznie nic nie szkodzi na przeszkodzie (oboje jestesmy singlami), ale wciąż nie jestem pewien czy uczucie jest obopólne czy ona widzi we mnie jedynie przyjaciela i to wszystko stworzyła moja głowa...Pewien natomiast jestem, że bardzo mnie lubi i ceni za wrażliwość i emocjonalność.
Cechuję mnie dość złożona osobowość, cholernie dużo myślę i analizuję, a w tej sytuacji pozbawiony jestem już w ogóle jakiegokolwiek racjonalizmu...po prostu nie potrafię pozbierać myśli.
Sam już nie wiem jakich dowodów potrzebuję, mam siekę z mózgu, co mnie mocno paraliżuję.
W zeszłym tygodniu, kiedy wspólnie rozmawialiśmy na temat przeszłości naszych związków, jakoś tak wyszło, że jej powiedziałem, iż kiedyś pewna dziewczyna, która się we mnie podkochiwała oznajmiła mi, że mam w sobie coś o czym marzy każda kobieta, ale nigdy mi tego nie zdradziła...
Kiedy przytoczyłem to zdanie mojej sympatii, natychmiast podsumowała, że to prawda i, że ona wie, co autorka miała na myśli.
Gdy poprosiłem, żeby mnie oświeciła, odpowiedziała tylko, że nie jest w stanie i musiałaby się upić...
W normalnych okolicznościach pewnie uznałbym za jednoznaczne wypowiedzenie takich słów, natomiast przez to, że jestem tak totalnie poskręcany, nie potrafię usiąść i dokonać prostej interpretacji...czuje się jak dziecko, które ma problem z zadaniem z matematyki i cholernie się męczy ;-(
Zmierzając do końca tego wywodu chciałbym zaznaczyć tylko, co stoi na przeszkodzie, abym zaprosił dziewczynę na spotkanie i wyśpiewał jej co mi leży na sercu...
Otóż wspólnie stanowimy część 10-osobowej paczki wspaniałych przyjaciół, którzy się bardzo kochają, szanują i mają doskonałe relację.
Ostatnią rzeczą, którą chciałbym zrobić byłoby zepsucie tych relacji, co stałoby się w wyniku, gdyby sytuacja nie poszła po mojej myśli.
Stąd bierze się cały dylemat powyższej historii.
Nie wiem czy przesadzam, czy może zbyt dużo analizuję, ale to prostu odzwierciedla mój aktualny stan emocjonalny...
Nie wiem co dalej robić, czuję, że za chwilę oszaleję ;-/
Proszę, czy możecie mi jakoś pomóc Drogie Panie? Jak Wy widzicie tę sytuację kobiecymi oczami?
Dziękuję za przeczytanie i cierpliwość.
Pozdrawiam,
R.